sobota, 28 stycznia 2012

GARGUŁA - REAKTYWACJA

2007 rok z Leo Beenhakkerem. Potem nadeszły trzy tragiczne lata.

„Reaktywacja Łukasza Garguły”
(„Przegląd Sportowy”, 09.12.2011)

Czekaliśmy trzy lata, żeby zobaczyć prawdziwego Gargułę. W spotkaniach Ligi Europy z Odense i Fulham w końcu sprawiał wrażenie człowieka, któremu można już zaufać.

- Na którymś z treningów bracia Brożkowie śmiali się ze mnie, że jestem już tak wolny, że oni to nawet biegnąc tyłem potrafią mnie wyprzedzić! Czułem niemoc... Wydawało mi się, że walczę z wiatrakami, że to nie wyjdzie. Próbowałem zaciskać zęby, ale i tak nie byłem w stanie wygrać nawet pojedynku biegowego. Po moich strzałach piłka ledwo dolatywała do bramki. A gdy przyjmowałem, ta odskakiwała... - Łukasz Garguła, rozgrywający Wisły Kraków, przypomina sobie swoją trudną walkę o powrót na boisko.

Hit i kontuzja
Informacja o przejściu do Wisły to był hit okna transferowego z zimy 2009 roku. Garguła – reprezentant Polski, rezerwowy na EURO 2008 – podpisał kontrakt z mistrzem Polski, który uprzedził Legię Warszawa. „Wisła znalazła rozgrywającego na lata!" – informowaliśmy. Oczekiwania były olbrzymie. Tym większe nadeszło rozczarowanie, gdy okazało się, że jego umiejętności nie przydadzą się drużynie przez ponad dwa lata.

Wkrótce po podpisaniu umowy, w lutym 2009 roku Garguła zerwał więzadła krzyżowe. Stracił dziewięć miesięcy. W Wiśle zadebiutował dopiero jesienią. Wtedy wyszło na jaw, że niemiecki chirurg Volker Fass zostawił w jego nodze... kawałek igły. Znów stół operacyjny. Znów przerwa. Łącznie blisko półtora roku.

– Nawet nie chciałem włączać telewizora, gdy Wisła ozgrywała swoje mecze. Odcinałem się, żeby trochę się uspokoić w środku. Denerwowało mnie, że nie widać szybkiego progresu – zamyśla się.

Po długiej rehabilitacji przyszły kolejne trudne chwile. Lato 2010 roku. Trenerem był Henryk Kasperczak. Stało się jasne, że Garguła stracił wszystkie atuty. Został przeciwieństwem piłkarza, którego ściągała Wisła. – Trenowałem z drużyną, grałem w sparingach, ale czułem, że byłem, bo byłem. Zawsze lubiłem być dobrze przygotowany pod względem fizycznym, bo wtedy jest łatwiej na boisku. A tu nagle stałem się takim chłopaczkiem, biedulką, która biegała między facetami. Jak ktoś mnie popchnął, to się odbijałem jak od ściany. Nie miałem mocy i szybkości – rozkłada ręce.

Zamiast lidera, stał się chłopakiem na końcówki. Zwykle też nie potrafił udowodnić, że zasługuje na grę w Wiśle. Był niecierpliwy, chciał efektów od razu. Podobnie część fanów Wisły, którzy coraz częściej przebąkiwali o „kolejnym Dawidowskim". Garguła podpisał przecież dobrą umowę, gwarantowała mu ona spore pieniądze. Atmosfera gęstniała, bo również w klubie nie wszyscy okazywali cierpliwość. Sam piłkarz przekonuje, że nie dostał z Wisły żadnego ultimatum. Żadnej daty. Nie usłyszał: „Grasz jak kiedyś albo transfer do innego klubu".

– Mogłem tylko czasem wyczuć, że Wisła podpisała kontrakt z piłkarzem, który jest zdrowy i ma grać od 1 lipca 2009, że są wymagania. Ale przecież w Wiśle nikt nie będzie dawał nikomu szans gry, byle tylko grał, nieważne że słabo. Powrót do formy był trudny – stwierdza pomocnik Białej Gwiazdy.

Myślał o wypożyczeniu
Najmocniej dostał po uszach wiosną tego roku po meczach Pucharu Polski z Podbeskidziem. Nie był w stanie dyktować tempa gry. – To był nieprzyjemny okres. Zostałem uznany za kozła ofiarnego tej porażki i nawet nie załapałem się na kolejne mecze. Po rundzie wiosennej myślałem o rocznym wypożyczeniu do innego klubu. Mówiło się o Śląsku Wrocław, latem rozmawialiśmy z trenerem Janasem, który był w Bełchatowie. Pewnie jeśli nie znalazłbym się w kręgu zainteresowań trenera Maaskanta i nie mieścił się choćby w osiemnastce, to bym to rozważył – potwierdza.
Nowy sezon rozpoczął nieźle, ale potem ponownie przyszedł dołek. Garguła nie znalazł się w osiemnastce meczowej na rewanż z APOEL-em Nikozja w eliminacjach Ligi Mistrzów.

– No i mecz z Flotą w Świnoujściu. Przed nim śmialiśmy się w szatni, że skoro to znów Puchar Polski, to ponownie musi paść na mnie. No i faktycznie, zagrałem słabo i wypadłem z gry na kilka tygodni. Znów nie dałem trenerowi sygnału, że jestem w dobrej dyspozycji – bije się w pierś. Wydawało się, że to już ostatni zakręt. Że dobry moment na powrót nigdy nie nadejdzie. Wisła potrzebowała punktów, kolejnych zwycięstw, trofeów. Widać to było ostatniej zimy, gdy ściągnięto wielu zawodników. Kogo w takiej sytuacji interesuje zapomniany rozgrywający? Paradoksalnie skorzystał dopiero na kontuzji Maora Meliksona. To ona przystawiła trenera Roberta Maaskanta do muru. Garguła musiał grać. Nie było już tłumaczeń. Wisła straciła Izraelczyka, ale odzyskała Polaka.

80-90 procent formy
– Faktycznie, dopiero w tym układzie mogłem się ogrywać, złapać pewność siebie. No i w Odense w końcu byłem przygotowany na to, żeby biegać od pierwszej do ostatniej minuty. Cieszyłem się tym, czułem się dobrze – przypomina z uśmiechem. Ale on może zniknąć, jeśli okaże się, że powrót Meliksona, który już wchodzi na końcówki, odbierze Gargule miejsce.

– Wygrać rywalizację z Maorem to trudna sprawa, ale nie niemożliwa. Zresztą możemy grać razem. Tak było w Odense, gdy Maor wszedł w końcówce na lewą stronę. Na treningach najczęściej też gramy ze sobą. Rozumiemy się... Przede wszystkim to chcę umocnić swoją pozycję w Wiśle. Do tego potrzebuję więcej mocy, szybkości na tych pierwszych metrach. Jest jeszcze rezerwa. Na razie osiągnąłem 80-90 procent dawnej formy – analizuje.
Meczem z Polonią może postawić następny krok. Prowadzi ją trener Jacek Zieliński, od którego się zaczęło: w 2002 roku wyciągnął Gargułę z Polaru Wrocław do Bełchatowa.

– To wszystko musiało się wydarzyć w moim życiu, żeby czegoś mnie nauczyło. Nie obraziłem się na cały świat. Taki etap w karierze też trzeba przejść, zobaczyć, czy człowiek się spisze i da radę. Ja dałem. Dziś jestem również bardziej cierpliwym człowiekiem. Nie jestem już taki roztrzepany i mam więcej pokory do pracy – wymienia.
Przypominamy mu, że wiosną powiedział „do kadry mam tak samo blisko, jak stąd na księżyc". – Byłem słabszy niż teraz, więc mogę powiedzieć, że dziś mam troszkę bliżej. Ale w przyszłym roku będę miał już 31 lat. Powoływanie piłkarza w takim wieku to chyba już tak trochę nie na miejscu... Chociaż jeśli będę miał dobry okres, to właściwie czemu nie? PRZEMYSŁAW ZYCH
20 LAT BOGUSŁAWA WYPARŁO


„20 ligowych lat Bodzia W.”
(„Przegląd Sportowy”, 14.10.2011)

Bogusław Wyparło. Jeden z największych symboli ŁKS opowiada o swoich 20 latach w ligowej piłce i największych piłkarzach, przeciwko którym grał.

NAJGORSZE DERBY
Prezes stwierdził, że sprzedałem derby Łodzi (sezon 1998/99). Puściłem 4 bramki i Antoni Ptak w przerwie meczu Widzew – ŁKS (5:0) wykręcił numer trenera Polaka. Kazał mnie zmienić. Wkur... się, spakowałem i wyjechałem do Mielca. Trwała druga połowa, a ja już byłem w aucie. (....) Zachowywałem się dziwnie w bramce? Zawsze można mieć podejrzenia. Bolało cholernie, bo w całym życiu tylko dwa razy byłem zmieniany w przerwie. Za drugim razem już mnie spytali, czy mi nie odj...bie. „Nie ma sprawy" – powiedziałem.

NAJDŁUŻSZE SPÓŹNIENIE
Czy wtedy zawaliłem najbardziej? Chyba nie, bo kiedyś spóźniłem się na... mecz ligowy ŁKS. I to ile... 15 minut! Graliśmy z Wisłą w Krakowie. W dniu meczu dostałem wolne na komunię córki w Tarnowie. Pokonać 100 km w 4,5 godziny? Łatwizna. Niestety, władowałem się w korek i nie dojechałem. Mecz rozpoczął Marcin Pająk, a ŁKS przez kwadrans nie miał na ławce nawet rezerwowego bramkarza! W tym czasie przedzierałem się na stadion. Był problem, pan na bramce nie chciał mnie puścić. Trwał mecz, a ja dzwoniłem do kierownika, żeby kogoś po mnie przysłał i mnie wpuścił. Na trybunach kilkanaście tysięcy ludzi, mój mecz, a ja... pod stadionem. Dotarłem, okazało się, że wygrywamy 2:0. Nie było sensu wchodzić. Przebrałem się, usiadłem na ławce. Przegraliśmy 2:5. Miałem kaca moralnego, że debiutanta władowałem na konia. Każdy był mądry po meczu. Że można było zmiany dokonać w przerwie.

IGOR NAJLEPSZY
Przez ligę przewinęło się tysiące zawodników, ale który był najlepszy? To było w Grodzisku. Piłka wychodziła na aut, więc Igor Kozioł łapał już drugą piłkę, która leżała za linią przy środku boiska i chciał ją wprowadzać do gry. Tymczasem nasz napastnik na niewiarygodnym gazie złapał piłkę w boisku, wyszedł sam na sam, położył bramkarza, obrońcę, który wrócił, i wbiegł z piłką do bramki. A ten biedny Kozioł stał tak dalej przy tej linii środkowej z piłką w rękach i patrzył, co się dzieje... Igor Sypniewski. To był on. Najlepszy. Z piłką przy nodze mógł zrobić wszystko, jeśli był w formie. Na treningach obrońcy nie zbliżali się do niego, bo miał tak niekonwencjonalny zwód, że lecieli na bandy, gdy on biegł w kierunku bramki. A to, co robił na treningach, potrafił bez stresu sprzedać w meczu. Nie do zatrzymania.

NAJWIĘKSZY GAZ
Mówią, że Melikson to najszybszy piłkarz ligi. Ale ja grałem z takim, który bił go na głowę.Wojtek Kowalczyk. Z piłką szybszy, niż bez niej. Cała liga miała z nim problemy. Pamiętam mecz w Mielcu przeciw Legii. Dostał piłkę za linię. Wybiegłem do niego. On zbytnio się tym nie przejął. Puścił sobie ją obok mnie, minął w ułamku sekundy, stanął przed pustą bramką. Poczekał na obrońcę. Położył go na ziemi i wbił piłkę do pustej. Bawił się. Są dwa rodzaje szybkich piłkarzy. Z piłką i bez. „Kowal" potrafił to robić z nią. Wprawdzie niesamowity gaz miał też Daniel Dubicki – ba! był nawet szybszy od „Kowala" – tylko że bez piłki. Kowalczyk rozpędzał się, a Fedoruk lub Pisz rzucali mu piłkę za linię obrony. Było ściganie się, próba desperackiego ratowania sytuacji. Nie wychodziło.

MŁODZI BEZROBOTNI
Denerwuje mnie to, że piłkarze mentalnie są zupełnie nieprzygotowani do treningu. Ja zostałem nauczony, że cały dzień jest podporządkowany treningowi, a dziś w ŁKS są zawodnicy, którzy umiejętności nie podnoszą przez rok! Oszukują samych siebie, a potem kończą w grupie, która się poszerza. Bezrobotnych piłkarzy. Bo dziś trening to dodatek. Trzeba przyjść, bo ma się jakąś umowę z klubem. Jakbyś zobaczył, kto najwięcej zostaje po treningu, żeby poćwiczyć, to w ŁKS-ie wygląda tak: bramkarze, dwóch starszy piłkarzy, a młodzi czekają i patrzą na tych starych z pogardą, bo chcą im te piłki zabrać i zanieść do magazynu. Wykąpać się i pojechać do galerii. A potem jeśli wyjdą im 2 dośrodkowania na 10, to okazuje się, że jest dobrze.

ALKOHOL
Niektórym alkohol służył, innym nie. Jak się biegało po boiskach w latach 90-tych, to niekiedy było czuć alkohol. Piłkarze zbytnio się tym nie przejmowali. Przeważnie gracze, którzy są na tyle odważni, by pić przed meczem, grali potem bardzo dobrze. Znali swoje możliwości. Pamiętam, jak w ŁKS-ie jeden przypuszczał, że mecz będzie odwołany ze względu na duże mrozy. „Boisko zmarznięte na kość" – zawyrokował. Ruszył w miasto, wrócił o szóstej nad ranem, a mecz o 15. Delegat miał inne zdanie, więc mecz się odbył. A ten, co wrócił nad ranem, zdobył dwie bramki, w tym jedną głową, choć nie był najwyższy. Wygraliśmy 2:0... Były nawet drużyny, które całe się bawiły dzień przed meczem i ogrywały rywala 3:0. Legia to był ewenement na skalę europejską. Potrafili wypić wannę przed meczem, a i tak walili wszystkich, jak chcieli.

Z MŁOTKIEM W NODZE
Rozglądam się dziś po lidze, nie tylko w łódzkich drużynach, i nie widzę piłkarza z mocnym strzałem. Był kiedyś taki Krzysztof Tomanek, pewnie dziś mało kto go pamięta. Piłki były znacznie cięższe, więc jak „Rocky" podchodził do rzutu karnego, to człowiek się modlił, żeby nie trafił w ciało. Piekło okropnie, więc wolało się, żeby padł gol. Dziś co drugi zawodnik, z nieco lepszym uderzeniem, strzela gole, bo piłka dostaje dziwnej rotacji. A ten „Rocky" potrafił to robić starymi futbolówkami. Gdyby grał dziś, zdobywałby bramki z połowy. Następny to Piotrek Jegor. Też był strach, jak strzelał.

LIGA? NIE OGLĄDAM...
Kiedyś, jak jechaliśmy na Legię albo Lecha, nie broniliśmy się. Była otwarta piłka. A dziś, jak widzę niektóre mecze, to przełączam je w cholerę i nie oglądam. Nieraz w takich uczestniczyłem, że w obu drużynach linii pomocy nie było. Tylko walenie od obrony do napadu. Piłkarze boją się wejść w drybling, przechwytują stoperzy i walą w drugą stronę. Współczuć kibicowi. Mam nadzieję, że mecz Widzewa z ŁKS to będzie coś zupełnie innego. Do dziś uśmiecham się na wspomnienie Maćka Terleckiego, który nie jest za bardzo lubiany w naszym klubie. Odchodził z ŁKS-u do mistrzowskiego Widzewa, gdyż twierdził, że w ŁKS-ie tytułu już nigdy nie zdobędzie. Dostaliśmy za niego dopłatę, Zbyszka Wyciszkiewicza, a potem... wygraliśmy mistrzostwo. Nigdy nie mów nigdy. Także w derbach.
Wysłuchał PRZEMYSŁAW ZYCH
JALIENS: NIE JESTEM EMERYTEM


Kew Jaliens w ogniu pytań nieco zapędził się w kozi róg...

„Nie jestem emerytem”
(„Przegląd Sportowy”, 14.10.2011)

Czuje się pan jak piłkarski emeryt?

Nie ma mowy. Jeśli porównam siebie do wielu młodych zawodników, okaże się, że jestem od nich sprawniejszy. Spokojnie mogę grać jeszcze przez kilka lat.

Tyle że obrona z panem na czele to najsłabszy punkt Wisły. Zdaje pan sobie sprawę, że kibice i eksperci obwiniają pana za słabą postawę drużyny?

Tego nie słyszałem, ale czy to nie ta sama obrona, z którą Wisła zdobyła mistrzostwo Polski w ubiegłym sezonie?

Personalnie tak, ale na pewno nie jakościowo.

Różnica jest taka, że gramy teraz bardziej ofensywny futbol, a obrońcy większość czasu spędzają w pomocy. To oznacza, że defensywa jest bardziej narażona na błędy, niż gdybyśmy myśleli tylko o tym, by nie stracić bramki i grali czterema typowymi obrońcami i dwoma defensywnymi pomocnikami, czekając na rywala na własnej połowie. Być może dlatego tych błędów jest teraz więcej.

To głównym problemem nie jest jednak to, że panu i Osmanowi Chavezowi brakuje szybkości i dynamiki?

Nie, bo można by powiedzieć, że w ubiegłym sezonie mieliśmy ten sam problem, a jednak zdobyliśmy mistrzostwo. Poza tym wszyscy wiedzą, że za grę defensywną nie odpowiada tylko czterech obrońców. Problemy w defensywie potęguje też niemoc w wykorzystaniu stwarzanych okazji.

Czyli twierdzi pan, że gra na tym samym poziomie, co w poprzednim sezonie?

Tego nie powiedziałem. Zdaję sobie sprawę, że jestem w stanie dać drużynie więcej. Tyle że w ostatnich tygodniach miałem problemy ze zdrowiem. Po meczu z APOEL-em mocno bolała mnie noga i do tej pory nie wyleczyłem jej jeszcze w stu procentach. Ale i tak daję wystarczająco dużo i robię, co do mnie należy. To chyba jednak widoczne, że nie idę tak często z piłką do przodu, jak w rundzie wiosennej. A to jest mój styl – ja lubię rozgrywać piłkę spod własnego pola karnego.

Jak to możliwe, że zespół, który walczy o mistrzowski tytuł, może sobie pozwolić na to, by wystawiać piłkarza, który nie jest do końca zdrowy?

Tak jak powiedziałem: jestem wystarczająco zdrowy, by wykonywać moje obowiązki.

Ale nie na sto procent?

Ale wystarczająco, by pomagać drużynie. W przeciwnym razie powiedziałbym trenerowi, że nie daję rady.

No więc procentowo ile traci pan przez kontuzję?

Nie wiem. Po prostu są sytuacje w meczu, w których wiem, że mógłbym coś zrobić, ale dziś czasem zastanawiam się, czy to na pewno dobry moment. Czy nie lepiej poczekać i zaatakować za chwilę? Brakuje mi nieraz szybkości, dynamiki, albo zdarzają się sytuację, gdy muszę włożyć więcej energii w to, co wcześniej przychodziło mi łatwiej.

Jeśli nie daje pan stu procent, to ile jest wystarczająco, by grać?

Zawsze daję sto procent. Z tego co mam.

To polska liga jest tak słaba, że może pan w niej grać i być wystarczająco dobrym?

Ale przecież nie mówię, że kuleję i nie jestem w stanie nic zrobić. Mam małe problemy, czuję dyskomfort, ale mogę w miarę normalnie grać. Nie traktuję ekstraklasy w inny, gorszy sposób, nie patrzę na nią z góry.

W lidze holenderskiej byłby pan w stanie grać z taką kontuzją?

Tak. Może nawet w Holandii byłoby mi łatwiej, bo tam nie gra się tak siłowo jak w Polsce.

A my po tym, co zobaczyliśmy w meczu Wisły z Twente, mamy spore wątpliwości, czy znalazłoby się jeszcze dla pana miejsce w Eredivisie.

Ja takich wątpliwości nie mam. Wcześniej wiele razy w barwach AZ grałem w Enschede i też przegrywałem wysoko, na przykład 0:3.

Holenderscy komentatorzy w czasie meczu Wisły z Twente mówili, że pan i Michael Lamey byliście najgorszymi piłkarzami tego spotkania.

Niech tak mówią, ja mam inne zdanie. Większość decyzji, które podejmowałem, było słusznych. Podawałem piłkę do zawodników w odpowiednich koszulkach. Jedyne, o co mam do siebie pretensje, to gol Marca Janko, przy którym popełniłem błąd.

Ale z duetu środkowych obrońców to pan częściej niż Osman Chavez się myli. Spóźnia się z interwencjami, nie zdąża wrócić za akcją rywali.

Być może bierze się to stąd, że mam nieco inne zadania niż Chavez. Jak mówiłem, to ja mam rozpoczynać akcję, wprowadzać piłkę do linii pomocy, a zadaniem Osmana jest pilnowanie tyłów, czekanie na rywala przed polem karnym.

Więc twierdzi pan, że krytyka jest przesadzona?

To zależy, czego się ode mnie oczekuje.

Po piłkarzu, który rozegrał ponad 400 meczów w Eredivisie, oczekuje się dużo.

Jeśli ktoś myśli, że mam tylko przerywać akcje rywala, być w centrum wydarzeń, a potem wykopywać piłkę do przodu i patrzeć, co się z nią stanie, to może ma rację, krytykując mnie. Ale ja mam nieco inne zadania w systemie, w którym gramy. Mam wychodzić do przodu, co się naturalnie wiąże z większym ryzykiem z tyłu. Nie wszyscy jednak widzą, co robię na boisku i nie wiedzą, co mam robić. Niewiele osób widzi, że na boisku cały czas rozmawiam z kolegami z drużyny, ustawiam ich, podpowiadam, jak mają się poruszać. To też są moje zadania.

Andrzej Iwan, legenda Wisły, twierdzi, że unika pan odpowiedzialności.

To nieprawda, bo zakres moich odpowiedzialności jest bardzo szeroki. Nigdy bym tego nie zrobił. Moi koledzy mogą to potwierdzić.

Wśród tych kolegów ma pan posłuch i respekt? Jak można traktować pana poważnie, jeśli cały czas się pan uśmiecha?

Nie cały czas, potrafię się wkurzyć i zazwyczaj, kiedy coś mówię do kolegów na boisku, to znaczy, że jestem wkurzony.

Patryk Małecki raz wymownym gestem kazał się panu zamknąć podczas meczu z Polonią. Kilka razy przykładał palec do ust.

Wszyscy znamy „Małego". Wiemy, jak nieraz reaguje...

Przeprosił?

Nie. Chodzi o to, że wyjaśniałem mu, co chciałem przekazać, bo mnie nie słuchał. Kazałem mu biec za swoim zawodnikiem, a on odkrzyknął, żebym sam się nim zajął i zostawił go w spokoju. Później tłumaczyłem mu, że krzyczałem, bo chciałem coś ustalić, pomóc drużynie, żeby nie powtórzyła się podobna sytuacja. On był wtedy jednak w amoku.

To nie jedyna taka sytuacja. Na treningu pokłócił się pan z Bunozą, aż musiał interweniować trener Maaskant.

Mieliśmy małą sprzeczkę. Po stracie piłki, zamiast próbować ją odzyskać, Gordan zaczął coś krzyczeć. Kazałem mu się zamknąć i gonić rywala. Akcję przerwał trener, który powiedział Bunozie, żeby słuchał, co się do niego mówi i wyciągał wnioski. Ale takie rzeczy są na porządku dziennym w piłce. Podpowiadanie kolegom to jedna z moich najmocniejszych stron.

Gdy zimą przychodził pan do Wisły, powiedział, że nie ma nic przeciwko uczeniu młodszych.

Bunoza to dobry przykład. On jest w gorącej wodzie kąpany, chce przeciąć każdą piłkę. Czasami mówię mu: „Nie musisz wygrywać każdej piłki, żeby zwyciężyć w pojedynku". Jeśli nie masz szans odebrać komuś piłki, nie próbuj tego, bo będziesz musiał sfaulować. Niech odegra piłkę. To już znak, że wykonałeś swoją robotę. Wracaj więc na swoje miejsce. Nie idź na raz, to jedna z mądrych rzeczy, które mu próbuję przekazać. Ciągle też powtarzam, żeby nie podchodził po piłkę, gdy ją wyprowadzam, tylko przesuwał się na bok.

To sprawy, o których w niezłych, zagranicznych akademiach piłkarskich wiedzą 16-letni obrońcy.

Cóż, ale taką mamy sytuację (szeroki uśmiech). Miałem w przeszłości wielu dobrych trenerów, więc jeśli chcę coś przekazać, robię to. Dziś zwracałem uwagę młodemu bramkarzowi, żeby w trakcie gierki przestał milczeć, tylko podpowiadał defensywie.

Gorzej, jeśli generał zawodzi. Wtedy chyba trudniej się go słucha, a piłkarze zaczynają mieć do niego coraz więcej uwag. „Jeśli ktoś chce mi zwrócić uwagę, to może to zrobić" – mówił pan po przyjeździe. To znaczy, że dziś tych uwag jest więcej?

Raczej nie, ale nie przeszkadzają mi, bo w ten sposób sobie pomagamy. W Holandii jesteśmy bardzo otwarci, mówimy, co myślimy. Dotyczy to także sytuacji w tunelu przed wyjściem na boisko. Tam trwa przedstawienie, wzajemne mierzenie się wzrokiem. To część gry. Tu jest bardzo spokojnie, piłkarze ekstraklasy w tunelu przed meczem nie prowokują, stoją i pokornie czekają na mecz. Gdybym spróbował, pomyśleliby, że jestem arogantem i się wywyższam, ale przecież można mówić, co się myśli, na boisku. Powiedziałem ostatnio młodemu Czekajowi: „Mów do mnie. Jeśli tego nie zrobisz, to nie będę wiedział, a razem na pewno nie pójdziemy do przodu". Nieważne, że mam rozegranych 400 meczów, a on 2. Na boisku tworzymy zespół. Nie jestem typem, który pobije kogoś za to, że na mnie krzyknął. Bo w piłce najważniejsza jest komunikacja.

Może nie jest pan właściwym piłkarzem do polskiej ligi? Tu wciąż nie chodzi o to, żeby wyprowadzać piłkę.

W Holandii to obrońcy rozpoczynają każdą akcję i ja w taki sposób nauczyłem się grać.

Kiedy uda się panu odkleić łatkę, która do pana przylgnęła?

Na mecze z Jagiellonią i Fulham będę już całkowicie zdrowy. Przerwa na spotkania reprezentacji pozwoliła mi się odbudować. Rozumiem, że kibice są rozczarowani, ale nie tylko oni. Ja też jestem.

Rozmawiali Piotr Wierzbicki i Przemysław Zych

niedziela, 4 grudnia 2011

RZUTY WOLNE W EKSTRAKLASIE? SZTUKA, KTÓRA ZANIKA...

Leszek Pisz. Legenda. W latach 1990-2011 to on zdobył najwięcej bramek z rzutów wolnych w ekstraklasie. Łącznie 17. Drugi jest Dariusz Dźwigała - 14. Trzecie miejsce to Tomasz Kiełbowicz i Maciej Iwański - po 12. Sebastian Mila? Siedem...

"Sztuka, która zanika"
(Przegląd Sportowy, 18.11.2011)

[wkrótce wrzucę dokładne statystyki!]

W ostatnich 20 latach w ekstraklasie strzelano w sezonie od 16 do 33 goli bezpośrednio z rzutów wolnych. Tymczasem na dwie kolejki przed półmetkiem obecnych rozgrywek w taki sposób zdobyto... dwie bramki.

- W trakcie odprawy przed meczem z Sokołem Pniewy trener Paweł Janas powiedział do mnie: „Jak będzie wolny na lewą nogę, to możesz odegrać do Krzyśka Ratajczyka, żeby on sobie huknął z daleka do bramki". No i sędzia taki wolny odgwizdał – przypomina sobie Leszek Pisz.
– Ustawiłem piłkę i wołam tego Rataja. Patrzę, biegnie! Zwarty i gotowy. Przebiegł na sprincie dobrych 70 metrów, zaczął przygotowywać i napinać te swoje mięśnie. Ale jak tylko dobiegł, to uderzyłem bezpośrednio. Wpadło. Wygraliśmy! Jedyny, który nie podbiegł z gratulacjami, to był wściekły i zadyszany Rataj. Po meczu krzyczał: „Po co targałeś mnie pół boiska, skoro sam strzelałeś?" – śmieje się rozgrywający Legii z lat 90. i jeden z najwybitniejszych wykonawców rzutów wolnych w historii polskiej piłki.

Piłkarski certyfikat
Tacy jak on mogą drażnić graczy dzisiejszej ekstraklasy: Jeśli nigdy nie trafiłeś z wolnego, to czy na pewno jesteś piłkarzem? – mógłby podpytywać ich z uśmiechem. Gol z rzutu wolnego to jak certyfikat świadczący o najwyższej jakości piłkarskiej. Tymczasem w lidze takich goli pada coraz mniej.

Nowe pokolenia kibiców mają tylko cień szans na wspomnienia, jakie przechowują starsi fani. Jednym przyjdzie do głowy Edson, innym bramka Tomasza Kiełbowicza, a pamiętający dawne czasy będą rozpływać się nad Kazimierzem Deyną czy Ryszardem Tarasiewiczem. Jeszcze w latach 90. Paweł Miąszkiewicz, Rafał Siadaczka czy Roman Szewczyk potrafili strzelać po dwa takie gole w trakcie jednego meczu, a co jest dziś? Dwa gole z wolnych padły jak na razie w... całym sezonie.

– Chyba dziś piłkarze ekstraklasy nie pracują nad tym elementem albo rzuty wolne przestały być ważne. Dobrze ułożoną stopę mają Sebastian Mila i Maciej Rybus, ale... jakoś nie widać efektów – ocenia Pisz. – A przecież taki strzelec w składzie to ogromna korzyść dla zespołu. Mnie najwięcej radości dawały wolne, które strzelałem w ostatnich minutach, gdy nie szło. Bywało tak, że męczyliśmy się w końcówce. Oj tak, Legia nie zawsze grała pięknie. No to pomagałem. I w podobnych sytuacjach najlepiej widać wartość takich piłkarzy – dodaje.

Pisz w sezonie 1994/95 potrafił strzelać gole ze stojącej piłki w trzech ligowych meczach z rzędu! Przerywał męczarnie z Hutnikiem Kraków i Stalą Stalowa Wola, wygrywał mecze w ostatnich sekundach z Pogonią Szczecin i Stomilem Olsztyn. Bez tego nie byłoby tytułu, nie byłoby ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

Teraz ich brakuje. Ostatni Mohikanin w ekstraklasie, który potrafi uderzać ze stojącej piłki, to Mila. W tym sezonie zrobił to dwa razy – w el. Ligi Europy i meczu ligowym. To niezłe osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że wielokrotnie decyduje się na wrzutkę na głowę wysokiego stopera.

Drugim szczęściarzem jest Tomasz Lisowski z Korony. W tym przypadku trudno uznać, czy to prawidłowość, skoro to dopiero jego drugi taki gol w poważnej piłce. W poprzednim sezonie jedynym, który potrafił powtórzyć skuteczny strzał z wolnego, był Mateusz Klich. Strzelone na wiosnę trzy gole z wolnych pomogły mu w transferze do VfL Wolfsburg.

– Jest ta posucha. Może spowodowana tym, że teraz obrońcy rzadziej faulują przed polem karnym? – zastanawia się Tomasz Kiełbowicz. – Poziom bramkarzy jest dziś znacznie wyższy niż kiedyś, ale faktycznie gdy wchodziłem do ligi piłkarzy, którzy potrafili wykonywać wolne było dużo... – przyznaje Mila.

Niezrównany Pisz
Liczby wręcz porażają. Niegdyś do siatki wpadało rocznie ponad 30 strzałów ze stojącej piłki, a najlepsi w ciągu roku powtarzali takie zagranie po kilka razy. Jednak żeby znaleźć zawodników, którzy kończyli sezon z pięcioma trafieniami, trzeba cofnąć się aż do lat 90. Ostatnio byli to Paweł Miąszkiewicz (1997/98), Sławomir Wojciechowski (1996/97) oraz Pisz (1995/96).
Tyle że on bije ich na głowę – rok wcześniej zdarzyło mu się też zdobyć aż 7 bramek z wolnych, a w omawianym sezonie szósty padł w Lidze Mistrzów, a jeszcze jeden po strzale... bezpośrednio z rogu!
– Czasem największe korzyści przynoszą spontaniczne lub ryzykanckie pomysły, a nie wyćwiczone schematy. Pamiętam, że kiedyś udawaliśmy, że strzelam, a podawałem Jurkowi Podbrożnemu i on ładował obok muru. Kilka razy wpadało... Nieraz pomagało mi „przedłużenie muru", który budowali napastnicy – przypomina Pisz i zanosi się od śmiechu.

Konsekwentnie przez lata w ciuciubabkę z bramkarzami bawił się też Dariusz Dźwigała, notując trafienia aż w dziesięciu sezonach. To on jest wiceliderem klasyfikacji ostatnich lat (14 goli ligowych i 5 w różnych pucharach). Na wyróżnienie zasługuje również osiągnięcie Iwańskiego – 12 goli w ekstraklasie oraz 4 kolejne strzelone w rozgrywkach pucharowych.

Drażliwy temat Mili
Podobnie rzecz ma się z Milą, za którym podąża fama dobrego wykonawcy wolnych od czasów bramki wbitej Davidowi Seamanowi. Wtedy (sezon 2003/04) miał swój najlepszy czas – trzy gole łącznie z bramką na stadionie Manchesteru City. Do dziś zgromadził w lidze siedem takich trafień oraz dwa w europejskich pucharach.

– Mało! Gdy słyszę, ile goli z wolnych strzelił brazylijski bramkarz Rogerio Ceni, to... wpadam w depresję! Dochodzi do mnie, że ja co najwyżej jestem chłopakiem, który ma szansę coś strzelić z wolnego. Gdybyś policzył wszystkie moje bramki, także dla kadry z Estonią, czy młodzieżówce oraz w finale Pucharu Austrii, to może zakręciłbym się koło dwudziestu. Daleko mi do Pisza czy Juninho Pernambucano... (ok. 60 goli – przyp. red.). Liczba tych moich wykorzystanych wolnych to dla mnie naprawdę drażliwy temat! – śmieje się Mila.

Strach przed faulem
A Rybus, o którym mówił Pisz? On strzelił dotąd w lidze... jednego wolnego. Dlatego ostatni wybitny wynik w tym elemencie w trakcie jednego sezonu zanotował Semir Stilić (2008/09). Jego zdobycz rozkłada się na ligę (dwa gole) i Puchar UEFA (trzy).

– To wszystko prawda, ale zwróciłbym też uwagę na to, że w obecnym sezonie Rybus zaliczył po wolnych kilka asyst. Legia zdobyła sporo goli po dośrodkowaniach ze stałych fragmentów odgwizdanych w bocznych sektorach boiska. To też jest wymierna korzyść dla drużyny – przyznaje Kiełbowicz.

Wszyscy potwierdzają, że posiadanie skutecznego egzekutora znacznie ułatwia życie napastnikom. Wiedzą, że mogą pozwolić sobie na więcej w meczu, gdyż nikt nie odważy się ich sfaulować. A ile powinno się strzelać goli w sezonie?

– Ha, nie to jest istotne. Wolny po prostu zawsze musi być zagrożeniem! Jak rozpoznać, że mamy do czynienia z dobrym wykonawcą? Można tak powiedzieć, gdy widzimy, że obrońcy rywala czują strach przed sfaulowaniem piłkarza z jego zespołu. To musi być ktoś taki, żeby obrońcy wiedzieli, że nie mogą sobie pozwolić na faul przed polem karnym. Są tacy w lidze? – pyta retorycznie Pisz, który przez całe życie trenował stałe fragmenty.
Gdy reszta zespołu Legii szła biegać do lasu, rozgrywający brał sztuczny murek i ćwiczył. Kilka razy objeżdżał z nim całą szesnastkę, od lewej do prawej. – Waliłem z każdej pozycji. Ktoś powie, że to nie ciężka praca, ale ja po tych ćwiczeniach miałem zakwasy. No, ale efekty były...
KIM JEST WOJCIECH PAWŁOWSKI?

Młody właśnie nawrzucał Johanowi Voskampowi...

"Niech Legia żałuje"
(Przegląd Sportowy, 21.10.2011)

Tekst, dzięki któremu kibice w całej Polsce po raz pierwszy usłyszeli o "rekordzie Fabiańskiego", a 44 tysiące fanów na meczu Śląsk - Lechia krzyczało w 30. minucie: "Wojtek Pawłowski!". Tak, to właśnie wtedy pobił "rekord Fabiańskiego".

:)

Bramkarz urodzony w 1993 roku wyrwał się z objęć Legii, a teraz spróbuje nie puścić gola w meczu z Lechem i nawiązać do rekordu Łukasza Fabiańskiego, najlepszego debiutanta ostatnich lat.

CZYTAJ TEŻ: Pawłowski - zapatrzony w Artura Boruca 

- W Legii sprawdzano mnie trzy razy. Przez kilka dni w Młodej Ekstraklasie i drużynie juniorów. A potem znów, parę treningów... Trzeci raz wróciłem do Warszawy, gdy zaproszono mnie na mecz między juniorami Legii a kadrą Polski. To miał być test ostateczny, ale nic z tego nie wyszło – rozkłada ręce Wojciech Pawłowski.

– Doszły mnie słuchy, że przy Łazienkowskiej oceniono, że jestem na równym poziomie z innymi bramkarzami tego rocznika. „Na razie odpuszczamy, zobaczymy, co z nim będzie dalej" – padła odpowiedź – przypomina sobie.
– Marek Jóźwiak, wtedy szef skautów w Legii, przekazał mi opinię trenera bramkarzy (Krzysztofa Dowhania – przyp. red.). Stwierdzono, że zawodników o takich parametrach i możliwościach rozwoju już mają w klubie – mówi Mariusz Lenartowicz, ówczesny trener nastolatka w Bałtyku Koszalin.

Fabiański zagrożony
Minęły dwa lata od testów przy Łazienkowskiej. Jakub Szumski, który wtedy okazał się lepszy, wciąż nie zadebiutował w ekstraklasie, a odtrącony Pawłowski stoi przed szansą pobicia rekordu ligi ostatniej dekady. Ma szansę zostać najlepszym debiutantem na tej pozycji. Na początku sezonu 2005/06 Łukasz Fabiański, wówczas 20-letni bramkarz Legii nie puścił gola przez 298 minut i skapitulował dopiero w czwartym spotkaniu.
Jeśli Pawłowski wyjdzie obronną ręką z meczu przeciw Lechowi, w kolejnym pozostanie mu tylko pół godziny do pobicia tego wyniku. Jednak wśród bramkarzy, którzy od 2001 roku zadebiutowali jako juniorzy, jego początek kariery okazuje się najlepszy. Z ogromną dozą szczęścia przebija na razie start przyszłych reprezentantów – Grzegorza Sandomierskiego i Przemysława Tytonia.

Ta strata Legii, okazała się więc korzyścią Lechii, która odezwała się wkrótce po warszawiakach. Legia miała podpisaną umowę partnerską z Bałtykiem i mogła przebierać w juniorach koszalińskiego klubu, ale nie skorzystała.
– Gdy odezwała się Lechia, zapytałem wprost działaczy z Warszawy, czy chłopak może jechać. Z powodu tej współpracy Pawłowski nie jeździł nigdzie na testy i czekał tylko na to, czy będzie chciała go Legia. Pozwolili – mówi Lenartowicz i zdradza, że sprawy wzięła w swoje ręce matka piłkarza i to ona postanowiła wyrwać juniora z objęć niezdecydowanej Legii.

– Pamiętam, jak prezes Bałtyku krzyknął przez okno budynku klubowego: – Wojtuś, faks przyszedł z Lechii Gdańsk! Zapraszają cię na testy. Maczałeś w tym palce? – Pawłowski wspomina ten dzień z uśmiechem.
16-latek zdołał jeszcze dwa razy zagrać w piątoligowym Bałtyku i przeniósł się 190 kilometrów na wschód. Zimą 2010 roku trafił na treningi Lechii ME. Raz w tygodniu przychodził na zajęcia pierwszego zespołu, by dalej mógł mu się przyglądać trener bramkarzy Dariusz Gładyś. Pierwszy kontakt był bolesny.
– Początkowe pół roku w Lechii to był dla mnie najgorszy czas. Stresowałem się. Tak bardzo że w debiucie w ME zostałem zmieniony w przerwie, puściłem dwa gole, w tym jednego po błędzie, gdy chciałem złapać piłkę, a wybiłem przed siebie i skorzystał z tego napastnik... Trener miał pretensje, bo w następnych meczach znów miałem udział przy bramkach rywali. A z kolei gdy przychodziłem na treningi do seniorów, to tam wszystko było inne, strzały, zagrania... – kręci głową.

Tę samą barierę musiał pokonać Sebastian Małkowski. Gładyś na początku często na niego pokrzykiwał, a młody nie potrafił się dostosować. – Musiałem zmienić swój styl. Na początku za bardzo starałem się pokazać, rzucałem się i parowałem wszystkie piłki, żeby tylko wyglądało to efektownie. „Nie na tym rzecz polega" – instruował mnie trener i nauczył, że bronienie nie polega na tym, żeby było ładnie. Ma być skutecznie! Żadnego łapania piłki „latając przez rzeczkę", pod publikę – śmieje się. Efekciarskie interwencje to było jednak to, co początkowo skupiło na nim uwagę Legii.

Popis w Warszawie
W 2009 roku 17-latkowie z Bałtyku grali z rówieśnikami z Warszawy mecze barażowe o miejsce w turnieju juniorów młodszych. Remis 0:0 w stolicy to był właśnie popis Pawłowskiego. W rewanżu jednak przegrali, awansowała Legia, która potem została wicemistrzem Polski, a jej wyróżniający się zawodnicy: Michał Żyro i Rafał Wolski, grają dziś w ekstraklasie.
– Było parę sytuacji, w których wtedy się pokazałem. Pamiętam rzut wolny Żyro, który uderzał z połowy boiska, rożne, wyjścia do piłki, strzały głową i z dystansu. Wybijałem wszystkie, stawiałem na efekciarstwo...

Teraz jest skuteczny. Wybronił Lechii kilka punktów, wychodząc obronną ręką w sytuacjach sam na sam z napastnikami. Miał więcej szczęścia niż jego rówieśnik i niegdyś rywal w juniorskich kadrach, Tomasz Kasprzik, który bez straty gola w ekstraklasie wytrwał... 3 sekundy. Tyle minęło od gwizdka sędziego (chwilę wcześniej pojawił się na boisku) do momentu, gdy piłka wpadła do jego bramki po rzucie wolnym Macieja Iwańskiego.
Drugim młodym debiutantem ostatniej dekady na tej pozycji, który też jeszcze nie puścił gola i teoretycznie wciąż może śrubować rekord, pozostaje tylko Filip Kurto (licznik trzeciego bramkarza Wisły stanął na 106 minutach).

Ale nawet udany start w młodym wieku nie gwarantuje mu udanej kariery. Wystarczy spojrzeć na najbardziej nieopierzonych debiutantów ostatniej dekady. Linka i Michałowicz nie mają dziś klubu. Kisiel broni ledwie w GKS Tychy, Kasprzik w LZS Leśnica, Janukiewicz nie rozwinął się, Jarosiński siedzi na ławce w MKS Kluczbork. Białkowski – w Southampton. Rogowski nie żyje.

Trochę postrzelony
– Ma znacznie mocniejszy charakter od kilku z nich. Powiedziałbym nawet, że Pawłowski jest przepewny siebie, niepokorny, wręcz delikatnie postrzelony. Nie było takiego momentu, gdy twierdził, że coś mu nie wyjdzie. No i rzadko spotyka się bramkarza z dobrymi warunkami fizycznymi, który mimo to byłby sprawnym gimnastykiem – przekonuje Lenartowicz.
– Bramkarz zawsze musi być wariatem. Stykowa piłka? Nie można bać się wjechać komuś w nogi. Po kilku ostrych starciach w Lubinie mógłbym powiedzieć, że nadaję się do zmiany, ale zacisnąłem zęby. Przed tym meczem doszły mnie przecież słuchy, że spotkanie z Bełchatowem to miał być mój jednorazowy występ. Że fajnie, iż się pokazałem, ale teraz czas na kogoś innego. Teraz już zapomniałem o tych meczach. Zdarzyło się, miałem dużo szczęścia, więc nie spinam się też przed następnym. O ile zagram... – mówi skromnie i bez tupetu, tak jak oczekuje od niego trener Tomasz Kafarski i Gładyś, który chwilę wcześniej pogroził mu palcem, przestrzegając 18-latka: „Ostatni wywiad w tym tygodniu!".

środa, 21 września 2011

KIM JEST DUDU BITON?

Trudne dzieciństwo i spadające bomby... Kolejna ckliwa, hollywoodzka historyjka o cudownym dzieciaku z charakterem, czy jednak coś więcej?

- W powietrzu cały czas wisiał jakiś problem, coś ciągle się działo. Ludzie pytają mnie, czy żałuję, że przeżyłem tam dzieciństwo, ale ja nie zamieniłbym na nic ani jednej spędzonej tam sekundy - wspomina Dudu Biton, piłkarz Wisły Kraków.

"Człowiek z kamienia"
("Przegląd Sportowy", 16.09.2011)

– Strach poderwał mnie z nóg i wyrzucił z domu. Kazał biec przed siebie. W stronę centrum handlowego. Moja mama pracowała obok. Odgłos wybuchu był przerażający. Zapomniałem o butach i pobiegłem boso. Miałem 12 lat i strasznie się o nią bałem. W powietrze wysadził się Arab. Zginęło dziesięć osób – tak Dudu Biton wspomina dzieciństwo, które spędził kilkanaście kilometrów od zapalnego rejonu, jakim jest Zachodni Brzeg. Życie w Netanyi było jak codzienna gra w ruletkę.

To obszar najbardziej narażony na odwet Palestyńczyków. Tu też przydarzył się jeden z najbardziej krwawych ataków ostatniego dziesięciolecia – w 2002 roku w zamachu zginęło 30 osób.
– To był okropny poranek, ale tak często wyglądała Netanya, miasto problemów. Pamiętam kilka wybuchów w pobliżu domu. Od dziecka byłem świadomy zagrożenia, więc przywykłem. Nie dziwiło mnie, że kilkaset metrów dalej wybucha bomba. My w Izraelu nie boimy się tak bardzo. Tu ludzie zabijają się na co dzień, istnieje problem z przestępczością, a gangsterzy walczą o przywództwo. Na szczęście nigdy nie ucierpiał żaden członek mojej rodziny – wzdycha Biton.

Wychował się w nieciekawej dzielnicy Netanyi. Nazywa się Seli. To oznacza kamień. Ten kamień miał go wzmocnić na całe życie. Dookoła domu panoszył się ciągły bałagan. Bieda na zawsze mogła kojarzyć mu się z hałasem. Docierały do niego tylko kłótnie sąsiadów, a jeśli nie było ich słychać, to tylko dlatego, że akurat ktoś wyzywał się na ulicy lub szmer zagłuszała przejeżdżająca na sygnale policja.

W Seli wychował się bez rodziców. Margalit i Ali rozwiedli się, gdy miał rok. Wtedy wraz ze starszym bratem Samim zamieszkał u babci Rahel. Kobieta mieszkała w Libii i gdy powstawał Izrael, przypłynęła do nowej ojczyzny statkiem z Włoch. Jej córka, matka piłkarza Wisły, po rozwodzie założyła nową rodzinę, ma dziś dwie córki. Ali już nigdy nie ożenił się ponownie.
– Długo wydawało mi się, że taka sytuacja jest normalna. Dopiero później zauważyłem, że każdy mieszka ze swoimi rodzicami. Oni byli gdzieś tam w pobliżu, żyli niedaleko. Mama zabierała mnie na każdy trening, ale moje życie ułożyło się w taki sposób, że nigdy nie miałem okazji mieszkać z rodzicami – rozkłada ręce.

– W tym naszym domu nie było komputera. Wszyscy mieli, a u nas pojawił się dopiero, gdy miałem 18 lat. Do dziś nie mam pojęcia, jak się gra na nim. Inni piłkarze śmieją się ze mnie, że nie potrafię załapać, o co chodzi w tym PlayStation. Mówią, że jestem dziwakiem, ale nie dbam o to. W dzieciństwie żyłem w swoim świecie.

Piłki nauczył się tam, gdzie na co dzień mijał handlarzy narkotyków, czyli na ulicy. To różnica między obecną generacją piłkarzy izraelskich i naszych. Polacy przez godzinę dziennie uczą się futbolu na treningu. Na Bliskim Wschodzie dalej gra się całymi dniami, tak jak w Polsce robiło pokolenie piłkarzy urodzonych w latach 70. Nie dziwne, że Izraelczycy mają obecnie trzy zespoły w fazie grupowej Ligi Europy, a Maccabi Hajfa zabrakło szczęścia w rzutach karnych, by awansować do Ligi Mistrzów. Rok temu w tych rozgrywkach wziął udział Hapoel Tel Awiw, sezon wcześniej powiodło się Maccabi.

Ucieczka z Aten
Biton – jeden ze zdolnego pokolenia dzieciaków, które futbolu uczyły się między blokami – w sobotę rano grywał mecz w szkółce Beitar Nes Tubruk, wracał do domu i dalej kopał z kolegami. W wieku 15 lat stał się etatowym reprezentantem juniorów Izraela i dostrzegł go Panathinaikos, w 2004 roku trenowany przez Itzhaka Shuma. Biton spodobał się rodakowi.
– Przeszedłem dwutygodniowe testy. Podpisaliśmy umowę, przeprowadziłem się do akademii w Atenach. Rozpocząłem treningi i po miesiącu powiedziałem, że mam dość życia w Grecji. Tęskniłem za swoim otoczeniem, nie potrafiłem znieść rozłąki z babcią. Źle z powodu utraty tej szansy się nie czuję. Nie byłem gotowy na pobyt w obcym kraju – mówi.

Nie można jednak powiedzieć, że piłkarza Wisły piłkarsko ukształtowała sama ulica. Akademia Beitaru Nes Tubruk, do której powrócił, to inicjatywa zorientowana na zarobek. Inwestuje w nią między innymi właściciel Maccabi Hajfa, w końcu więc trafił tam też sam Biton.
– Z tej dzielnicy Netanyi wywodzą się naprawdę dobrzy piłkarze, bo dają z siebie wszystko, mają charakter. Dudu pochodzi z bardzo biednej rodziny, więc nauczył się pomagać i ciężko pracować. Potrafi się poświęcać dla innych – mówi trener Zerik Zelzer, który powoływał Bitona do wszystkich reprezentacji juniorskich Izraela. Piłkarz Wisły był ich najlepszym strzelcem, a w 2005 zagrał w mistrzostwach Europy U-17 we Włoszech. Ale najwięcej zyskał na prywatnych lekcjach u Alona Mizrahiego. Najlepszy strzelec w historii ligi izraelskiej (204 gole) przez dwa lata pracował z nim raz w tygodniu.

Szczęście samo przyjdzie
– Alon zwrócił mi uwagę, że muszę więcej harować na boisku. Mówił: „Pomagasz szczęściu, kiedy jak szalony biegasz za każdą piłką. Wtedy szczęście samo do ciebie przyjdzie". Uwierzyłem mu. Gol w meczu z Lechem, gdy poszedłem za strzałem w poprzeczkę, nie był przypadkiem – opowiada.

Biton, wtedy jeszcze gracz Hapoelu Ra'anana, był pierwszym napastnikiem, który znalazł się na zajęciach u Mizrahiego. Drugim był inny chłopak z Netanyi, Shlomi Arbeitman, gracz Maccabi. Supersnajper Mizrahi zabierał na boisko tylko bramkarza i obu graczy.
- Nagle staliśmy się najlepszymi strzelcami ligi! Potem za każdym razem, gdy udzielaliśmy wywiadów, reklamowaliśmy Mizrahiego. Robiliśmy to tak skutecznie, że wkrótce rzucili się na niego młodzi piłkarze i dziś pracuje z około stu napastnikami! Robotę dostał dzięki nam, a my dzięki jego pracy trafiliśmy do dobrych klubów – zachwala Biton.

Shlomi po sezonie 2009/10, w którym strzelił 26 goli w lidze, odszedł za milion euro do Gent. Biton zdobył 12 bramek w rundzie jesiennej i został wypatrzony przez Charleroi. Suma transferu? Pół miliona euro.
Izraelski snajper mógł zostać w Izraelu i trafić do najlepszych klubów – Maccabi z Hajfy i Tel Awiwu. Ale nie chciał, w obu był. W Hajfie debiutował jako nastolatek z rezerw tuż po powrocie z Panathinaikosu. Zaliczył jeden występ w pierwszym składzie wraz z... Maorem Meliksonem.

Sześć razy na 1:0
– Debiutowałem w Maccabi, a to w Izraelu taka instytucja jak Wisła, najlepiej zorganizowany klub, który zawsze jest pierwszy lub drugi. Później trafiłem do Maccabi Tel Awiw, czyli... izraelskiej Legii. Dla nastolatka przebicie się do składu w dwóch najpotężniejszych klubach to wielkie osiągnięcie. Na właściwe tory moja kariera weszła więc dopiero w Ra'ananie. Miałem 19 lat i pomogłem im awansować do ekstraklasy, strzelając sześć razy w ostatniej minucie spotkań! Jak w Łodzi w meczu z Widzewem... Wtedy za każdym razem były to bramki na 1:0. Poczułem się pewniej – przyznaje.

W karierze pomógł mu też przypadek. W Izraelu istnieje trzyletni obowiązek wojskowy dla wszystkich mężczyzn. Gdyby nie sprzeciw armii, to dwa lata temu wylądowałby w Koblencji, w klubie ledwie z drugiej ligi niemieckiej. Wojskowi nie zgodzili się na jego wyjazd z kraju przed końcem służby.
– W izraelskiej armii, przez ciągłe zagrożenie z zewnątrz, panują bardzo surowe zasady. Jeśli popełnisz błąd, idziesz na miesiąc do aresztu. Jeśli dowódca coś ci każe, masz to zrobić. Nie zadajesz żadnych pytań – recytuje zasady.

Biton, chłopak z Seli, nie ma problemu z dyscypliną. Gdy po meczu z Lechem długo udzielał telewizyjnego wywiadu, trener Robert Maaskant w żołnierskich słowach przywołał go do szatni. Szybko zostawił reportera i od razu wrócił do szeregu. Za dużo przeszedł, by to wszystko stracić.
PRZEMYSLAW ZYCH
KIM NAPRAWDĘ JEST ARTJOM RUDNIEW?

Przedstawił nam się w Turynie, ale.... co do cholery było wcześniej?

Na jego rodzinnej Łotwie mało kto pamięta go z boisk. Dopiero po tym, jak błysnął w Poznaniu stał się idolem. Daj mu trzy sytuacje, strzeli trzy gole - mówią dziś o napastniku Lecha Poznań.

"Gotowy na kolejny krok"
("Przegląd Sportowy, 09.09.2011)

- Chłopak miał 18 lat, ale jako pierwszy podszedł do nas, obcokrajowców. Porozmawiał, zapytał czy czegoś potrzeba. Mieliśmy auto, więc odwdzięczaliśmy się wożąc go z treningów do domu. To była 20-minutowa trasa, a on w zamian uczył nas języka rosyjskiego. A że pochodził z rosyjskiej mniejszości, to mówił najczyściej. Właściwie tylko jego rozumieliśmy. Ten pogodny, otwarty i uśmiechnięty chłopak został naszym nauczycielem w Dyneburgu - przypomina sobie Bartłomiej Socha, który w klubie FC Daugava (wówczas Ditton Dyneburg) grał przez pół roku. Towarzyszył mu tam drugi Polak, Damian Augustyniak.

Z dzieciaka killer
Cztery lata później polscy piłkarze zobaczyli swego nauczyciela w telewizji. Pogodny nastolatek przemienił się w killera. Na oczach zszokowanej Polski wbijał trzy gole Juventusowi Turyn. Zanim jednak zaliczył hat trick na Stadio Olimpico, Artiom Rudniew musiał dojrzeć i wyrwać się z łotewskiego miasteczka wypełnionego rosyjską mniejszością i ukraińskimi emigrantami.
– Na tle innych młodych zawodników widać było, że będzie z niego piłkarz, ale kto mógł sądzić, że aż taki – kiwa głową Socha. Obaj z Augustyniakiem w 2006 roku uczestniczyli w pierwszym seniorskim treningu Rudniewa i odtąd trzymali się razem z nim.
– Nasze boisko to były kępy trawy, chwasty, no polska okręgówka, a „Cioma", bo tak na niego wołaliśmy, wyróżniał się, ale znowu bez przesady. Coś tam było widać, ale że aż tak? Po prostu pomocny chłopak był. Gdy szukaliśmy jakiegoś sklepu, to wskakiwał i jechał z nami. Frajda, że się z takim grało – cieszy się Augustyniak.

– Największe wrażenie robiła wtedy jego gra głową. Natomiast nie najlepiej jeszcze radził sobie lewą nogą. Widać przez te cztery lata musiał sporo nad nią pracować, bo teraz strzela z każdej pozycji. Dlatego dziś, w tak młodym wieku, to już piłkarz kompletny – przyznaje Socha.
Na Łotwie nie brakuje zaskoczonych takim obrotem spraw. Wprawdzie dziś mówi się tam o Rudniewie: „Daj mu trzy sytuacje, odda ci trzy gole", plotkuje się o tym, do którego klubu Premier League trafi i ogląda jego bramki z ligi polskiej, ale wielu na początku nie wiedziało, o kogo w ogóle chodzi. Mało kto zapamiętał Rudniewa z łotewskich boisk.

Wyrzut sumienia
– Nie mówię, że przez niego nie sypiam po nocach, ale ta sprawa faktycznie trochę nas gryzie. Mamy najlepszy skauting w kraju, ale muszę przyznać, że Rudniewa... nie było na naszej liście – rozkłada ręce Antanas Sakavickas, dyrektor sportowy Skonto Ryga, mistrza Łotwy.
– Może go nie doceniliśmy, ale próbuję sobie go przypomnieć z meczów Daugava – Skonto i... naprawdę nie błyszczał! Nie miał nawet pewnego miejsca w składzie, więc uznaliśmy, że nie podjąłby konkurencji z naszymi napastnikami, którymi byli Ivans Lukjanovs i Władimir Dwaliszwili. Przyznam, że rok temu byłem mocno zaskoczony tym, że w ogóle trafił do Lecha. To przecież niezła europejska półka, trochę mi to nie pasowało. A jak zaczął strzelać w Europie... niedowierzanie! – przyznaje Sakavickas.

Może należało się dziwić? Rudniew w 2007 roku zdobył 7 bramek w 19 meczach. Rok później – 14 spotkań i 4 gole. Ani razu nie trafił przeciw czołowym drużynom.
– Bo on na początku faktycznie nie wyróżniał się na tle innych zawodników. Ale cechował go upór. Postawa na treningu była jego kartą przetargową. Przegrywał rywalizację, ale jego sukces nie jest dla mnie jakimś wielkim szokiem – przyznaje Gruzin Pertia Tamaz, ówczesny trener Daugavy.

Niektórzy sądzą, że piłkarzowi Lecha w końcu zabrakło na Łotwie motywacji do rozwoju. Był pogrążony w marazmie i zdołowany sytuacją finansową klubu, który popadł w olbrzymie tarapaty. Grał za grosze, mieszkał z rodzicami za miastem. Mógł tylko liczyć na wyżywienie, które zapewniał klub.
– Artiom był zmęczony psychicznie z powodu braku wypłat w Daugavie. W takich sytuacjach pojawia się znużenie, brak chęci do pracy nad sobą. Sytuacja kompletnie odmieniła się na Węgrzech. Tam stał się mężczyzną – mówi Sakavickas.
– W Daugavie było już naprawdę źle, gdy my tam graliśmy. Przez sześć miesięcy nie dostaliśmy ani jednej pensji! Pewnego dnia został aresztowany rosyjski właściciel i klub się rozleciał – przyznaje Socha.

Gdy trzy lata później w trakcie obozu w Turcji przypadkowo spotkał Rudniewa, który grał już na Węgrzech. Łotysz przyznał, że w dalszym ciągu nie otrzymał zaległych pieniędzy. Podobnie zresztą jak inni zawodnicy. Nie dziwne, że z Daugavy odeszło 20 piłkarzy, a klub był bliski bankructwa i spadku do trzeciej ligi.

Zimą 2009 roku 20-letni Rudniew był już zdesperowany. Ruszył w Europę. Trafił na kilkudniowe testy do węgierskiego Zalaegerszeg, gdzie trenerem był Jánas Csank. Były selekcjoner reprezentacji Węgier przypatrzył mu się dokładnie i pokiwał głową z uznaniem. „Z tego chłopca będą ludzie" – miał powiedzieć współpracownikom. Na Węgrzech znany jest z oka do talentów.
– Właściciel klubu kazał mi przyjrzeć się Rudniewowi, bo przyjechał z polecenia jakiegoś agenta. Był bardzo surowy, grał wręcz prymitywną piłką, północną. I miał kłopoty techniczne – Csank przypomina sobie pierwszy dzień Łotysza.

– Ale coś jednak w nim drzemało. Spodobał mi się, choć byłem przekonany, że w przyszłości będzie najwyżej przeciętnym napastnikiem do gry w średniej lidze. Takiej jak węgierska. Odesłałem go wtedy na trening do grupy najlepiej technicznie wyszkolonych piłkarzy ćwiczących pod okiem Beli Illesa, wielkiego węgierskiego technika. Rudniew w tym czasie zrobił kolosalny postęp! Nigdy bym się tego po nim nie spodziewał! Jak dotąd nie spotkałem jeszcze piłkarza, który w tak krótkim czasie, zrobiłby tak ogromny skok – cieszy się Csank.

Ulubiony piłkarz
Ale i na Węgrzech, problemy nie opuściły Rudniewa. Testy i podpisanie kontraktu miały miejsce w lutym. Debiut dopiero w maju. Daugava długo wykłócała się z Węgrami o ekwiwalent. W końcu FIFA tymczasowo zezwoliła na jego grę, ale spór trwał ponad rok i opóźnił również transfer do Lecha.
– Trzy miesiące trenował bez możliwości gry. Niejeden by się załamał, a on harował jak wół! Wkrótce okazało się, że ma ogromne możliwości do gry kombinacyjnej, że może występować na prawym i na lewym skrzydle, że chętnie wraca do obrony. Nie szło mu tylko tyłem do bramki, ale jak się już odwrócił... – przerywa Csank.

– No cóż, to był mój ulubiony zawodnik. Gdy kiedyś spróbowałem mu zwiększyć obciążenia treningowe, to okazało się, że on wszystko świetnie znosił. Tyle już lat pracuję w piłce, więc wiem, jak rzadko zdarzają się gracze, którzy nie mają much w nosie. A on? Wchodził na dziesięć minut? Zadowolony. Grał cały mecz? Okay. Na minutę? Nie marudził. Niesamowity chłopak – zachwala Węgier.

Gdy strzelił w węgierskiej lidze 16 goli posypały się zaproszenia na testy. Na obozie Metalista Charków wbił trzy bramki, a w Lechu spodobał się trenerowi Jackowi Zielińskiemu. Rudniew niespodziewanie wybrał Kolejorza. Decyzja świadczyła o jego charakterze – nie rzucił się na górkę pieniędzy oferowanych przez Ukraińców.
– Metalist dawał trzy razy większą pensję niż Lech, ale Artiom był tak rozsądny, że zdawał sobie sprawę, iż wciąż musi spokojnie rozwijać swoją karierę. Nie chciał znów zniknąć z pola widzenia – mówi Matias Forkos, jego menedżer.

Czarodziejska różdżka
Nagle wszystko zmieniło się jak za dotknięciem różdżki – Rudniew stał się najskuteczniejszym napastnikiem Europy Środkowo-Wschodniej, a Daugava wyszła nawet z kryzysu i obecnie prowadzi w lidze łotewskiej. Z kolei miasto Dyneburg szczyci się dziś dwoma wielkimi talentami – w reprezentacji Łotwy rządzi też Aleksandras Cauna, obecnie gracz CSKA Moskwa.

Sam Rudniew po każdym golu dla Lecha wykręca numer asystenta pana Csanka i melduje: „Znów strzeliłem!". Być może wkrótce zadzwoni, żeby pochwalić się, że wyjeżdża na Wyspy Brytyjskie, bo tamtejsze kluby interesują się 23-letnim Łotyszem. Trener Daniel Purzycki odbywał ostatnio spotkania w klubach angielskich: – Dosłownie w każdym pytano mnie o Rudniewa. To były kluby z Championship i Premier League, w których już bardzo dobrze zdają sobie sprawę z tego, co on umie – przyznaje Polak.

– Ale wszystko trzeba robić powoli. Nie możesz próbować stawiać dwóch kroków naraz, bo się przewrócisz – przestrzega Sakavickas. – Może gdyby wtedy wybrał Metalista, to dziś byłby bogacczem, ale na pewno byśmy o nim nie rozmawiali. W tej chwili jest już gotowy na ten następny krok, ale musi wciąż pamiętać o tym, by znów zrobić jeden, a nie dwa! Na razie się udaje, bo Artiom idzie w bardzo odpowiednim tempie!

PRZEMYSŁAW ZYCH