niedziela, 3 stycznia 2010

CZEMU UCIEKŁ NAM ŚWIAT?



Pięć lat temu reprezentacja Polski do lat 19 w eliminacyjnym meczu potrafiła ograć 3:1 Szwajcarów. Kilka lat później do Manchesteru City trafił jednak Gelson Fernandes, a nie Dariusz Zjawiński czy Adrian Mierzejewski. Jak wytłumaczyć więc, że Zjawiński kopie dziś piłkę przy ulicy Sportowej 66 w Nowym Dworze Mazowieckim, a Mierzejewski jest piłkarzem Polonii Warszawa?

Tekst jako część raportu ukazał się w październikowym numerze Magazynu Futbol (2009 rok). Od razu dodam - nie jest najlepiej napisany, nie ma w nim wesołych anegdot, cytatu przerywającego skomplikowane (być może dla niektórych nie do zniesienia) tłumaczenie specyfiki szkolenia. Nie jest to dzieło literackie, ale ci, którzy się nim interesują, na pewno jednak przebrną, coś dla siebie znajdą, bo tekst zawiera kilka interesujących wątków. Tym, którzy uważają, że w tekście o piłce, by był ciekawy, musi być alkohol, przygoda, dziwka i hazard, od razu sugeruję pominięcie tej pozycji. Śmiałkom, którzy przebrnęli, pozostanie do przeczytania jeszcze rozmowa z Ryszardem Karalusem (pod tekstem) i kilka pobocznych ramek. Uff - i już o szkoleniu wiecie wszystko.


Według wielu dwadzieścia lat temu śmiercią naturalną zaczął umierać polski system szkolenia piłkarzy. Systemu jednak.. nigdy tak naprawdę nie było. Mieliśmy świetnych piłkarzy, gdyż grając w piłkę na boiskach, łąkach, hałdach spędzali w młodości 5-6 godzin dziennie. Przed szkołą, po niej, w klubie i na podwórku. Gdy zmieniły się realia, a przed młodymi ludźmi rozłożono wachlarz propozycji spędzenia wolnego czasu, nikt nie zareagował.

Dziś liczba godzin, które kandydaci na piłkarzy spędzają grając w piłkę wynosi co najwyżej 1-1,5h dziennie (tylko w klubach). W dodatku w ogromnej większości przypadków (kluby poniżej pierwszej ligi) dawka ta implikowana jest zaledwie trzy razy w tygodniu. W pozostałe dni młodzi kandydaci na piłkarzy zwyczajnie jak każdy chłopiec chodzą do szkoły, gdyż tok nauki gry w piłkę właściwie nie jest dostosowany do zajęć lekcyjnych (jedyny wyjątek to Lech Poznań, który znalazł rozwiązanie). Często jednak w klubach młodzież trenuje rzadziej, bo po prostu tak w nich zadecydowano.
– Nie możemy prywatnej spółce rozkazać, by chłopcy trenowali więcej. Przykładowo, w Lechu Poznań 10-latkowi trenują pięć razy w tygodniu, a w Legii Warszawa mówi się o szkole hiszpańskiej i dzieciaki trenują tylko trzy razy – mówi Jerzy Engel, szef Wydziału Szkolenia.

Niewielka liczba dotknięć piłki przekłada się na umiejętności techniczne. Problem niedawno dostrzeżono również w Anglii. Na Wyspach zdano sobie sprawę, że każdy francuski chłopiec, chodzący do akademii piłkarskiej, klubowej lub związkowej, w przedziale wiekowym od 12 do 16 roku otrzymuje około 2304 godzin treningu, dwa razy więcej niż w junior w Anglii! Zauważono zresztą nie tylko zalety metody „większej liczby dotknięć”, ale i wprowadzenia zajęć zorientowanych jedynie na poprawienie umiejętności technicznych (grupa wiekowa 12-16). Pierwszym, który do tego doprowadził był w Liverpoolu… Francuz, Gerard Houllier.
– Ale to wszystko zależy od tego kto stoi na czele takiej szkółki, kto jest menedżerem. Dziś menedżerem w Liverpoolu jest Hiszpan i jestem pewien, że wygląda to zupełnie inaczej – przekonuje Engel.

Na ten sam problem w Polsce zwracał ostatnio uwagę Loic Lo Bello. Francuz z polskimi korzeniami do Młodej Ekstraklasy Polonii Warszawa trafił latem.
- Moi koledzy z Polonii mieli i mają za mało treningów, bo nie mogą połączyć szkoły z piłką, tak by trenować po cztery godziny dziennie. We Francji miałem zajęcia dwa razy dziennie po dwie godziny, ponadto wszystko było idealnie połączone z nauką. Dziś w Polonii mam zajęcia siedem-osiem godzin w tygodniu plus zajęcia indywidualne, a nie jak w Nicei czy Clermont - ok. 15-20 godzin tygodniowo. Trenowałem przez 11 miesięcy, a w Polsce ćwiczy się tylko 8 lub 9 miesięcy – mówił w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Błędy w szkoleniu trenerów młodzieży
Problem polega na tym, że aby zostać piłkarzem w Polsce, kandydat musi wiele poświęcić. Dużo więcej niż na Zachodzie. Dlatego rozwiązania są dwa. Obydwa złe. Pierwsze – piłkarz rzuca szkołę i tylko trenuje. Drugie – stara się pogodzić obie rzeczy, ale na zmianę opuszczając treningi lub zajęcia w szkole. Mniejsza liczba godzin spędzonych w tym wieku na boisku czyni go jednak piłkarskim analfabetą na całe życie. Z kolei jeśli rzuci szkołę, pojawia się inny problem.
– To tak zwany czwarty filar, na który w Polsce wciąż nie zwraca się należytej uwagi. Dostrzegamy braki techniczne, taktyczne, sprawy fizyczne, ale wciąż nie mówi się o sprawie mentalnej. Oni nie są w tym aspekcie wytrenowani – mówi Grzegorz Polakow, przez lata wykładowca na gdańskim AWF.
– W ogóle nie zwraca się również uwagi na to, kto po pierwsze – trenuje młodych zawodników, a po drugie – kto przygotowuje do zawodu przyszłych trenerów młodzieży. Są to na AWF-ach ludzie bez jakiejkolwiek wizji, profesorowie, którzy piszą pracę o tym jak wykonać rzut karny! Pójdą na stadion, popatrzą, pooglądają. Teoretycy i nic więcej – mówi Polakow.

Dobre szkolenie trenerów młodzieży, to takie, które pozwala na ścisłą specjalizację, rozróżnienie potrzeb trenowanych grup wiekowych. Inaczej trenuje się 12 latka, inaczej 17 latka. To nie tylko nasz problem. W Anglii przez wiele lat nie zwracano uwagi na to zagadnienie aż w końcu rozpoczęto proces przyznawania licencji dla trenerów trzech grup wiekowych. W Polsce młodzież zbyt często trenują ludzie bez specjalizacji, często nie wiedzący czego potrzebuje w danej kategorii wiekowej młody piłkarz. – Dopiero będziemy wdrażać odpowiednie licencje – mówi Jerzy Engel, przewodniczący Wydziału Szkolenia, który od razu zwraca uwagę na inny problem związany z trenerami młodzieży.
– Przez lata byli upadlani zarobkami rzędu 300 czy 600 złotych. To w wielu miejscach wciąż się jeszcze nie zmieniło. Czy zarabiając takie pieniądze można w ogóle poświęcić się tej pracy? Gdzieniegdzie udaje się to zmienić. Dyrektor biura sportu w Warszawie Wiesław Wilczyński przeznaczył właśnie 3 miliony na pensje trenerów młodzieży. Tak więc każdy, kto udowodni, że trenuje grupę składającą się z przynajmniej 20 zawodników otrzyma miesięczne dofinansowania tysiąca złotych. Kolejny tysiąc dołożyło ministerstwo sportu. Jeśli samorząd dorzuci kolejny, każdy będzie chciał wykonywać ten zawód – przekonuje Engel. Problem polega na tym, że dotyczy całej Polski, a nie tylko Warszawy.

Inicjatywa związku
Działania Wydziału Piłkarstwa Młodzieżowego PZPN, takie jak objęcie przed pięcioma laty szkoleniem tysiąc dzieciaków w szesnastu gimnazjach na terenie całego kraju, to świetna idea. Nie przysporzy jednak federacji pochwał tak długo, jak nie przyniesie pierwszych efektów.
– A właśnie, że już przynosi. Przecież jednym z wychowanków był Grzegorz Krychowiak, który uczęszczał do jednego z tych gimnazjów – przekonuje Engel. Wspomniana inicjatywa to zalążek pomysłu Francuzów, który później został skopiowany przez Czechów. W tych krajach w każdym województwie istnieje szkółka pod egidą federacji.
– Na początku zajęliśmy się tylko gimnazjami. W pierwszych latach szło to bardzo siermiężnie, teraz zaczyna wyglądać to coraz lepiej. Każde gimnazjum obsługują trenerzy związkowi. Do dyspozycji są boiska trawiaste i od niedawna sztuczne – przekonuje Engel.

We Francji ośrodki są na tyle dobre, że kluby nie obawiają się oddawać na aż pięć dni w tygodniu najlepszych kandydatów w ręce związkowych specjalistów. Młodzi gracze powracają do swoich klubów na weekend. Wtedy grają tam mecze.
- Założenie jest takie, by do tych szkół trafili najlepsi chłopcy z całego województwa. Mieszkają w internatach, trenują dwa razy dziennie, a plan zajęć jest do tego dostosowany – mówi Eugeniusz Nowak z PZPN.
– Oczywiście zdarzają się przypadki, że kluby nie chcą, by ich piłkarz chodził i trenował w naszym gimnazjum. Chociażby ze względu na to, że bliżej ma z domu do klubu. Bywa też tak, jak na przykład w Poznaniu, że Lech zbiera wszystkich najzdolniejszych piłkarzy z całego województwa i nie ma sensu ich zbierać osobno, bo trenują już w jednym klubie. Od roku istnieje również szesnaście liceów, bo wcześniej po skończeniu gimnazjum, chłopcy w wieku 16 lat powracali już do klubów. A jak trafiają do naszego gimnazjum? Są wyselekcjonowani przez trenerów związkowych, gdy zawodnicy mają po 11-12 lat. To wszystko na razie raczkuje, ale jest coraz lepiej. Przypomina to gimnazja i licea, w których kształtują się przyszli siatkarze – mówi Engel.

Ciągłe zaniedbania
W Polsce przez całe lata trwała debata, czy wszystkie reprezentacje pod egidą PZPN (juniorskie, młodzieżowe, seniorska) powinny grać systemem 4-4-2. Zabrało nam to tak długo, że aż uciekł nam świat. Niedawno holenderski związek – KNVB - wprowadził obowiązek gry systemem 4-3-3, który zdecydował się preferować. Od niedawna mają nim grać nie tylko reprezentacje, lecz także wszystkie kluby w każdych rozgrywkach juniorskich! KNVB zarządził również, by wszystkie zespoły juniorskie do lat 17 były trenowane przez dwóch trenerów (wcześniej przechodzi się długie szkolenia). To również po to, by podołać z wiekiem coraz trudniejszym charakterom chłopców, przeistaczającym się w mężczyzn. Tak prowadzone zajęcia koordynują ludzie z holenderskiej federacji, którzy raz w miesiącu odwiedzają każdy z 2500 klubów!
- Czy wobec tego PZPN naprawdę nie może więcej?
– Pokazujemy na szkoleniach naszą wykładnię, ale nie możemy nikogo zmusić do odpowiedniego systemu. Zalecamy dziś grę tylko w ustawieniu 4-4-2 i 4-3-3, ale jeśli ktoś gdzieś gra systemem 3-5-2, to niewiele możemy z tym zrobić – mówi Engel. A szkolenia? – Zapakowaliśmy niedawno autokar naszymi najlepszymi szkoleniowcami w kwestiach młodzieży. Byli między innymi Stefan Majewski, Edward Klejndinst, Krzysztof Chrobak. I objechaliśmy z nimi całą Polskę, organizując w każdym województwie pokazowe szkolenia trenerów młodzieży. Spotkało się to ze świetnym przyjęciem. Na każdym spotkaniu było kilkuset trenerów – opisuje. To jednak wciąż dużo mniej niż comiesięczne wizyty trenerów w każdym polskim klubie.

To, co federacja narzuca dziś klubom i to dopiero od kilku lat, to poprzez wymogi licencyjne, posiadanie odpowiedniej liczby zespołów juniorskich. Natomiast wciąż w tych przepisach nie ma ani słowa o bazie, liczbie boisk, którą klub powinien dysponować zanim przystąpi do rozgrywek. Przez lata niedostrzeganym problemem - choć głośno mówił o nim choćby Michał Globisz - był rozleniwiający system rozgrywek juniorskich na poziomie juniorów starszych (18-19 lat) i młodszych (16-17). Nie przyzwyczajał on graczy do rywalizacji. Kraj wciąż jest podzielony na 16 okręgów, w których organizuje się osobne rozgrywki na szczeblach juniorskich. Dlatego najlepsi juniorzy w sezonie rozgrywają najwyżej 5-6 spotkań, w których muszą wspiąć się na wyżyny. W innych ogrywają po 7:0 każdego jak chcą, bez wysiłku.

Od tego sezonu miało się to zmienić. PZPN chciał utworzyć utworzyć osiem „pierwszych lig” juniorskich. Wiele klubów (lecz tylko ekstraklasowe mają ten komfort) nie czekało na zmianę systemu i jak najszybciej zaczęło przenosić juniorów starszych do zespołów Młodej Ekstraklasy (pozwala na grę piłkarzy do 21 roku życia). W ten sposób samoistnie powołano do życia ogólnopolskie rozgrywki juniorskie.
– Dlatego dziś projekt powołania 8 okregów wywołuje dużo kontrowersji, są prowadzone dyskusje i na razie zdecydowaliśmy się nie łączyć lig. Koszty takiej operacji są spore, bo zwiększają wydatki wielu klubów na dojazdy, a przecież najzdolniejsi zaczęli już trafiać do ME. Z kolei ci, którzy nie łapią się do ME, coraz częściej przechodzą do II ligi, lub – ze względu na wymóg wystawiania określonej liczby młodzieżowców w III czy IV lidze – grają już w seniorach. Zastanawiamy się więc, czy w takim razie jest sens to czynić dla drugiego sortu młodzieży, która pozostaje w zespołach juniorów starszych – mówi Jerzy Engel, przewodniczący Wydziału Szkolenia PZPN, który przyznaje, że padła propozycja, by utworzyć rozgrywki makroregionalne (4 lub 8 grup zamiast 16), ale tylko dla juniorów młodszych.

Engel nic natomiast nie wspomina o zmianie, która oburzyła całe środowisko trenerskie. Tydzień po starcie II ligi przesunięto limit wieku dla młodzieżowca. Zgodnie z wcześniejszymi wytycznymi w tym sezonie miał być nim piłkarz urodzony w 1989 roku. Od kilku lat kluby na poziomie II ligi mają obowiązek wystawienia dwóch takich piłkarzy. W niższych ligach – trzech. Z tego powodu kluby niższych lig przez cały okres przygotowawczy szykowały do gry piłkarzy 20-letnich. PZPN w trakcie trwania rozgrywek nagle jednak zadecydował, że odtąd młodzieżowcem jest piłkarz… 22-letni, urodzony w roku 1987. Efekt tej zmiany był taki, że większość klubów natychmiast odstawiła od składów mniej doświadczonych 20-latków na rzeczy tych, których mieli się pozbyć – 22-letnich piłkarzy.

Jak widać w Polsce młodzieżowcem wciąż nazywany jest piłkarz… zaawansowany wiekowo. Ta sprawa całkowicie zaprzecza również powodom, dla których PZPN wstrzymuje reorganizację rozgrywek juniorskich. Dziś nikt juniorów starszych już w składzie nie potrzebuje, skoro można wystawić do gry 22-latka. Wielu dobrych graczy, wcale nie drugiego sortu, trafiło dziś ponownie do juniorów, gdzie na nowo przyjdzie im ogrywać wszystkich rówieśników po 7:0. Warto przy tym zauważyć, że w innych wysoko rozwiniętych piłkarsko krajach, np. w Anglii, krajowe rozgrywki juniorskie U-19 organizowane są w czterech grupach, a nie szesnastu.

Nikt nie wie za co odpowiada
Doprowadzenie do powstania systemu w Polsce jest mało prawdopodobne. Chociażby ze względu na to, że nawet gdyby ktoś chciał doprowadzić do jego powstania, istnieją niewielkie szanse, że będzie potrafił. Dlaczego? Bo nikt u nas tego wcześniej nie zrobił. Plan Jerzego Engela sprzed trzech lat w Ministerstwie Sportu wyrzucono na razie do kosza. Powód? Był nierealny i zakładał wydatki na poziomie kilku miliardów złotych. Druga sprawa to fakt, że taki system wymagałby świetnej współpracy czterech podmiotów: PZPN – Ministerstwa Sportu i Turystyki – Ministerstwa Edukacji – klubów piłkarskich.

Gdyby zapytać członków Wydziału Szkolenia PZPN o to jak ma się nasz system, w większości przypadków padnie odpowiedź „dobrze”. Tłumaczenie PZPN jest ciągle takie same – szkolenie zależy tylko od klubów. Podział obowiązków wciąż nie jest jasny. Wciąż trwa u nas cicha debata, w jak wielkim stopniu za finansowanie szkolenia powinien odpowiadać związek, kluby i samorządy…
- Przez całe wieki nie poprawiała się infrastruktura, która była w tragicznym stanie. Dziś samorządy w końcu zaczynają je budować własnym sumptem. PZPN ich nie zbuduje – mówi Engel.

Jak wyglądałoby zdaje się perfekcyjne rozwiązanie? Za budowę boisk i lepsze kształcenie przyszłych trenerów młodzieży przez AWF odpowiadałoby MSiT. Za dostosowanie godzin lekcyjnych do treningów w klubach – ME. Organizacją rozgrywek na poziomie podstawówek i gimnazjów (w jeszcze większym wymiarze niż wspomnianych 16 gimnazjów i liceów) musiałyby zająć się trzy podmioty łącznie: PZPN-ME-MSiT. By system, który może przywrócić Polsce miejsce choćby w dziesiątce najlepszych w Europie krajów piłkarskich, działał sprawnie (a jeszcze nie powstał), wymaga jednak dużych nakładów finansowych obu ministerstw. Jeśli chodzi o obowiązki PZPN, pociągnęłoby to za sobą koszty przynajmniej takie same - choćby na delegacje trenerów związkowych po Polsce – jak wydatki administracyjne na działalność związku…

Nie czekać na PZPN
Na szczęście jest w Polsce kilka miejsc, w których zrozumiano, że nie ma sensu czekać na wizjonerów z PZPN-u, wprowadzenie nadzoru szkolenia w całym kraju i stały przyjazd mądrych trenerów wizytujących kluby z małych miasteczek. W nich nikt nie ogląda się na współpracę związku z obydwoma ministerstwami. Trzeba działać – takie hasło przyjęto sobie w Legii Warszawa i Lechu Poznań. Oczywiście na zdobycie się organizację własnego szkolenia, nie było w Warszawie i Poznaniu tak trudno ze względu na finanse, którymi dysponują. Legia z budżetu ITI na Akademię wydaje dziś dwa miliony złotych rocznie. Spośród wszystkich klubów najbardziej rozległy system w życie w wdrożył jednak Kolejarz.

Lech od kilku lat sprawuje pieczę nad siecią dziewięciu poznańskich szkół podstawowych i współpracuje z Akademią Remes w Opalenicy. W każdej ze szkół rozsianych w różnych częściach miasta istnieją klasy sportowe Lecha. Najbardziej utalentowana młodzież znajduje się jednak w słynnej „trzynastce”.
- To ona jest kręgosłupem całego szkolenia klubu. Do grupy dzieci z SP 13 – wcześniej starannie wyselekcjonowanej i zaliczonej do grupy „złotej” - trafiają również najzdolniejsze dzieci spośród reszty. Najczęściej po zakończeniu nauki w podstawówce. Chyba, że w jej trakcie chłopiec już jest gotowy na przenosiny w obrębie miasta. Wówczas dochodzi do tego wcześniej – mówi Marek Śledź, koordynator szkolenia w Lechu.

Struktura w Lechu przypomina siatkę Ajaksu. Amsterdamski klub współpracuje z kilkunastoma szkołami wyposażonymi w odpowiednie boiska bądź klubikami przy szkołach. Tam dzieciaki pną się w górę po drabince, zupełnie jak w Lechu. - Warte uwagi jest to, że na etapie podstawówki tylko tzw. „złote dzieci” ze szkół wiodących, czyli kręgosłup całego systemu („trzynastka”), trenują na boiskach Lecha. Dzieciaki w pozostałych ośmiu podstawówkach mają do dyspozycji dobre szkolne boisko i ośmiu trenerów, którzy zostali zaaprobowani przez Lecha. Wszyscy działają zgodnie ze specjalnym programem przygotowanym na Bułgarskiej – opowiada Śledź.

Nie w każdym aspekcie praca Lecha wygląda różowo. – Mimo, że dysponujemy łącznie dziesięcioma boiskami, to tylko trzy z nich znajdują się w samym Poznaniu, obok stadionu. Reszta jest na razie na użytek jedynie Młodej Ekstraklasy, bo znajduje się w oddalonych o 50 kilometrów Wronkach. Te w Poznaniu zresztą nie mają najlepszego standardu – mówi. W dodatku, szkoła szkole nie jest równa, a na kolejnym szczeblu drabinki Lecha – już w gimnazjum i liceum – uczy się 120 wyselekcjonowanych zawodników, po 20 w każdej klasie. Warto zauważyć, że jeśli poziom nie jest tam przyzwoity, Lech zamiast inteligentnego piłkarza, może dostać nieświadomego grajka, który w przypadku doznania kontuzji, będzie później zmuszony co najwyżej… kopać doły. Bo robienie z nich piłkarzy, to również kształtowanie ich świadomości. Pytanie tylko czy efekt takich inicjatyw całkowicie zrekompensuje brak wspólnych działań PZPN i obu ministerstw? PRZEMYSŁAW ZYCH



ROZMOWA Z RYSZARDEM KARALUESEM
(trenerem grup młodzieżowych w Jagiellonii Białystok)

"PZPN do roboty"

Z jakimi problemami zmaga się pan na co dzień trenując młodzież w Białymstoku?
Ryszard Kalarus (trener grup młodzieżowych w Jagiellonii Białystok): Nie tylko na Podlasiu, ale wszędzie piętą achillesową jest baza. W jej rozwoju powinien brać udział PZPN. Wydział Piłkarstwa Młodzieżowego – jest w PZPN-u taki? Poza tym kluby powinny przeznaczać 10% rocznego budżetu na ten cel. Trzeba również docenić trenerów młodzieży. Nie chodzi tylko o to czy zawodnik zostanie piłkarzem. Sport kształtuje ich osobowość. Ale jeszcze raz podkreślę: baza, baza, baza. Wszyscy narzekają, ale ile klubów w Polsce ma prawidłową bazę?

Lech Poznań na pewno. Ale kto jeszcze…
No właśnie zastanawiamy się, a wszystkie kluby powinny ćwiczyć na równych płytach. Sporym błędem było również zlikwidowanie międzywojewódzkich klas juniorów. Kiedyś graliśmy mecze z Olsztynem, Warszawą i co tydzień rozgrywki stały na dobrym poziomie. Kiedyś jako Jagiellonia graliśmy mecze w lidze z Drukarzem Warszawa, Legią, Polonią, Gwardią, Sarmatą. To w ten sposób wychowałem Marka Citkę, Tomasza Frankowskiego i resztę. Później siedmiu, czy ośmiu chłopaków grało w ekstraklasie. Dziś tego nie ma. Co z tego, że dziś moi piłkarze w juniorach młodszych po sześciu spotkaniach ligowych mają strzelonych ponad sześćdziesiąt bramek? Średnio dziesięć w meczu! Co to za poziom. Czego oni się nauczą. Czasami wygrywamy nawet 17:0. Mówię moim piłkarzom: - Grajcie na dwa kontakty, żeby sobie to zwycięstwo trochę utrudnić, spróbować czegoś nowego w takim meczu.

Od nowego sezonu miało dojść do zmian i zamiast szesnastu lig wojewódzkich PZPN miał wprowadzić osiem międzywojewódzkich.
Ja już to słyszałem w latach 90, dawno już to słyszę, nawet o czterech. Walczymy, poruszamy ten problem, a PZPN mówi, że pieniądze, pieniądze… Przecież to się opłaca, w ten sposób można ukształtować przyszłych reprezentantów Polski. Ciągle zasłaniamy się brakiem pieniędzy. Już z trenerami z Łodzi uzgodniliśmy, że tak będzie najlepiej, że do połączenia lig dojdzie, wszystko już było dogadane, ale znów cisza, bo niby brak pieniędzy. Po klęskach reprezentacji jest wrzawa, nagle wszyscy widzą problem. Kilka artykułów w prasie, po czym koniec - tematu szkolenia nie ma. Aż do następnej klęski. Widać tu nasz polski słomiany zapał.

Wszyscy już wiedzą, że wynik w juniorach jest zupełnie nieważny, ale w niewielu klubach tak naprawdę za tym myśleniem idzie cokolwiek.
Gonimy wynik. W wielu miejscach piłkarz wchodzi do seniorów i jest nieprzygotowany, a miał sukcesy w zespołach juniorskich. Co z tego? Wszystko zależy od władz klubu. Wynik w Białymstoku na przykład w zespołach Młodej Ekstraklasy jest w pewnym stopniu ważny, ale ze względu na to, że to młodzi chłopcy chcą wygrać. Ale to nie jest najważniejsze. A później okazuje się, że piętą achillesową naszych młodych piłkarzy jest nieumiejętność wykonania podanie na dwadzieścia metrów do innego piłkarza to rzecz niemożliwa. Czemu się dziwimy skoro nie daje im się czasu tego nauczyć? To największy mankament, który przekłada na reprezentację. Nie było tego widać w meczu seniorów ze Słowenią?

Jak to zmienić?
Widzę tu wielką rolę PZPN. Powinno się przeznaczać 10% budżetu na rozwój bazy tych klubów, w których średnio pracuje się z młodzieżą. Jeśli budżet wynosi siedemdziesiąt milionów, dziesięć powinien iść na ten cel. Ale tylko wyłącznie na bazę. Jeśli wspomoże to miasto, to za 6-7 lat będziemy mieć bardzo dobrą młodzież. Niedługo wszyscy będą grali w siatkówkę, jeśli nic nie zmienimy.

Jak wygląda praca z piłkarzami wojewódzkich ośrodków pod egidą PZPN-u? Uczą się w gimnazjach, liceach, trenują razem. Założenie jest takie jak we Francji czy Czechach.
To jest krok bardzo poważny i wielki plus za to dla PZPN-u. Okręgowe związki wybierały jeden klub na swoim terenie. Na Podlasiu wybrano Jagiellonię. Na Mazowszu PZPN miał wybrać Piaseczno, Legia, ale na razie trwają tam jakieś przepychanki. Bierze się pod uwagę bazę, potencjał szkoleniowy. W miejscu, które wybrano utworzono klasy sportowe, a my w ramach w-fu trenujemy najlepszych chłopaków zebranych w jednej klasie sportowej.

Z całego województwa?
Wola PZPN-u była taka, że oni trenują tu od piątku, a w weekend wracają do siebie. Cel tych ośrodków jest taki, by wybierać te talenty z małych ośrodków tak by grali na dobrych płytach. Na Podlasiu z tym ośrodkiem problem jest trochę inny. Chłopak potrenuje pięć dni w tygodniu u nas, a w weekend wraca na mecz do swojego klubiku z małego miasteczka. Z kim on tam pogra? Nawet najlepszy trening nie zastąpi im meczu. To jest problem, który w niektórych miejscach pojawi się w Polsce.

A jak wygląda szkolenie w samej Jagiellonii?
Mamy klasę sportową już od samej podstawówki. Kończymy w gimnazjum. Uczą się w jednej szkole, trenują u nas. Jeśli piłkarze odpadają po drodze, to uzupełnia się ich z innych klubów z całego województwa. Z Olsztynu uciekło kilku chłopaków do mojego zespołu, bo tam nie ma dziś nic.

W takim razie czy coś w szkoleniu zmieniło się na lepsze?
Jest coraz więcej dobrego sprzętu. Dziś można dostać piłki. Poziom trenerów młodzieży poszedł do przodu. Częściej niż kiedyś młodzieżą zajmują się odpowiedni ludzie. To dzięki szkoleniom PZPN-u.

Rozmawiał PRZEMYSŁAW ZYCH



JAK TO SIĘ ROBI W HOLANDII:
Zasada jest prosta: dzieciakom daje się piłkę i mało miejsca. Za to dużo czasu na rozwinięcie indywidualnych umiejętności. Tak samo duży akcent jest położony na ćwiczenia mające na celu usprawnienie koordynacji ruchowej ciała. A wszystko po to, by kiwało się lepiej - w przedziale wiekowym od 7 do 12 lat ćwiczy się tylko i wyłącznie technikę! Gdy już tą się do pewnego stopnia opanuje, młodym chłopcom pozwala się ćwiczyć sytuację "jeden na jeden". Następnie schemat dwóch ofensywnych graczy przeciwko dwóm defensywnym. Potem następuje gra ośmiu na ośmiu, której podstawą jest nakłonienie zawodników do… ponoszenie jak największego ryzyka w czasie gry.

To w ten sposób Arjen Robben nauczył się grać w piłkę. Obowiązuje on także w 2500 małych, amatorskich klubikach, z których 95% zajmuje się na poważnie szkoleniem. Bez tych małych klubików, Holandii by się nie udało. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że w piłce juniorskiej U-19 i U-17 – wbrew ciągnącej się opinii – Holendrzy nie odnoszą sukcesów. Do tego stopnia, że od 8 lat nie są w stanie zakwalifikować się do Euro U-19, remisując z zespołami pokroju Armenii czy Mołdawii, często przegrywając i odpadając bardzo wcześnie. Sukcesy przychodzą dopiero w U-21 i seniorach. Tam już nas nie ma.

JAK TO SIĘ ROBI WE FRANCJI:
Poza akademiami klubowymi, tak jak w Holandii, Francuzi mogą szczycić się również dziewięcioma regionalnymi ośrodkami szkoleniowymi dla najbardziej utalentowanych. Trenują tam przez tydzień, by na weekend wracać do swoich klubów i rozgrywać mecze. W ten sposób związek trzyma nad ich rozwojem dodatkową pieczę.

JAK TO SIĘ ROBI W HISZPANII:
W Hiszpanii natomiast większe kluby są „karmione” przez mniejsze, lokalne, z którymi mają umowy o wymianie piłkarzy. Jak trudno osiągnąć to w Polsce, niech świadczy fakt, że Gwarek Zabrze nie współpracuje z Górnikiem, a z Krakowa z malutkich krakowskich klubików bez wiedzy Wisły, do Zagłębia Lubin uciekają najzdolniejsi piłkarze Małopolskiej Ligi Juniorów. Jednym z najlepiej szkolących klubów na półwyspie Iberyjskim jest baskijskie, anonimowe dla reszty Europy – Antiguoko. Wychowało jednak Xabiego Alonso i Mikela Artetę, a dziś ośrodek próbuje przejąć Liverpool, by korzystać ile można z owoców jego pracy. Póki co, wciąż, na co dzień współpracuje z Realem Sociedad, który Antiguoko w dużej mierze utrzymuje.

W Hiszpanii dużą rolę odgrywają, w przeciwieństwie do Holandii, rozgrywki szkolne. Gra w nich łączona jest przez trenującego chłopca z występami w weekend, w międzyklubowych rozgrywkach trampkarzy. Stąd rozgrywki szkolne są szeroko monitorowane przez profesjonalne kluby.

PORTUGALIA, BRAZYLIA – TROCHĘ INNY FUTBOL:
Akademie to nie jedyne miejsce, w których można nauczyć się futbolu. Johan Cruyff i George Best nauczyli się go grając na ulicy. W Europie środkowej i północnej zjawisko gry na ulicy zanikło jednak w ostatnich dwóch dekadach – czy w Polsce przywróci ją budowane przez rząd orliki? Według specjalistów to nie gorszy sposób na rozwinięcie techniki niż najlepsze akademie, świadczy o tym Hiszpania, Portugalia, Brazylia.

JAK TO SIĘ ROBI W ANGLII:
Największy problem na Wyspach to dziś narzucanie wielkich obciążeń już na poziomie trampkarzy. W nich akcent wciąż kładzie się głównie na bieganiu, walce i wylewaniu potu. W dodatku, młodzi Anglicy już w wieku 10 lat muszą grać na boiskach o normalnej powierzchni i na duże bramki. Oczywiste jest więc że muszą uczyć się przekopywać boisko i wykorzystywać stałe fragmenty gry, zamiast dryblować i grać z klepki – styl angielskiej piłki na kolejne lata, decyduje się już na tak wczesnym etapie! Ponadto, młodziutcy Anglicy zaczynają grać we wszelakich ligach już w wieku siedmiu lat. Specjaliści uważają, że gra o punkty w tak młodym wieku zabija w nich pomysłowość i radość czerpaną z gry.

W Anglii kolejnym problemem jest brak odpowiedniej kadry szkoleniowej - dopiero w co szóstym klubie pracują trenerzy z odpowiednim wykształceniem uprawniającym do szkolenia na tym poziomie. Kluby amatorskie, podobnie jak w Holandii, są często szkolone przez ojców dzieci, ale nie mogą oni liczyć na pomoc angielskiej FA (odwrotnie niż w Holandii).

Wszyscy próbujący zaadresować problem szkolenia dzieci w Anglii wskazują więc najczęściej na dwa ogólne problemy. Pierwszy - rozgrywki dziecięce traktowane są tam ze śmiertelną powagą (inaczej niż w krajach południowych i Francji, tam są zabawą!). Drugi – istnienie tylko jednego rodzaju licencji szkoleniowej (tzw. Level 1), potrzebnego do trenowania zarówno 7-latków, jak i 19-latków, po prostu brak rozróżnienia i wyspecjalizowania ze względu na wiek. W mającej się tak dobrze Holandii, tymczasem, istnieją aż cztery kategorie wiekowe i tyle licencji dla szkoleniowców grup młodzieżowych. To ma się wkrótce zmienić, tak by angielscy szkoleniowcy lepiej rozumieli obciążenia, których w pewnym wieku nie powinni narzucać na barki młodych chłopców.

Także rozgrywki mają stać się bardziej towarzyskie i mniej stresujące. Dawne mistrzostwa Anglii do lat 16 przestały być wzorowane na dorosłych i tych do lat 18. Nie publikuje się więc tabeli, a mecze między zespołami - de facto tymi samymi, które gra liga do lat 18 - z zasady mają być traktowane, jak towarzyskie. Wszystko po to, by przywrócić w młodych angielskich graczach radość z gry i dogonić Europę.

EUROPEJSKIE KLUBY
W Ajaksie Amsterdam i AS Monaco tuż przy stadionie można spotkać dzieci uczące się przed treningami, specjalnie wcześniej zwolnione ze swojej szkoły. Klub z Monaco dysponuje aż 14 klasami! Różnicą obu systemów – francuskiego i holenderskiego - jest podejście do wolności. W Holandii w zasadzie nie istnieje koszarowanie zawodników w akademikach, bo pozwala im się wciąż mieszkać z rodzinami. A główny zakres poszukiwań piłkarzy, to zazwyczaj nie dalej niż 60 kilometrów, jak w przypadku Ajaxu.
KTO TY JESTEŚ? POLAK MAŁY!



Piłkarski świat wkracza w nową erę. Krajowe federacje biorą pod lupę krew płynącą w żyłach piłkarzy, badają kto ma rodzime korzenie i czyj pradziadek wyjechał z kraju 100 lat temu. Nasza kadra wkrótce zbierze plony kolejnej fali migracji Polaków na Zachód. A przecież już reprezentację rocznika 1990 tworzyli w większości piłkarze wychowani poza krajem…

Tekst ukazał się we wrześniowym Magazynie Futbol.

Polacy według badań socjologów należą do czołowej dziesiątki najbardziej mobilnych nacji świata. W Ameryce Południowej w XIX wieku jedno za drugim rosły polskie miasteczka. Pod Stambułem wciąż istnieje założona przez Polaków miejscowość Polonezköy. W krajach z piłkarskimi tradycjami jak Wyspy Brytyjskie, Niemcy, Włochy, Francja, Brazylia, Szwecja do dziś mieszka łącznie około ośmiu milionów Polaków. Kolejnym milionom z łatwością można udowodnić polskie korzenie i załatwić paszporty z orzełkiem. W końcu to nie przypadek, że jakiś czas temu żeńska reprezentacja Brazylii w siatkówce pełna było dziewczyn z polskimi nazwiskami, a ojcem legendarnego urugwajskiego bramkarza Ladislao Mazurkiewicza był mieszkaniec warszawskiej Pragi…

Dla potomków polskich emigrantów, którzy paszportu nie posiadają, dwa lata temu utworzono Kartę Polaka. To dokument, który potwierdza przynależność do narodu polskiego i ułatwia wiele spraw proceduralnych, między innymi załatwia problem z wizami. Karta pozwala tej części z 21 milionów Polaków na emigracji, którzy nie dysponują polskim paszportem, poczuć na nowo związek z krajem. Emigranci to zresztą olbrzymi potencjał, który przez Polaków wciąż pozostaje niewykorzystany w jakiejkolwiek sferze życia. No może poza futbolem, choć tu mamy inny problem. Słowa „pomysł”, „wizja”, „długofalowość” w PZPN właściwie nie istnieją…

Kogo interesuje boom?
W reprezentacji młodzieżowej U-21, która w sierpniu zremisowała na wyjeździe z Francją 2:2 zadebiutował mający również obywatelstwo niemieckie Adam Matuszyk (FC Koeln) oraz Mateusz Siebert (sześć meczów we francuskiej kadrze U-18). Z kolei do zespołu Młodej Ekstraklasy Polonii Warszawa trafił niedawno Loic Lo Bello. 18-letni wychowanek szkółki Clermont Foot na nierównych boiskach przy Konwiktorskiej? Koniec świata? Niekoniecznie. Z każdym rokiem takich przypadków będzie coraz więcej. – Dysponujemy w tej chwili wiedzą o około 500 graczach mających polskie korzenie, którzy na terenie całych Niemiec trenują dziś w zespołach juniorskich – mówi Engel. W ten sposób powoli zbieramy plony przedostatniej wielkiej emigracji Polaków na przełomie lat 80 i 90. Dlatego reprezentację U-19 rocznika 1990 w większości tworzyli już piłkarze wychowani poza krajem. Nie potrzeba więc wielkiej fantazji by wyobrazić sobie jak mogą wyglądać reprezentacje następnych roczników, jeśli nawet tylko mała część dzieci współczesnych emigrantów, którzy wyjechali z Polski po 2004 roku, zapisze się do szkółek piłkarskich w zachodnich klubach…

Nadchodzi boom, na Wyspach rodzą się Polacy? Nieważne. To dopiero za kilkanaście lat… W PZPN sprawy nie traktuje się bowiem całkowicie poważnie. Ani Grzegorz Lato, ani Zdzisław Kręcina? Przecież to za kilkanaście lat… - Choć sporo się zmieniło na lepsze, to przez starszych szkoleniowców szukanie piłkarzy wychowanych za granicą traktowane jest wciąż jak cios w polską myśl szkoleniową, a zaangażowanie w sprawę takich osób jak Tadeusz Fogiel, który wynalazł Ludovica Obraniaka, nie jest w związku mile widziane – mówi osoba zorientowana w sytuacji. – Myślę, że polscy trenerzy cieszą się z dobrej reprezentacji niezależnie od tego, kto w niej gra. Ale trzeba pamiętać, że mamy wielu dobrych piłkarzy wychowanych w Polsce. Błaszczykowski to skąd jest? Z Chin? – pyta kąśliwie Engel.

Czeka nas zalew listów
Jeden z punktów programu wyborczego Grzegorza Laty przewidywał rozwój sekcji scoutingowej. Na razie nie wszystko wychodzi. – Jak to? Przecież w ciągu roku budżet został zwiększony dziesięciokrotnie. Dziś to około 200 tysięcy złotych rocznie. Uchwalono to na zjeździe związku na początku roku. Pieniędzy mamy tyle, ile trzeba. Nie widzę powodu, by coś zmieniać. Środki, które przekazujemy na scouting wystarczają na wszystkie potrzeby tego działu – protestuje Jerzy Engel. Wkrótce czeka nas jednak potop, zalew listów, e-maili wysłanych przez rodziny polskich graczy. 14-letniemu Piotrowi Trochowskiemu, dziś reprezentantowi Niemiec, nikt ze związku nie odpisał. System się przegrzeje, w siedzibie PZPN padną korki – to pewne. Mimo to związek nie szykuje się do poszerzenia działalności wciąż nie będąc do końca przekonanym co do tych działań. Nieważne, że mogłoby to przynieść świetne efekty i w kontekście pierwszej reprezentacji lepsze skutki niż opowiadanie bajek o miliardowych inwestycjach rządowych na szkolenie, na które czekamy, a które nie nastąpią.

Odzyskano dwóch
Piłkarski świat wchodzi w nową epokę. Najpierw przełamano pierwszą barierę - transfery piłkarzy do innych krajów. Potem za sprawą wprowadzenia prawa Bosmana nastąpiła epoka kaperowania utalentowanych nastolatków przez zagraniczne kluby. Teraz nadszedł czas na walkę dobrze zorganizowanych piłkarskich federacji o tych, u których wykryto rodzimą krew. Jak w tej walce odnajduje się PZPN? Na początku Polska nie do końca rozumiała zasady tej gry, rozdając jak Katar paszporty Emanuelowi Olisadebe i Rogerowi, romansując z Hernanim, Manuelem Arboledą i Mauro Cantoro (w końcu dostał paszport, ale przestał być potrzebny). W końcu zasady pojęła i zaczęła szukać tych, którzy mają faktyczne polskie korzenie. Sebastian Tyrała, Ludovic Obraniak – to piłkarze odzyskani. – Jak na dwa lata istnienia tego działu, doprowadzenie do debiutu w dorosłej reprezentacji dwóch piłkarzy, to niezły wynik. Do tego są jeszcze ci, których przekonaliśmy do gry w juniorskich reprezentacjach – przekonuje Engel.

Nieopłacani społecznicy
Dział scoutingu, który założono w styczniu 2007 roku, to dziecko Engela i Macieja Chorążyka. – Wtedy po raz pierwszy zgłosiłem się do Jerzego Engela, który wciąż koordynuje ten projekt. Siatkę współpracowników organizowałem już sam – opowiada Maciej Chorążyk. - Jest w tym gronie kilku profesjonalistów z licencjami FIFA, kilku agentów, są też trenerzy jak na przykład w Anglii. W Brazylii pracuje dla nas profesjonalny scout jednego z czołowych klubów europejskich, który ma wyłączność na ten kraj, a akurat zdecydował się nam pomagać. Wszyscy oni mają polskie korzenie – dodaje. Za swoją pracę nie otrzymują jednak żadnych pieniędzy, więc istnienie tej siatki jest w duże mierze oparte na ich dobrej woli. – Wszyscy scouci otrzymują zwrot kosztów podróży – mówi Engel. Jak udało nam się jednak dowiedzieć, rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Koszty zwracane są tylko dwóm scoutom pracującym w Niemczech za darmo dla polskiej federacji oraz jednemu w Szwecji. Reszta nie tylko nie otrzymuje wynagrodzenia, ale i tego co zainwestuje, by do młodych Polaków dojechać.

Zmiana przepisów
Gdybyśmy wykorzystali nasz cały potencjał, to w pierwszej jedenastce reprezentacji grałoby przynajmniej czterech piłkarzy wychowanych zagranicą. Póki co jest jeden (Ludovic Obraniak), który rywalizuje z drugim (Ebi Smolarek). Gdy osiem lat temu Smolarek dostawał powołania do juniorskiej reprezentacji Holandii, by nie zamknąć sobie możliwości gry w polskiej kadrze seniorów, musiał jeszcze odmawiać. Dopiero pięć lat temu FIFA po raz pierwszy od 1968 roku zezwoliła piłkarzom o różnorodnych korzeniach na zmianę reprezentacji. Przez dwanaście miesięcy warunek był jeden – nie mogli wcześniej zadebiutować w seniorskiej żadnego kraju. Po roku doszedł kolejny - limit wieku.

Od początku 2004 przez dwanaście miesięcy przepisy były bardzo liberalne (identyczne jak dziś). FIFA przy zmianie barw nie zważała na wiek piłkarza (ponownie zniesiono limit wieku w czerwcu br.). W 2004 roku pierwszym piłkarzem od 34 lat, który założył koszulkę więcej niż jednego kraju został Algierczyk Antar Yahia (wcześniej zaliczył kilka spotkań we Francji U-18). Gdyby przepisów nie wprowadzono, Yahia całe życie spędziłby czekając na powołanie z reprezentacji Francji. I pewnie by się nie doczekał, a tak gra dla Algierii. Ze zliberalizowanych na rok przepisów skorzystał między innymi wówczas 27-letni Frederic Kanoute, który zaczął grać dla Mali, mimo wcześniejszych występów we francuskiej U-19 i U-21 oraz Australijczyk Tim Cahill (grał dla juniorów wysp Samoa). Polska federacja sprawę przespała. Na nakłonienie Lukasa Podolskiego i Miroslava Klose do gry dla polskiej reprezentacji było już wtedy za późno.

Po roku w styczniu 2005 przepisy jednak usztywniono i piłkarz, który chciał zmienić barwy, decyzję musiał podjąć do 21 urodzin. Dlatego aż do kolejnej liberalizacji i zniesienia limitu wieku na kongresie FIFA w Bahama, czyli do czerwca br., wydawało się, że 25-letni Ludovic Obraniak jest dla nas spalony. Mało który piłkarz w wieku 21 lat, grając wciąż w młodzieżówce przybranego kraju, jest w stanie podjąć decyzję, czy w przyszłości będzie reprezentować kraj swoich dziadków i rodziców, czy jednak kraj, w którym się wychował. Także Obraniak, mając jeden występ we francuskiej młodzieżówce, wciąż w wieku 21 lat liczył na więcej, czyli grę w dorosłej kadrze Francji.

Dziś przepisy pozwalają na znacznie więcej. W czasie kongresu nie tylko zniesiono limit wieku, ale też pozwolono na zmianę reprezentacji nawet w przypadku, gdy zawodnik zagrał już w meczu towarzyskim dorosłej kadry innego kraju! – W świetle nowych przepisów, dopiero mecz o punkty, a nie tylko towarzyski, „przyklepie” piłkarza – mówi Globisz. – Nie jest to przepis unormowany, ale przyjęło się, że tak jest. Stąd na przykład Jermaine Jones, urodzony we Frankfurcie, syn Amerykanina, który wcześnie grał w trzech meczach towarzyskich niemieckiej kadry, zmienił w czerwcu zdanie i odtąd będzie grać dla USA. Pytałem o to ludzi z FIFA. Dlatego Ludovica Obraniak aż do momentu jego debiutu w meczu eliminacyjnych teoretycznie wciąż sprzed nosa mogą nam sprzątnąć Francuzi – mówi Maciej Chorążyk, szef scoutingu w PZPN. Odtąd nie liczy się również gra na Olimpiadzie, ponieważ FIFA spotkania te traktuje jako mecze nieoficjalne. Dlatego Robert Acquafresca, piłkarz Atalanty Bergamo i uczestnik Igrzysk w Pekinie, może wciąż grać dla Polski.

Czerwcowe decyzje mogą w piłce reprezentacyjnej doprowadzić do podobnego trzęsienia ziemi, jak w piłce klubowej wprowadzenie przepisu o prawie Bosmana. Zmiany w artykule 18. pomogą głównie słabszym piłkarsko nacjom, przede wszystkim krajom afrykańskim, ale też i Polsce. Sporo mogą stracić Francuzi, ale też Anglicy, którzy na Bahama głosowali przeciw tym zmianom (58% przegłosowało). Do kadry Sierra Leone mogą jeszcze trafić młodzieżowi reprezentanci Anglii Nigel Reo-Coker czy Liam Rosenior. Mający na koncie trzy mecze towarzyskie w reprezentacji Anglii Carlton Cole wciąż może zdecydować się na grę dla Sierra Leone (pochodzenie matki), a nawet dla Nigerii (stamtąd pochodzi jego ojciec). Tak długo jak nie zagra w meczu eliminacyjnym Niemiec istnieje szansa, że Sebastian Boenisch z Werderu Brema zagra dla Polski. Federacje, w tym polska, muszą więc szybko zmienić sposób myślenia i przystosować się do nowych warunków. Kto wie, czy w czasie jesiennych meczów eliminacyjnych obok wyniku równie ważne nie będzie wpuszczenie na ostatnie minuty piłkarzy, mogących jeszcze zmienić kraj, który reprezentują? Najszybciej jak zwykle wnioski wyciągają Niemcy. W sierpniowym meczu eliminacyjnym z Azerbejdżanem Joachim Low w ostatnich minutach „skasował” Mesuta Ozila, który wcześniej grał tylko w meczu towarzyskim. Dla Turków już jest spalony.

A przecież biedniejsze kraje stają przed świetną okazją – mogą za darmo czerpać ze szkoleniowego potencjału piłkarskich potęg. Niemcy, Francuzi czy Anglicy wyszkolą, a skorzysta kto inny.

Jak przekonać
Kilka lat temu Boenisch zachowywał się podobnie jak Ebi Smolarek, z tą różnicą, że unikał powołań do zespołów juniorskich, ale… z Polski, które wtedy mogły przekreślić jego grę dla Niemiec. PZPN nie próbował go jednak w żaden sposób przekonać i zachęcić. Jak można to zrobić? Najłatwiej zagrać na patriotycznej nucie, podrzucić polską dziewczynę, puścić Mazurka rodzicom piłkarza, zatelefonować do mieszkającej pod Krakowem babci i poprosić, by do gry dla Polski przekonała zagubionego wnuczka? Po inne sposoby sięgnęli Chorwaci.
- Pamiętam przypadek pewnego piłkarza Bordeaux z chorwackimi korzeniami. 20-letni Gregory Sertic od dziecka mieszkał we Francji. O jego potencjale i korzeniach wiedziała chorwacka federacja, więc zaprosiła go na tydzień wraz z bliskimi do kraju jego rodziców. W tym czasie spotkał się też z nim trener reprezentacji Slaven Bilić. Mimo to chłopak powiedział, że „chce śpiewać Marsyliankę” i póki co grać dla młodzieżowej reprezentacji Francji (w sierpniu zagrał przeciwko Polsce, 2:2 – przyp. red). Ale kto wie, czy kiedyś nie zmieni zdania właśnie przez tydzień wakacji, który chorwacka federacja zafundowała mu w kraju jego rodziców. Został ładnie potraktowany przez Chorwatów i na pewno to im zapamięta. Jeśli chodzi o młodych piłkarzy, to ważne jest, by pokazać się z dobrej strony. Trochę ludzkiej chęci jest tu potrzebnej – mówi Tadeusz Fogiel.

Selekcjoner reprezentacji Polski Leo Beenhakker problem widzi również w działaniu PZPN, a nie braku swoich. – Co mam dziś zrobić z Boenischem i Acquafrescą? Jeśli pan Engel mówi, że powołanie ich zależy ode mnie, to dajmy spokój. Mam ich szantażować, żeby grali dla Polski? To ich osobista decyzja. Mam jeździć po Europie za 50 piłkarzami? Nagle zmieniono przepisy, okazuje się, że wciąż mogą grać dla Polski, nie za bardzo chcą, a winny znów jest Beenhakker? Trzeba się zajmować tymi piłkarzami, gdy oni mają po 15 czy 17 lat. Nie później. A PZPN tym młodym chłopakom nie kupuje nawet biletów lotniczych! – mówi Holender. Pieniędzy więc jednak nie wystarcza na wszystko. Trochę inną, bo… tańszą wizję scoutingu ma Jerzy Engel.

– Trzeba się zająć tymi, którzy mają 21 czy 22 lata. Można przekonywać nawet 15-latków, ale co z tego skoro on w świetle nowych przepisów wiążącą decyzję podejmie pewnie dopiero za siedem czy osiem lat. Rola związku polega na tym, by tym piłkarzom pomóc otrzymać polski paszport – tłumaczy Engel. Rola scoutów nie bywa łatwa szczególnie wtedy, gdy ktoś już zagrał w barwach innego kraju, nawet w drużynie juniorów. Przekonanie go wtedy do gry dla Polski to naprawdę sztuka.

– W takich momentach na pierwszy plac wychodzi ta… pierwsza kultura, którą się w sobie. Gdy Henryk Kasperczak trenował reprezentację Senegalu, na jednym z meczów we Francji podszedłem do młodego Bafetimbiego Gomisa, wtedy jeszcze piłkarza Saint-Etienne, wiedząc, że ma senegalskie korzenie. Gdy zaproponowałem mu grę w kraju jego rodziców, powiedział, że to za wcześnie… Po prostu czuł, że wkrótce nadejdzie jego czas i może grać w reprezentacji Francji. Tu często również górę bierze interes finansowy. Gra w lepszej reprezentacji, to większy splendor, lepsze szanse na promocję – tłumaczy Fogiel. Dlatego 15-letni syn Andrzeja Kobylańskiego, Martin, siedzi okrakiem na barykadzie i… przyjmuje powołania zarówno z juniorskiej reprezentacji Niemiec i Polski!

- Często piłkarz po prostu nie chce grać dla drugiej ojczyzny, bo nie czuje się z krajem związany. Rozmawiałem kiedyś z Dannym Szetelą. Powiedział, że fajnie, że się nim interesujemy, ale jak to sobie wyobrażamy? Całe życie spędził w USA i ma grać dla Polski? Bywa tak, że gdy kogoś przekonamy, bo udało się to załatwić przez wstawiennictwo babci, to gdy zwróci się do niego przedstawiciel pierwszej ojczyzny, ten pokazuje nam plecy – mówi Engel. Może dlatego warto zacząć wcześniej? – Kto wie, czy Michel Platini mając włoskie korzenie nie grałby dla Włochów, gdyby ktoś odpowiednio wcześnie zaczął go „podchodzić”. Kto wie, jakby to też potoczyło się z Miroslavem Klose i Lukaszem Podolskim – mówi Fogiel.

- Mieliśmy wiele przypadków, że odmawiali nam też młodsi piłkarze. Ostatnio przydarzyło się to, gdy jeden z piłkarzy wolał grać w belgijskiej kadrze juniorów. Gdy piłkarz zmienia reprezentacje w tak młodym wieku, zdarza się też, że po powrocie do klubu jest odstawiany na dwa tygodnie przez trenera. Po co trenować kogoś, skoro skorzysta z niego inna federacja? – tłumaczy Engel. Kto wie czy nie najważniejszą sprawą jest komunikacja między departamentem scoutingu, Jerzym Engelem i selekcjonerem. – Komunikacja między nami? Nie ma żadnej komunikacji! – Holender nie pozostawia złudzeń, ale sam w tej sprawie nic nie zrobi.

Kto może zagrać dla nas?
Problemem więc nie są tylko pieniądze, liczba scoutów i opory szefostwa PZPN, które wbrew zapewnieniom Engela, chcącego wszystkie brudy prać we własnym gronie, wciąż istnieją. Na mały przełom trzeba czekać aż do zmiany wypalonego pracą w Polsce selekcjonera, którego wstawiennictwo, indywidualne wizyty u najlepszych kandydatów, jak Acquafresca czy Boenish, wydają się wręcz nieodzowne. – Zastanawiam się, czy Obraniak zdecydowałby się na grę dla Polski i w ogóle dostał powołanie, gdyby nie tak wielka presja medialna na Beenhakkerze – mówi Fogiel. – Nasz system trzeba dalej rozwijać. Bardzo na to liczę. Im większe fundusze, tym większe szanse, że znajdziemy piłkarza – mówi Chorążyk. Obecnie największe szanse na zostanie kolejnym Obraniakiem ma Damien Perquis z Sochaux (trzy mecz w młodzieżówce francuskiej), Laurent Koscielny z Lorient oraz gracz Lyonu Timothee Kołodziejczak.

Gdyby wciąż prezentował odpowiedni poziom, to dziś dla Polski mógłby również grać 31-letni Christopha Dąbrowskiego, który - wydawało się w 2005 roku - był dla nas stracony. Podobnie wygląda sytuacja z 23-letnim Eugenem Polańskim, byłym reprezentantem młodzieżowym Niemiec. – Dziś trochę podupadł i gra dla Mainz, a nie Getafe, ale wciąż warto mu się przyjrzeć – ocenia Chorążyk. Nie każdy przypadek zmiany barw skończy się szczęśliwie. Kto wie czy 19-letni Martin Zakrzewski kiedykolwiek zagra w pierwszej reprezentacji Polski? – Dla niektórych to będzie pamiątka na całe życie, zostanie im koszulka i wspomnienia. Nie wszyscy, których będziemy sprawdzać w juniorskich zespołach będą później grać dla nas – mówi Globisz. Sebastian Tyrała - wcześniej miał kilkanaście występów i kilka goli w juniorskich reprezentacjach Niemiec - w grudniu meczem towarzyskim zadebiutował polskiej kadrze. Dziś 21-letni piłkarz nadal tkwi w trzecioligowych rezerwach Borussi Dortmund i nie gra nawet w polskiej młodzieżówce. Krzywdy nikt nikomu jednak nie robi. Bo jeśli piłkarz po debiucie w seniorskiej kadrze Polski, nie mieści się jednak później nawet w karze U-21, to zmieściłbyś w niemieckiej? Wątpliwe. Na jakich pozycjach potrzebujemy piłkarzy? – Na wszystkich – odpowiada Engel. Tak więc łapczywie łapmy w sieci wszystko co się rusza i ma związek z Polską.

- Za kilka lat przewiduję poważny problem z Wyspami Brytyjskimi. W Manchesterze, Liverpoolu, Newcastle będzie mnóstwo polskich dzieciaków. Trzeba będzie się z tym zmierzyć. Mądra siatka musi powstać, ale musi być poparta dobrym szkoleniem w kraju – mówi Michał Globisz, który w prowadzonej przez siebie reprezentacji rocznika 1990 jako pierwszy polski trener spotkał się z tak wielką liczbą graczy wychowanych poza Polską. Docelowo biura powinny również powstać w Londynie, Jerozolimie (skąd pochodzi przegrany już dla nas Ben Sahar), Berlinie czy choćby w Gelsenkirchen, sercu Zagłębia Rurhy, w którym żyje 700 tysięcy osób z polskimi korzeniami. To jednak pociągnęłoby koszty kilkunastokrotnie wyższe niż 200 tysięcy złotych rocznie. Mogą się one jednak zwrócić, gdy za sprawą wyłowionych w ten sposób kilku graczy w końcu zaczniemy wychodzić z grupy na mistrzostwach świata lub Europy. Tylko spokojnie, bo do ćwierćfinału mistrzostw Europy szybko nie awansujemy. Większość naszych wielkich, przyszłych piłkarzy jeszcze nie poszła na swój pierwszy trening i ma jakieś trzy, cztery latka… Oby nie uśpiło to PZPN-u.
PRZEMYSŁAW ZYCH

poniedziałek, 26 października 2009

WYWIAD Z PIOTREM REISSEM - TO ON, STRZELEC 108 GOLI!



CZYTAJ TEŻ:
"Kokosanki, Kokosanki", czyli WALKA GIGANTÓW: Polakow kontra Łazarek
Mirek Okoński opowiada jak przegrał życie z uśmiechem na twarzy...
Serbskie marionetki, czyli piłkarze w mackach mafii i podstawionych dziewczyn

To był jak na razie największy upadek 2009 roku. On, ikona nie tylko Lecha, ale całej polskiej ligi, król strzelców nagle zostaje zatrzymany przez wrocławską prokuraturę. Media z całej Polski trąbiły, że oto słynny Piotr R. ustawiał mecze. Dziś były kapitan "Kolejorza" wraca do futbolu, w barwach Warty. Co weekend walczy z pierwszoligowymi obrońcami, a każdego dnia toczy bój znacznie ważniejszy - o dobre imię. Czy kiedyś znowu będzie postrzegany jako wiecznie uśmiechnięty, sympatyczny "Rejsik"?

Wywiad został przeprowadzony w Lublinie, na początku sierpnia przed pierwszym meczem sezonu, z Motorem. W hotelu, w którym mieszkał nowy zespół Reissa, Warta Poznań. Dzień później do gry po półrocznym zawieszeniu wracał Reiss.

Wywiad ukazał się we wrześniowym Magazynie Futbol, widziałem go też w onecie.pl i na http://piotrreiss.pl/index.php?c=media&nid=31, itd.

Idea była trochę inna - miało nie być tylko o korupcji.

Kiedy piłka dawała Ci najwięcej satysfakcji?

Piotr Reiss: - Piłka ciągle daje mi bardzo dużo satysfakcji i to pomimo tego, że gram już w nią od 28 lat. Gdyby nie to, że kocham ten sport, pewnie bym do niego nie wrócił po moich lutowych doświadczeniach w prokuraturze, a potem w Lechu. Najchętniej wracam do trzech momentów. Pierwszy to 1994 rok, kiedy podpisałem pierwszy profesjonalny kontrakt z "Kolejorzem". Drugi moment, to rok 1998, gdy miałem wyśmienity sezon, który zaowocował podpisaniem kontraktu z Herthą Berlin. Trzeci - i chyba największy moment satysfakcji to rok 2004. Do niego będę często jeszcze wracał. Puchar Polski i Superpuchar... Jeden z ostatnich tak dobrych sezonów Lecha, tego przed fuzją.

Pytam właśnie dlatego, bo spędziłeś w Lechu 28 lat. Ciężko przypomnieć sobie wszystkie chwile, jeszcze trudniej w polskiej piłce znaleźć ludzi związanych z jednym klubem przez tak długi okres czasu. Trudno też znaleźć kogoś, kto po wielu latach spędzonych praktycznie w jednym klubie, nie zostałby w nim pożegnany. Niezależnie od okoliczności.

- Odnoszę wrażenie, że obecni działacze za bardzo nie utożsamiają się z Lechem jako klubem i jego historią. Patrzą na klub przede wszystkim pod kątem biznesowym, a nie da się ukryć, że Lech Poznań grający nawet w pierwszej lidze to produkt z większym potencjałem niż ekstraklasowa Amica Wronki. Nie zdziwiłbym się, gdyby w przyszłości zdecydowali się odsprzedać go dalej. Jeśli popatrzę nawet na politykę Legii to widzę w jej składzie Rybusa, Paluchowskiego, Borysiuka, a nawet Jędrzejczyka czy Machnowskiego. Stołeczny klub stawia na "zadeklarowanych legionistów". W dzisiejszym Lechu chyba nie ma pojęcia "zadeklarowanego lechity". Nie było też miejsca dla Piotra Reissa. Stwierdziłem więc, że jeśli nie mogę spełniać się w Lechu, to będę czynił to w Warcie Poznań, chociaż moje serce będzie zawsze w niebiesko-białych barwach. Byłbym dumny gdybym przyczynił się w Warcie do odkrycia kilku nowych talentów. Fakt, że Warta jest klubem numer dwa w Poznaniu, nie znaczy, że nie może wychować równie dobrych lub nawet lepszych piłkarzy niż Lech. Ja sam chcę otworzyć w Poznaniu szkółkę piłkarską.

Z Franciszkiem Smudą współpracowałeś przez trzy lata. Jak go zapamiętasz?

- Jako trener ma coś w sobie, ale dla mnie nie przemawia jako człowiek. Zachowanie, sposób bycia, jego kontaktu z innymi są - w moim odczuciu - fatalne. Myślę, że gdyby Franciszek Smuda "topił się", to z zeszłorocznego składu Lecha tylko Manuel Arboleda podałby mu bezwarunkowo rękę, bo się ściskali jak ojciec z synem. Może jeszcze "Muraś"... W miarę upływu kontraktu Smudy w Poznaniu, stawało się dla mnie coraz bardziej oczywiste, że reszta zawodników nie była dla niego nawet godnymi partnerami do pracy. Jako lechita żałuję, że przez trzy lata w "Kolejorzu" nie dał prawdziwej szansy żadnemu młodemu piłkarzowi. Smuda jest przede wszystkim nastawiony na wynik "tu i teraz". On nie ma czasu na wychowywanie młodzieży. Nie interesuje go długoterminowy rozwój piłkarzy, których ma w klubie. Wystarczy przytoczyć przykład historii z Gordanem Golikiem i Harisem Handzicem. Ileż ci biedni chłopacy naczytali się w prasie i nasłuchali w wywiadach o swoich "drewnianych umiejętnościach". Nawet jeśli trener Smuda tak myślał, to swoimi wypowiedziami zdemotywował tych chłopaków i zdeprecjonował pracę skautów Lecha.

To czemu Lech nie został na wiosnę mistrzem Polski?

- Trener Smuda mówił, że zabrakło mu wartościowych zmienników na ławce. Mi się wydaje, że zabrakło przede wszystkim zespołu. Nie było nikogo kto byłby w stanie poderwać tę ekipę od wewnątrz. Gdyby relacja między zespołem i trenerem była lepsza, Lecha nie zatrzymałby nikt. Nie było mnie w środku w końcówce sezonu, ale z moich informacji wynika, że Smudzie "rozlazła" się właśnie szatnia. Zrobił się straszny bałagan i niewiele brakowało, a doszłoby w niej do rękoczynów. Niech zabrzmi to nawet arogancko, ale twierdzę, że gdybym ja tam wtedy był, to Lech zostałby mistrzem Polski. Gdyby Bartek Bosacki został wybrany wtedy kapitanem, też mielibyśmy "majstra" w kieszeni. O tym jestem przekonany. Mam nadzieję, że Bartek w tym sezonie zrobi w zespole porządek. Chyba, że szybko przejdzie do zagranicznego klubu... Ale teraz nie ma co już gdybać, co by było, gdyby w szatni był Reiss. Może kolejna runda Pucharu UEFA, mistrzostwo Polski?

W ten sposób w ostatnim roku Twojego pobytu w Lechu koło nosa przeszedł Ci pierwszy tytuł mistrzowski. Poprzednie widziałeś jako fan z perspektywy trybun. Jak zaczęła się Twoja miłość do "Kolejorza"?

- Lechem zaraził mnie tata. Gdy miałem trzy lata pierwszy raz zabrał mnie na mecz. Na pierwszy trening trampkarzy poszedłem sześć lat później. Trener Roman Jakóbczak, legenda klubu i uczestnik mistrzostw świata 1974, robił wtedy selekcję. Stwierdził jednak, że jestem zbyt wątły i nie przyjął mnie do zespołu. W dodatku nabór był od dziesięciolatków, więc miał dodatkowy powód dla swojej odmownej decyzji. Musiałem więc poczekać. W końcu - w kolejnym roku - wyselekcjonował mnie trener Edmund Białas, jeden z członków legendarnego tercetu napastników A-B-C, Anioła-Białas-Czapczyk. Pod okiem Białasa trafiłem do trampkarzy. Treningi dzień w dzień, rok w rok… Aż w Lechu przeszedłem wszystkie szczeble piłkarskiej kariery.

Na chwilę jednak trafiłeś do Kotwicy Kórnik, później do Amiki Wronki. Byłeś młody, sam nie wiedziałeś jak potoczy się Twoja kariera. Z czego żyłeś?


- Gdy zostałem włączony do szerokiej kadry Lecha, zaproponowano mi etat na kolei. Byłem zatrudniony jako mechanik urządzeń spalinowych. Pobierałem więc nawet przez chwilę pensję z polskich kolei państwowych. Takie były czasy. Trwało to rok, potem dostałem wyprawkę i na półtora roku poszedłem odbywać służbę wojskową. W tym czasie trafiłem do Kotwicy Kórnik, gdzie świetny trener Włodziemierz Jakubowski sprawił, że jeszcze bardziej rozwinąłem się jako piłkarz. Z gry w Kotwicy nie było wielkich pieniędzy, natomiast Amica Wronki - z którą byłem związany na początku lat 90. przez jeden sezon - już wtedy płaciła naprawdę dobre pieniądze.

Jak sobie radziłeś z karierą piłkarską i wojskiem?
- To było blisko 20 lat temu. Wojsko wyglądało inaczej niż dzisiaj. Trudno było chyba mówić o profesjonalizmie armii. Ja też nie byłem wyjątkiem od tej reguły. Zdarzało się, że bez zgody przełożonego opuszczałem koszary. Pewnego razu pełniłem służbę wartownika, a w tym samym czasie moja drużyna miała rozegrać spotkanie ligowe. Opuściłem więc na cztery godziny cichaczem swoje miejsce wartownicze, zamieniając się z innym kolegą. Zagrałem spotkanie, strzeliłem bramkę... i spokojnie wróciłem na wartę. Wszystko byłoby w porządku, gdyby właśnie nie ten gol, który został odnotowany w mediach. W jednostce zrobił się mały szum. Dowódca kompanii nie dawał mi spokoju, zasypując mnie pytaniami jak to możliwe, że w tym samym czasie stałem na służbie i strzelałem bramki?

Wciąż byłeś wielkim fanem Lecha, może nawet prawdziwym fanatykiem. Ile zaliczyłeś wyjazdów?

- Pierwsze wyjazdy jako kibic zaliczyłem z ojcem, gdy miałem osiem czy dziewięć lat. Wtedy bywałem już we Wrocławiu, Szczecinie. Na dalsze wyjazdy tata mnie nie zabierał. W tamtych czasach na stadionach nie zawsze bywało bezpiecznie. Gdy dorosłem, jeździłem już sam. Dzięki temu byłem świadkiem zdobycia przez Lecha Pucharu Polski po rzutach karnych, tytułu mistrzowskiego po remisowym meczu w Warszawie na Legii. Trochę sukcesów więc jako kibic też przywiozłem.

Prałeś się czasem z policją?

- Raczej powiedziałbym, że zdarzało się, iż byłem w centrum wydarzeń wokół stadionu... Dochodziło wtedy do wielu zajść. Policja kontrolowała starcia zorganizowanych grup, ale były rozmaite pogonie za kibicami. Oberwałem kilka razy od tych, którzy nie przepadali za "Kolejorzem"... Rzadko zdarzało się to na Legii, bo w Warszawie było tak dużo ochrony, że żadna ze stron nie była w stanie przerwać kordonów policji. Częściej dochodziło do zadym w Szczecinie czy Wrocławiu. Nie byłem aniołkiem, ale też nie nazwałbym siebie prowodyrem zajść. Moja częsta obecność jako widza na trybunach sprawiła, że znam sporo osób z "kibicowskiego kotła" "Kolejorza".

Jak z Twojej perspektywy - symbolu ekstraklasy ostatnich kilkunastu lat - w tamtych czasach wyglądała liga polska? Spotkałeś wszystkich, widziałeś wszystko. Czy przez ten czas zmienili się działacze i dlaczego się nie zmienili?

- Powiedzmy sobie uczciwie: działacze w większości się nie zmienili. Na razie zmienia się struktura własnościowa klubów, a to dopiero zarzewie większych strukturalnych zmian, które nieuchronnie muszą dotknąć polski futbol. Dziś za polskimi klubami stoją zamożni ludzie, którzy wiedzą, że jeśli chcą wyciągać pieniądze z piłki, to najpierw trzeba zainwestować, mieć pomysł na klub, strategię jego budowy, uporządkować struktury organizacyjne, rozpisać zadania i - przede wszystkim - mieć odpowiednich wykonawców do tych wszystkich działań. Z tym ostatnim jest najtrudniej, bo wielu decydentów pochodzi jeszcze ze starych czasów, kiedy za klubami stały państwowe firmy sponsorujące. Wówczas liczyły się kontakty, dyspozycyjność wobec dających pieniądze na klub i w zasadzie nic innego.

Jeśli jeszcze nie wszyscy działacze, to czy jest coś, co pozwala nam mieć nadzieję, że polski futbol jednak idzie w odpowiednią stronę? Są jakieś plusy?

- Plusem jest bez wątpienia poprawiająca się nieustannie infrastruktura. Duża w tym rola polityki Ekstraklasy S.A, Euro 2012 też dołoży do tego kolejną cegiełkę. Ci zawodnicy, którzy dziś mają po 20 lat, za chwilę będą grać na super nowoczesnych stadionach. I to we własnym kraju! Weźmy na przykład taki Lubin. Dzisiaj jest tam piękna Dialog Arena, a ja pamiętam, że przez dziesięć lat musiałem grać na starym stadionie zbudowanym raczej na uroczystości dożynkowe, niż pod kątem widowisk piłkarskich… Nie mogę się doczekać jak będzie wyglądał w rzeczywistości nowy Stadion Miejski przy Bułgarskiej. Nigdy nie przypuszczałem, że w Poznaniu będzie można grać na takim obiekcie. Ale nie wszystkie stadiony zmieniają się tak pięknie jak Gdańsk, Kielce, Lubin, Kraków czy Poznań. W ekstraklasie są jeszcze stadiony, których szatnie straszą, wręcz zniechęcają do przebierania się... ŁKS, Odra Wodzisław, Polonia Bytom, a nawet zaprzyjaźniona z nami Arka Gdynia - muszą sporo poprawić w kwestii infrastruktury. Często zastanawiam się co Niemiec Marco Reich z Jagiellonii sobie myśli, gdy wchodzi do szatni "Jagi"… Może być też w szoku, gdy gdzieś pojedzie na wyjazd. Szatnie gości w całej lidze są nieciekawe. Małe, nieprzyjemne. Wszystko pływa. Mam nadzieję, że to też, wraz ze stadionami zmieni na lepsze.

Coś Cię dziwi, gdy na treningach obserwujesz dzisiejszych młodych piłkarzy albo kandydatów na nich?

- Dla mnie smutne i zaskakujące jest, że na sali gimnastycznej młodzi piłkarze nie potrafią zrobić fikołka, prostej figury akrobatycznej, na przykład gwiazdy. Większość młodych zawodników ma problem ze zwykłym skokiem przez kozła. Znam jednego świetnego piłkarza o ogromnych predyspozycjach, z niesamowitym talentem, który gdy tylko miał zrobić jakieś akrobatyczne ćwiczenie, to zawsze wychodziła z tego kupa śmiechu. Nieco mniej dziwią mniej braki w technice, bo to jest nieustannym mankamentem polskich piłkarzy od wielu, wielu lat. Za moich czasów trenowaliśmy na piachu, betonie i kępach trawy, a mimo to byliśmy w stanie wyrobić sobie jakąś technikę. To przecież nie jest przypadek, że w ekstraklasie wciąż grają Tomasz Hajto, Piotr Świerczewski - piłkarze mojego pokolenia. Grupa polskich piłkarzy o przyzwoitych umiejętnościach niebezpiecznie się zawężyła.

Lech Poznań ma za to inny wielki argument - jedno, całe województwo wielkopolskie wspiera jeden klub. Inni, czy to Wisła Kraków, czy Legia Warszawa, w swoich miastach na tak wielki komfort liczyć nie mogą.

- Lech ma wielki potencjał - rzesze kibiców. To podstawa każdego biznesu, bowiem jedynie kibice są w długiej perspektywie w stanie utrzymać klub sportowy. "Kupno-sprzedaż" zawodników to tylko element uzupełniający budżet. Mając na myśli kibiców jako sponsorów, nie utożsamiam tego jedynie z kupowaniem biletów na mecze. Jeśli z takim Lechem utożsamia się 3-4 miliony Polaków, to dla potencjalnych sponsorów jest to ogromna wartość marketingowa. Jeśli dzisiejszego właściciela Lecha będzie stać na to, by jeszcze zainwestować w klub, to właśnie - spośród wszystkich polskich klubów - Lech jest najbliższy temu by awansować do Ligi Mistrzów i - co ważne dla jego rozwoju - zadomowić się tam na dłużej. Jeśli natomiast nie będzie dalszych inwestycji, jeśli dojdzie do sprzedaży Lewandowskiego czy Rengifo, "Kolejorz" wróci tam gdzie była Amica Wronki, czyli czołówka Ekstraklasy, z reguły za plecami Wisły czy Legii, czasami Puchar Polski i udział w europejskich pucharach. Gdy zakończę karierę piłkarską, chciałbym się zająć pracą w klubie. Mam pewną wizję i pomysły, które chciałbym wdrożyć. Zresztą, przedstawiłem je kilkakrotnie prezesowi Kadzińskiemu oraz - w trakcie pożegnalnej jak się potem okazało kolacji - panu Jackowi Rutkowskiemu. Cieszę się, że część z nich jest wdrażana. Szkoda, że zabrakło w tym procesie miejsca dla Piotra Reissa.

Co byś jednak próbował zmienić, by poprawić sam poziom sportowy?

- Teoretycznie Wisła, Legia, Lech są poza zasięgiem reszty, mają duże budżety i są już na niezłym poziomie sportowym. Ale one tak rzadko grają ze sobą, że ich zawodnicy nie są przyzwyczajeni do grania pod presją co 3-6 dni. Miesiącami grają bowiem mecze, w których może trochę się zmobilizują, ale wygrywają lub w najgorszym wypadku zremisują, relatywnie niewielkim nakładem sił. Przychodzą puchary i presja i wtedy wychodzi naga prawda. Wisła nie wykorzystała kilku sytuacji z Levadią, zremisowała na swoim stadionie, w rewanżu też nie wchodziło i zaczęła się w nogach "galareta". Ale to nie wszystko. Piłkę w Polsce trzeba przebudować tak jak drogi, po których jeździmy. Powiedzmy sobie szczerze jedną rzecz: nie w każdym mieście będzie możliwe utrzymanie zespołu Ekstraklasy. Klub nie może żyć tylko z dotacji Canal+ czy też innego sponsora ogólnego ligi. Taki klub nie ma szans się utrzymać w dłuższym terminie. Myślę, że piłka na poziomie najwyższej ligi ma szansę istnieć tylko w ośrodkach, które są w stanie kiedyś mieć średnio 30-tysięczną widownię na każdym meczu. Z takiej mieszanki można ułożyć już solidny budżet i zakontraktować porządnych graczy. Trzeba też z rozgrywek piłkarskich zrobić coś na kształt rywalizacji miast, wtedy co tydzień społeczeństwo całego regionu będzie żyło meczem.

Nie denerwuje cię, że w lutym, grając jeszcze w Lechu, pod korupcyjnymi zarzutami zostałeś zawieszony w prawach zawodnika przez ludzi, którzy wcześniej pracowali dla Amiki, ludzie, którzy za uszami swoje mają?


- Pamiętam finał Pucharu Polski z 1998 roku rozegrany - nomen omen - na stadionie przy Bułgarskiej. Ówczesny mecz Aluminium Konin - Amica Wronki zakończył się wynikiem 3:5, a prasa nie zostawiła suchej nitki na sędziach prowadzących te zawody. Dzisiaj Lech gra na licencji Amiki - o czym włodarze sami mówią - więc próbując odpowiedzieć na to pytanie, staję przed nie lada kłopotem. Niech to pytanie więc pozostanie bez komentarza.

W Polsce nie ma wielu książek o piłce, a Ty właśnie taką wydajesz. O czym dokładnie będzie Twoja?

"Piotr Reiss - spowiedź piłkarza cz. I" będzie o całym moim dotychczasowym życiu, o całej mojej karierze piłkarskiej, a także o wydarzeniach wokół klubów, w których grałem w ostatnich kilkunastu latach. Będzie też sporo wątków z czasów Amiki, czy też ostatniej wiosny w Lechu Poznań. Książka daje mi naprawdę dużo frajdy, ale spisanie jej trwało bardzo długo. Ze względu na napięty terminarz i obwiązki sportowe, jej wydanie planuję na drugą połowę września, a o szczegółach poinformuję na swojej stronie - www.piotrreiss.pl.

Odkąd zostałeś zatrzymany, dziennikarze dużo rzadziej dzwonią do Ciebie?

- I tak, i nie. Był czas w ostatnich miesiącach, gdy sam stroniłem od miejsc publicznych i kontaktu ze środowiskiem dziennikarzy i sportu. Ten czas mi dobrze zrobił, bo sprawił, że dotarło do mnie przesłanie jednej z piosenek Perfectu: "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść". Jestem dorosłym człowiekiem i wiem, że przychodzi moment, w którym światła jupiterów są skierowane na innych. W zawodzie dziennikarza jest pewnie podobnie? Starszego dziennikarza też gdzieś zepchną do kąta, zaszufladkują, powiedzą, że jest nierozwojowy. To nie jest miłe, ale takie są realia. Pogodziłem się z tym, że nie jestem na pierwszym stronach gazet. Nigdy nie byłem nastawiony źle do mediów, choć od momentu mojego zatrzymania w lutym coś we mnie pękło i teraz jestem dużo bardziej ostrożny w kontaktach ze środkami przekazu. Nie mogę przejść obojętnie obok widowiska, jakie zrobiono w telewizji czy radiu z mojego zatrzymania. Przecież w Polsce każdego można zatrzymać na 48 godzin a następnie zwolnić do domu. To się może przytrafić każdemu człowiekowi, ale kiedy zatrzymano Piotra Reissa, nie czułem w mediach nawet cienia chęci obrony mnie jako człowieka. Co więcej wielu "przyjaciół" odwróciło się ode mnie, nawet ci niby z niebiesko-białą krwią. Ale czas goi rany.

Czyli masz żal o sposób w jaki Cię zatrzymano?

- Równie dobrze można było mnie wezwać przez telefon, przysłać wezwanie poprzez dzielnicowego lub listem poleconym. Stawiłbym się do prokuratury. Zrobiono to jednak w inny sposób i zatrzymano mnie niczym członka niebezpiecznej mafii. Cóż, piłka to też polityka. Być może jakiś inny zatrzymany - ratując własną skórę - próbował wkręcić jakąś znaną piłkarską personę w nieczyste sprawki i padło na mnie... Przypadkowo było to tuż przed meczami z Udinese... Był to więc nośny temat. Choć ja powtarzam od wielu miesięcy: niczego złego w życiu nie zrobiłemi. Dlatego liczę się z tym, że na wielu boiskach i wyjazdach nie będę akceptowany przez kibiców. Ale myślę, że kiedyś i tak wszystko wyjdzie na światło dzienne i wtedy każdy będzie mógł zobaczyć jak było naprawdę. Ciężko będzie mi odbudować swoje nazwisko, ale będę o to jednak walczył.

Zawsze powtarzasz: nigdy nie sprzedałem meczu Lecha, a nigdy nie zaprzeczasz temu, że dla Lecha jakiś mecz kupiłeś.

- To mogę to teraz powiedzieć: nigdy nie sprzedałem, ani nie kupiłem meczu Lecha. Też to mówiłem, ale każdy z kontekstu wyciąga to, co chce wyciągać. Po zakończeniu śledztwa wszyscy poznają prawdę. Wpłaciłem kaucję, zobowiązałem się nie ujawniać szczegółów, więc zbyt wielu rzeczy w tej chwili mówić nie mogę. Z drugiej strony, widzisz, będę miał o czym pisać w drugiej części mojej autobiografii. Jak ja kiedyś powiem za co mnie zatrzymali, a powiem na pewno, gdy sprawa się zakończy, to wszyscy będą w szoku. Pomyślą: - Dlaczego to zatrzymanie przebiegło akurat w taki sposób? A może komuś zależało na tym? Jeśli za tak słaby zarzut robi się takie zatrzymanie, to znaczy, że o coś w tym wszystkim chodziło. Że ktoś tak przeprowadzonego zatrzymania potrzebował. Miałem sześć miesięcy na przemyślenie tego. Wszystkie puzzle sobie powoli układałem w głowie. Chociaż dziwi mnie, że spośród 100 czy 200 zatrzymanych piłkarzy - w tym także tych, którzy w przeciwieństwie do mnie przyznali się do korupcji - podobno jedynie moja teczka dotarła do PZPN. Ale może to i dobrze, bo moja sprawa będzie szybciej wyjaśniona?

Z Twoją osobowością to niemożliwe, żebyś stał w kącie szatni i o niczym nie wiedział. Piotr Reiss to nie jest typ człowieka, który się chowa.

- Wiesz, jako kapitan zespołu otrzymywałem przed meczem wiele telefonów. Gdy odbierasz telefon, to na dobrą sprawę nie wiesz, kto jest po drugiej stronie słuchawki. To może być każdy - kibic, dziennikarz, to może być też prowokacja. Ja na przykład dostawałem telefony od kibiców z pogróżkami, którzy przedstawiali się za działaczy. Dziś znaleźć mój numer to nie jest wielki problem i każdy może zadzwonić. Próbowali mnie też podchodzić pod kątem odpuszczania meczów. Mówiłem człowiekowi: - Panie rób pan co pan chcesz, ale do mnie pan nie dzwoń i mnie w to nie mieszaj. Zawsze sprawę stawiałem jasno. Chwilę później wchodziłem do szatni i mówiłem: - Panowie, dzwonił ktoś do mnie. Sondował temat sprzedania meczu, więc uważajcie, bo w najbliższej kolejce może coś być na rzeczy. A i tak się okazywało, że czasem ktoś coś odpuścił. Mieliśmy kiedyś bramkarza-obcokrajowca, mniejsza o nazwisko. Po jego wyjeździe do swojego kraju, jak zaczęły wychodzić na światło dzienne różne historie, to okazało się, że co drugi mecz ów "stranieri" nam bronił "w drugą stronę". Okazało się, że wiedzieli o tym niemal wszyscy - działacze innych zespołów, piłkarze, trenerzy. I co mieliśmy z tym już zrobić? Nie masz na to wpływu. A przykłady Piotra Dziurowicza nie nastrajały motywacyjnie do rozgłaszania tego typu sytuacji w prasie. Każdy dziennikarz i tak wiedział, co jest grane, a jednak nie napisał...

Nie masz kontroli w szatni? Nie wiesz co się w niej na co dzień dzieje?

- Nie jestem w stanie z każdym spędzić 24 godzin, spać z nim, cały dzień za nim chodzić. Jeśli dostałem sygnał, to stawiałem sprawę jasno, że kto odpuści mecz, nie ma szans wejść do tej szatni. Wiesz, ja dużo w swoim sportowym życiu się nasłuchałem różnych opowieści. Zanim ja wszedłem na dobre do piłki, o wszystkim decydowała partia albo miejscowy kombinat, w którym zatrudnieni byli piłkarze. Wchodził prezes do szatni i mówił: - Panowie, musicie grać tak i tak, bo jak nie, to was wyp… do kopalni. Pięćset metrów na dół! Krótka piłka. Ilu miało odwagę postawić się szefowi? Po dominacji partyjnych bossów, przyszły lata 90., a w nich rządzili już sędziowie. Korupcyjna mentalność jednak została ta sama.

Poznań to specyficzny klimat. Kiedyś jednemu z dziennikarzy ktoś w Poznaniu ukradł spod domu samochód. Dziennikarz zwrócił się z tym do jednego z piłkarzy Lecha. Po dwóch dniach samochód stał znów przed jego domem.

- To musiał być dobry dziennikarz, albo dobrze pisał o klubie… A tak poważnie mówiąc… W jednym mieście wszyscy się znają. Myślisz, że ten co łapie, nie zna tego, który kradnie? Przecież oni dobrze się znają. Każdy o wszystkim wie. A nawet czasami jest tak, że w jednym mieście przymykają oko na tego, który kradnie, bo on im sprzedaje jakieś informacje, kto kradnie więcej. Tak nie jest tylko w filmach. Wiadomo, że środowisko się zna. W Poznaniu miałem okazje spotykać się i z prezydentami, i z wysoko postawionymi policjantami, ale też z tymi, których uważa się na bandytów i złodziei. Jeśli jest się osobą publiczną w jakiejś społeczności, to zna się praktycznie wszystkich.

Pytałem o ten poznański klimat, bo pamiętasz rok 1998 i sprawę z sędzią Żyjewskim. Miałeś mu ponoć grozić spaleniem domu. Później tam wylądował koktajl Mołotowa.

- Ktoś mu się najwyraźniej pomylił. Pozwał mnie do sądu, ale doszliśmy wtedy do porozumienia. Sytuację z Żyjewskim zapamiętałem dobrze, ale z innych względów. W czasie procesu byłem już zawodnikiem Herthy Berlin. I Niemcy zachowali się dużo lepiej niż wiosną ludzie, którzy zarządzali Lechem. Działacze Herthy dali mi swoich najlepszych prawników. Powiedzieli: - Piotr, masz najlepszych ludzi, oni mają tę sprawę rozwiązać. Lech zagrał w drugą stronę. Po zatrzymaniu odcięli się ode mnie. Mimo 28 lat w klubie.

Jeśli w tej chwili nie możesz pracować w Lechu, to czym się zajmiesz? masz jakiś alternatywny plan na życie?

- Może sam kiedyś będę dziennikarzem? Kiedyś w Hercie Berlin w pokoju mieszkałem z Thomasem Helmerem, kiedyś piłkarzem Bayernu Monachium. Dzisiaj jest dziennikarzem sportowym, pracuje dla stacji DSF. Nigdy nie wiadomo, zwłaszcza, że niedawno komentowałem mecz Bundesligi dla Eurosportu. Chociaż zawsze marzyłem o roli dyrektora sportowego w Lechu. Znam się na piłce, a z racji kilku moich lat spędzonych zagranicą mam szerokie kontakty m.in. w Niemczech i na Bałkanach. Miesiąc po zatrzymaniu zdałem sobie sprawę, że - kurczę - nie będę chodził przecież bocznymi uliczkami tylko dlatego, że media zrobiły ze mnie Piotra R. Dalej jestem Piotrem Reissem, strzeliłem ponad sto goli w lidze.

Rozmawiał Przemysław Zych

poniedziałek, 12 października 2009

CHULIGANY TERORIZOVAL OBYVATELE PRAHY



W końcu poczułem się jak dziennikarz, który relacjonuje coś więcej niż tylko to, czy do siatki wtoczyła się piłka. To była adrenalina, stres, zagrożenie, nad głową latały petardy, race, tłum tratował ludzi, wierzgały konie. W Pradze podążając za kibicami znalazłem się w samym centrum starć chuliganów z czeską policją.

Futbol News, nr 21, 12-14 października 2009

Piątek. Godzina siedemnasta. Północno-zachodnia część Pragi. W kameralnym hotelu Crowne Plaza Castle, w którym mieszka reprezentacji Polski, panuje cisza i spokój. Podobnie jeszcze jest w centrum Pragi. Rynek Starego Miasta okupują turyści z całego świata. Kupują pamiątki, robią sobie zdjęcia. Ani widu i słuchu po polskich kibicach.

Sobota. Godzina dziewiętnasta. Dookoła stadionu Sparty Praga trwa walka polskich zadymiarzy z policją. Ponad dwa tysiące Polaków otacza kordon niemal tysiąca funkcjonariuszy. Trafiłeś do niego, nie masz już szans wyjść. W ciasnej uliczce przy kołowrotkach i bramie wejściowej wybuchają petardy, w ruch idą policyjne pałki, w oficerów policji trafiają płonące race. Widok spłoszonych koni w gęstym tłumie Polaków na tle czerwonego ognia oznaczają jedno - jest źle. „Zawsze i wszędzie policja j… będzie” – próbie sił współczesnych gladiatorów od kilku minut towarzyszy ta przyśpiewka. Co się dzieje wewnątrz, trudno zgadnąć. Widoczność ogranicza już dym.

– Spier…my! – dobiegł krzyk. Część tratowanych, wziętych w kleszcze, spanikowanych Polaków w końcu przerywa kordon policji, by wydostać się na zewnątrz. Ucieczce przynajmniej tysiąca kibiców towarzyszy ryk godny starć w starożytnym Koloseum. W uciekających trafiają race, rzucane przez resztę Polaków z przeciwległej strony. Nikt nie wie już o co chodzi. Nikt nic nie widzi. Trzeba uciekać. Na ulicy leży kilka stratowanych osób. Atmosferę doprawia huk latającego nad stadionem helikoptera i ujadanie psów. Obrazek jak z wojny. Dantejskie sceny. Za ponad godzinę zaczyna się w centrum Europy mecz piłki nożnej. Z drugiej strony pod stadion spokojnie zajeżdża polski autobus i busy z VIP-ami.

Obawa. Tak można podsumować to, co przed meczem czuli wszyscy Czesi. Już piątkowy „Sport” w artykule „Prijedou zbesilci” informował o przyjeździe polskich chuliganów. Obok tekstu zamieszczono ranking wskazujący najniebezpieczniejszych chuliganów w Europie. Byli nim oczywiście Polacy, którzy wyprzedzili Rosjan, Serbów, Chorwatów, Anglików i Turków...

Atmosferę podgrzewały wszystkie czeskie gazety. Informacje dotyczące tego, co wyrabiający maskujący się za szalikami polscy chuligani zdominowały wiadomości z obozu reprezentacji Stefana Majewskiego. Na dobrą sprawę, polscy piłkarze nikogo nie obchodzili. Liczył się tylko najazd „hord kibiców”.

W piątek wieczorem będąc w Pradze nie można było przeoczyć ryku „Biało-czerwone barwy niezwyciężone” w małych, ciasnych praskich uliczkach. Gdy w jednym z pobliskich pubów, miejscowi zanucili „Czesi do toho” (Czesi naprzód), wydawało się, że może sprawdzić się najczarniejszy scenariusz kreślony przez media. Na polskie przyśpiewki, Czesi odpowiedzieli jednak krzykiem „Polska, Czesko - together”. Osłupiali polscy kibice nie mieli wyboru. Przyłączyli się do Czechów. Ci mieli szczęście. Zadymiarze dopiero pakowali manatki i w Pradze mieli pojawić się dopiero w dniu meczu.

W piątek, nim doszło do jakichkolwiek starć z policją, o obawy i antypolskie nastroje zapytaliśmy jednego z taksówkarzy. – E tam. Gazety zawsze pompują balon, a później nic się nie dzieje. Wyolbrzymiają każdy fakt. U was też tak jest? – dopytywał Vaclav. Po chwili milczenia taksówkarz pytał nas już jedynie o meczowe typy. – Ile będzie? W patriotycznym odruchu odpowiedzieliśmy, że wygra Polska. Vaclav gwałtownie zwolnił. – Tak? Vypadni! – śmiejąc się chciał nas wyrzucić z samochodu – Chyba w to jednak wątpicie? Ten wasz nowy trener to podobno straszny oryginał. My też mamy małe szanse na awans. Jesteśmy w tej samej sytuacji. Musimy wygrać dwa mecze i liczyć na pomoc Słowaków – mówił Vaclav, który jeszcze nie wiedział, że na pobratymców nie ma co liczyć, bo Słowacy przegrali 0:2 ze Słoweńcami.

Do pierwszych starć doszło dopiero w sobotnie popołudnie, gdy do Pragi nocnymi pociągami zjechali zadymiarze. W tym czasie w wygodnym barze hotelowym w przyjaznej atmosferze toczyła się dyskusja kilku VIP-ów. Powszechne zdziwienie wywoływała obecność w składzie Piotra Polczaka. Z miasta z drobnymi upominkami wracali działacze PZPN – Grzegorz Lato, Zdzisław Kręcina, Antoni Piechniczek i Adam Olkowicz. Jak widać w przeciwieństwie do Leo Beenhakkera, Stefanowi Majewskiemu nie przeszkadza obecność pezetpenowskich notabli w tym samym hotelu.

Kilka kilometrów dalej w uliczkach praskiego starego miasta policja pałowała polskie grupy zadymiarzy, które atakowały przechodniów. W północno-zachodniej części miasta Piechniczek z Olkowiczem szli właśnie na spacer.

Wydarzenia postawiły policję w stan gotowości. Zdecydowała się wytoczyć najcięższe działa. Uznano, że postawienie czoła czterem tysiącom Polaków, wymaga mobilizacji aż dziesięciu tysięcy funkcjonariuszy. Wielu patrolowało miasto również w cywilnych strojach. - To największa operacja policyjna w Pradze w ostatnich latach. Przygotowania do tego wydarzenia zabrały nam prawie dwa miesiące – mówiła rzecznik policji.

W okolicach hotelu polskiej reprezentacji w oczy rzucała się grupka około pięćdziesięciu kiboli. Ubrani w ten sam sposób (czarne ortalionówki z napisem Arka Gdynia), identycznie uczesani (modnie – na jeden milimetr!). Przed grupką i za nią podążało łącznie pięć samochodów policyjnych. Tak było w każdej części miasta. Wszystkie grupki były monitorowane i miały swoich opiekunów.

Praga się wyludniła i zamarła. Na cztery godziny przed meczem na rynku starego miasta czescy sprzedawcy pospiesznie zamykali budki sklepowe. Zamiast turystów zabytkowe miejsce wypełniło się chmarą ubranych w polskie szaliki, zakapturzonych kibiców. Naprzeciwko nich stały nieruchomo kordony policji. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej rynek tętnił życiem, słychać było szepty sprzedawców trawki: „Marihuana?”. W sobotę wieczorem wszyscy zniknęli. Sytuacja na rynku przypominała szachy, żadna ze stron nie chciała wykonać ruchu. Ani kibice, ani policja nie wyglądali też na zainteresowanych pamiątkami.

– Dziękuję, my już lepiej pojedziemy do domu – mówił Petr, sprzedawca naszyjników.

Ubaw mieli tylko turyści. Przestali robić sobie zdjęcia na tle katedry, a zaczęli ustawiać się przed polskimi kibicami i kordonami policji. To była największa atrakcja dnia w Pradze.

– To przezabawne co się tu dzieje – nie mogąc uwierzyć w to, co widzą, angielscy turyści komentowali zajścia, przy okazji robiąc zdjęcia i wszystko filmując.

Gdy przy dźwiękach bębnów trzy tysiące kibiców nagle ruszyło z rynku w długi pochód w kierunku stadionu, wycieczki turystów z całego świata obserwowały to ze zdziwieniem, stojąc na pobocznych murkach i ławkach. Z uśmiechem na twarzach, jakby zaskoczeni, że coś takiego mogło przytrafić im się w dniu, w którym odwiedzali stolicę Czech, unosili kciuki rąk w geście sympatii.

Nie wszystkie zachowania polskich kibiców w Pradze jednak na takie gesty zasługiwały. To nie przypadek, że sklepy, które znalazły się na drodze pochodu, były już zamknięte albo zostawały na widok polskich fanów.

Uśmiechnięci Azjaci nie wiedzieli jaki jest powód radosnego podskakiwania kilku tysięcy polskich kibiców. Przyśpiewka „Kto nie skacze ten z policji – hej, hej!” towarzyszyła im aż do końca drogi na stadion wokół syren i otaczającego ich kordonu funkcjonariuszy.

Polacy na swój sposób sterroryzowali mieszkańców miasta, sprawili, że życie w Pradze zamarło. Tworzyły się gigantyczne korki. Tylko przyjazdy Anglików są w stanie postawić Pragę w stan podobnego zamarcia. Za maszerującymi kibicami aż do końca podróży ciągnęła się grupka zaciekawionych Czechów i reporterów miejscowej telewizji, która na bieżąco śledziła wszystkie wydarzenia.

W tym czasie w zaciszu szatni do meczu przygotowywali się piłkarze. Po końcowym gwizdku Jerzy Dudek złapał schodzącego z boiska Dawida Janczyka, poprosił go o podziękowanie polskim fanom i wskazał mu drogę pod sektor Polaków. Gdyby Dudek wiedział jak wiele zdrowia i stresu kosztował ten dzień czeskich funkcjonariuszy i mieszkańców Pragi, pewnie zastanowiłby się dwa razy, po czym wysłałby Janczyka prosto do szatni. Świetny doping to jedno. Zachowanie poza stadionem – to drugie. W sobotę w Pradze Polacy przegrali na stadionie i poza nim. PRZEMYSŁAW ZYCH

środa, 16 września 2009

DZIECI WOJNY SPEŁNIAJĄ SWOJE MARZENIA



Tekst ukazał się w "Futbol News", nr 12 z 10 września

Cmentarze zamiast stadionów, gruz na boiskach, kłótnie między działaczami i piłkarzami, upolityczniona federacja. I co? Bośnia jest bliska finałów w RPA.

Wychowali się w huku wybuchających bomb i rakiet, otoczeni krzykiem przerażonej rodziny. Każdy z nich do dziś przechowuje w głowie traumatyczne wspomnienia z wojny jugosłowiańskiej z lat 90. O kogo chodzi? O reprezentantów Bośni i Hercegowiny, dziś dorosłych mężczyzn, którzy mają wielkie szanse, by po raz pierwszy zagrać na mistrzostwach świata.

Gdy doszło do wojny, której nie rozumieli, Edin Dżeko czy Zvjezdan Misimović - dzisiejsze gwiazdy reprezentacji i Bundesligi - mieli po 7-10 lat. Dziś sami podbijają świat, ale piłką, nie karabinami. Robią to na tyle dobrze, że bośniacki zespół to obecnie największa zagadka europejskiego futbolu.

Po wojnie wyłonił się obraz nowej rzeczywistości. Szarej. W 1995 roku Bośniacy rozegrali pierwszy mecz towarzyski, reprezentując kraj, który - jak się wówczas wydawało – nie będzie długo istnieć. Wkrótce jednak zanotowali… zwycięstwo 2:1 nad Włochami! Niedługo potem pozwolono im przystąpić do gry w eliminacjach mistrzostw świata Francja 1998. A przecież jeszcze do końca lat 90 większość stadionów w Bośni była zamieniona w cmentarze, na boiskach leżał gruz. Bośniacka federacja traciła zdolnych potomków własnych emigrantów na rzecz Szwecji, Słowenii i Austrii. Jak wobec tego osiągnięto tak wielki sukces?

Jesienią 2006 roku wydarzyło się coś, co mogło zupełnie przekreślić jakiekolwiek szanse Bośni, ale stało się podstawą przyszłych zmian. - Trzynastu piłkarzy bośniackim zagroziło bojkotem, jeśli z federacji nie odejdą… prezydent i jego zastępcy - mówi Oleg Lokmić z "Dnevni Avaz". Dlatego eliminacje Euro 2008 Bośnia zakończyła grając praktycznie drugim, albo trzecim garniturem, na pustym stadionie w Sarajewie. Na nim kilkuset fanów wyzywało władze związku… Czy coś nam to przypomina? W Bośni protesty i wyzywanie władz związkowych przyniosły jednak jakiś skutek. Munib Usanović, bośniacki Zdzisław Kręcina, sekretarz związku, usłyszał zarzuty w sprawie malwersacji finansowych.

Impas potrwał aż do wiosny 2008. Wówczas, po wielkim konflikcie z prezydentem federacji, zwolniono selekcjonera Meho Kodro (kiedyś piłkarza Barcelony). – Do tego czasu mało kto chciał grać dla nas. Protesty piłkarzy nie doprowadziły do zmian w upolitycznionych władzach federacji, tylko na ławce trenerskiej. Prezydent federacji i sekretarz generalny związku zostali. Zatrudniono jednak chorwackiego trenera Miroslava Blażevicia, który swoich rodaków doprowadził do półfinału mundialu 1998. Od tej chwili w Bośni zaczęła się wielka przemiana. Do składu powrócili wszyscy najlepsi piłkarze. Z każdym spotykał się Blażević – tłumaczy przyczyny nagłej poprawy sytuacji Lokmić.

Szczęście Bośniaków polega również na tym, że od 1995 trafiły im się dwa naprawdę zdolne pokolenia. - Pierwsze z Hasanem Salihamidziciem, Sergejem Barbarezem i Elvirem Baljiciem - osiągnęło niewiele, choć było bliskie awansu do Euro 2004, gdy dopiero ostatni mecz z Danią przesądził o tym, że zajęliśmy czwarte miejsce, a nie pierwsze. Druga i obecna generacja – z Edinem Dżeko, Zvjezdanem Misimoviciem i Miralem Pjaniciem - ma kapitalną szansę na mundial w RPA – dodaje Lokmić, który o Blażeviciu mówi z najwyższym uznaniem. – Jest tak silną i poważaną postacią, że nie tylko piłkarze, ale i my, dziennikarze, słuchamy go z otwartą buzią. Z podziwem. To świetny motywator. Początkowo miał ciężko w Bośni, bo nie wybaczono mu słów, które wypowiedział w czasie wojny. Miał w niej zdecydowanie opowiedzieć się po stronie Chorwacji – dodaje. Po serii zwycięstw w kwalifikacjach (w tym po dwóch wygranych z Belgią) nikt już o tym nie pamięta.

- Mamy młody zespół. Na Euro 2012 do Polski też mamy szanse przyjechać - mówi Lokmić. Na razie trzeba awansować do baraży. Drugie miejsce w swojej grupie zajmuje również inny kraj byłej Jugosławii - Chorwacja. Serbowie plasują się na pierwszym miejscu (wyprzedzają Francuzów). Słoweńcy poczynili niesamowity postęp. Mundial 2010 może być wielkim zwycięstwem krajów byłej Jugosławii. PRZEMYSŁAW ZYCH

W lutym rozmawiałem z jednym z bohaterów tego tekstu, Edinem Dżeko z Vfl Wolfsburg. Wywiad został opublikowany w "Przeglądzie Sportowym".

sobota, 12 września 2009

JAK ZOSTAĆ AGENTEM?

Takim jak Radosław Osuch poniżej? Czy lepszym?



Tekst ukazał się w "Futbol News", nr 9 z 31 sierpnia 2009.

CZYTAJ TEŻ:
"Kokosanki, Kokosanki", czyli WALKA GIGANTÓW: Polakow kontra Łazarek
Mirek Okoński opowiada jak przegrał życie z uśmiechem na twarzy...
Serbskie marionetki, czyli piłkarze w mackach mafii i podstawionych dziewczyn

We Włoszech jest ich 599. W Hiszpanii – 565. W Anglii niewielu mniej. W Polsce z amatorką skończono dopiero w 2001 roku. Uprawnienia mają jednak zaledwie 53 osoby. Ale niektórzy i tak mówią – agentów jest zbyt wielu…

O wszystkim najpierw decyduje ciężki egzamin pod egidą FIFA przed Komisją Licencji Menedżerskich PZPN. Każdego roku w marcu i we wrześniu, wyjaśnia się kto będzie miał szansę zarabiać i umieszczać swoich piłkarzy w klubach piłkarskich. Po drodze trzeba się jednak porządnie porozpychać, ale wcześniej trudno... nie pęknąć ze śmiechu, bo na sali egzaminacyjnej - obok nas - będą siedzieć wszyscy razem: stomatolodzy, księża, piłkarze po podstawówce i peerelowscy działacze ze Śląska, którzy na zaznajomionych z prawem FIFA wprawdzie nie wyglądają, ale licencję - za lata przepracowane w polskiej piłce - dostaną.

A jak jest w innych krajach? Czy menedżerami zostają osoby z wyższym wykształceniem? Ludzie z przypadku? Byli piłkarze, którzy w czasie kariery nie mieli czasu na edukację?
- We Włoszech zazwyczaj jest tak, że byli piłkarze nie zdają egzaminu. Taki Abel Balbo zdał dopiero za którymś razem. Na ogół do egzaminu podchodzi ponad 500 osób, a zdaje go tylko jakieś 30 albo 40 – mówi Gianluca Di Carlo, włoski agent, który pilotował transfer Radosława Matusiaka do Palermo. Dlaczego więc w Polsce promocja ludzi ze środowiska jest dużo wyższa?
– Sam tego nie rozumiem – odpowiada Di Carlo. – Poza tym we Włoszech istnieją egzaminy dla dyrektorów sportowych. By funkcjonować na takiej pozycji również trzeba mieć odpowiednią licencję FIFA - Włoch wyraźnie próbuje zmienić temat, bo... sam licencji nie ma!

Pytania na egzaminie są piekielnie trudne, dlatego ciężko uwierzyć, by część byłych piłkarzy była w stanie go zdać. – Egzamin to łamigłówka – przyznaje sama Beata Olczak z Komisji Licencji Menedżerskich PZPN. Na rozwiązanie 20 pytań dostaje się ponad godzinę. Trzeba rozwiązywać kontrakty piłkarzy, obliczać ekwiwalenty, tzw. solidarity payment, w oparciu o przepisy FIFA należy zorientować się, czy zawodnik może zostać zwolniony na zgrupowanie kadry. Wymaga to więc pewnego wysiłku intelektualnego, umiejętności łączenia faktów. Łatwo się zgubić. – Było bardzo trudno. Za pierwszym razem nie zdałem – mówi Dariusz Mróz, wcześniej dyrektor sportowy w Cracovii Kraków.
– Pytania zawarte w teście są skomplikowane i podchwytliwe. Wydaje ci się, że po pierwszych kilku zdaniach już znasz odpowiedź, tymczasem dalsza część już to wyklucza i łamigłówka prawnicza zaczyna się od nowa. Nigdy wcześniej nie poświęciłem tyle czasu na naukę, a mam ukończone dwa kierunki studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim – mówi menedżer Marcin Lewicki.

By zdać egzamin, należy znać wszystkie aktualne przepisy FIFA, okólniki, ostatnie poprawki regulacji, zasady określające stosunki klub – piłkarz, uchwały PZPN dotyczące statusu agenta, i inne. Mnóstwo prawniczych zagadnień, których znajomość sprawdzana jest w teście. Testowany jest też związek, który organizuje takie egzaminy.

– FIFA może kontrolować jedną federację w czasie każdej tury. Rok temu padło na Polskę. I okazało się, że wówczas procedura sprawdzania testów w FIFA... zajęła trzy tygodnie, a nie godzinę, bo tyle trwało to dotychczas, gdy licencję przyznawała komisja – opowiada nam osoba, która rok temu testu nie zdała.
Jaka była wówczas zdawalność? – Nie pamiętam, ile osób wtedy zdało i czy więcej niż zazwyczaj. To kwestia przypadku. Nieważne czy sprawdza je FIFA czy PZPN. Raz zda 50% kandydatów, czasami 30%, a czasami nikt – przekonuje Olczak z Komisji. Zazwyczaj egzamin zdają 1-2 osoby. W skali roku na rynku przybywa więc od 2 do 5 nowych menedżerów.

- Gdy zdałem egzamin w 2004 roku, było nas zaledwie 18. Z każdym rokiem jest jednak coraz więcej agentów na rynku, a więc każdemu jest coraz trudniej o pieniądze. W tej chwili działa już 53 menedżerów z licencją FIFA. Ale nie to jest najgorsze. Przecież przynajmniej 50% wszystkich transferów w każdym okienku transferowym robią ludzie bez licencji! – protestuje Janusz Oster, w latach 80. szef Górnika Zabrze.

Przed przystąpieniem do egzaminu trzeba spełnić kilka wymagać. Należy chociażby złożyć zaświadczenie o niekaralności. To dlatego licencji wciąż nie posiada Mariusz Piekarski, który - gdy grał w Brazylii - został skazany za bigamię. "Piekario" od kilku lat działalność na rynku tuszuje poprzez pośrednictwo kancelarii adwokackiej.

– W zeszłym roku nie podszedł do egzaminu, bo nie złożył wszystkich wymaganych dokumentów. Czy chodziło o zaświadczenie o niekaralności? Nie mogę powiedzieć. W tym roku pan Piekarski uzupełnił dokumenty i we wrześniu podejdzie do egzaminu – mówi Olczak.

By móc zdawać, wymagane jest również oświadczenie o tym, że nie zajmuje się żadnego stanowiska, ani nie pełni żadnych funkcji w FIFA, UEFA, PZPN, ani żadnym klubie.
– Przystąpić do egzaminu można tylko trzy razy. Pierwsza próba kosztuje 5 tysięcy złotych, wraz z poprawką, która możliwa jest dopiero po roku. Trzeci raz można spróbować, ale dopiero po kolejnych dwóch latach… – mówi Olczak.

Jeśli dostanie się licencję, trzeba się liczyć ze sporymi kosztami pracy w pierwszym roku. Mało kto po takim okresie wychodzi nawet na zero.
– Podróże, telefony, samoloty. To wszystko kosztuje – mówi Marcin Kubacki, działający na austriackiej licencji agent Adama Kokoszki, który jednak nie chce zdradzić przez jak długo dokładał do interesu.
- Podejście do piłkarza i przekonanie go, że będziesz najlepiej prowadził jego interesy, gdy nie ma się nazwiska, jest bardzo trudne. Ja dokładałem do tego biznesu przez półtora roku - zdradza Radosław Osuch.

Jak udało nam się ustalić, minimalne koszty wynoszą 40 tysięcy złotych w pierwszym roku. – Na starcie nie da się z tego wyżyć. Ja, gdy zaczynałem, prowadziłem też inną działalność – mówi Dariusz Mróz. By rozpocząć pracę menedżerską, każdy musiał najpierw coś zainwestować. Grzegorz Bednarz był piekarzem, Jarosław Kołakowski - handlarzem samochodów. By otrzymać licencję, każdy z nich musiał ubezpieczyć się na kwotę 100 tysięcy franków szwajcarskich. Podobnie rzecz miała się również z… księdzem Piotrem Pochopieniem, który licencjonowanym agentem jest od niedawna. To ewenement na skalę światową, bo Pochopień całą swoją działalność świetnie maskuje, biorąc faktury… na własną parafię! To nie zmienia fakt, że również on musiał wyłożyć wspomniane 100 tysięcy.

- To na wypadek popełnienia własnych błędów. Gdyby ktoś z nas coś zawalił, może zostać pociągnięty do odpowiedzialności przez naszych klientów, czyli piłkarzy – dodaje Mróz. Agentem może zostać więc praktycznie każdy pod warunkiem, że ma na to… pieniądze i zna przepisy (lub ma znajomości). A i tak wszystko oceni rynek.

– Niestety teraz zrobił się tłok. Do tego działalność podejmuje spora liczba osób bez uprawnień. Menedżerom wchodzącym w tej chwili do tego biznesu jest znacznie trudniej niż 5-6 lat temu. Ciężką i rzetelną pracą można jednak udowodnić, że „nowi” też są godni zaufania – ocenia Marcin Lewicki.

Na oficjalnej liście FIFA jest mnóstwo nazwisk, które nikomu nie powiedzą absolutnie nic, tzw. agenci-jaskółki. Ale wielu też się poddaje. Zmienia branże, w której działa.
– Powoli odchodzę od tego. Przyczyną jest duża konkurencja i fakt, że aby w tym działać, trzeba mieć sporo środków własnych – mówi Przemysław Erdman. Swoje robi również kryzys.
- Jeden z moich kolegów z branży - czołowy polski agent - dzwonił do mnie ostatnio i chciał pożyczyć 15 tysięcy euro! - mówi Janusz Feiner (działa w Austrii). Inni zmieniają kierunek poszukiwań. – Wraz z żoną mocniej zaangażowaliśmy się w piłkę ręczną i organizowanie zgrupowań - mówi Wojciech Chrzanowski. W tym wypadku marzenia o wielkiej, dochodowej agenturze przysłoniła rzeczywistość.

Najlepiej prosperują ci, którzy otrzymali licencję najwcześniej. Na początku XXI wieku było zaledwie kilku agentów z uprawnieniami (pierwszy egzamin zorganizowano w Polsce w 2001 roku). Mniej istotne było, czy nowi agenci naprawdę nadają się do tej pracy. Dziś, po tylu latach poruszania się po rynku, każdy z nich świetnie zna już przepisy.

Ale wtedy nie brakowało kolorytu. Jeden z menedżerów przyjeżdżał na zgrupowania młodzieżówki zdezelowanym samochodem, w wymiętej koszuli i - jak twierdzą świadkowie - z wybrakowanym uzębieniem. A i tak zgarniał wszystkich piłkarzy. Nieważne, że nie miał czasu, by zająć się każdym z osobna. Przypominało to... grzybobranie.

Przez długi czas interesom tamtej grupy nikt nie zagrażał. Pierwsi menedżerowie w Polsce zaczęli przecież pracować, gdy rozwijała się piłka. Niektórym z nich wyszły 1-2 "złote strzały", gdy zauważyli, że to dobry interes. W międzyczasie ich piłkarze dojrzeli, a dziś opiekunowie zbierają kasę. Monopol ich jednak rozleniwił. - Na trybunach Legii do swojego menedżera podszedł piłkarz, a on - mając z piłkarzem podpisaną umowę - nawet nie wiedział jak nazywa się jego klient! – opowiada nam jeden z zawodników śląskich klubów.

Jest sporo niekompetencji. - Jestem napastnikiem. Mój agent wysłał mnie nocnym pociągiem przez całą Polskę do Gdańska. Miałem trenować przez dwa dni. Przyjechałem, a tu trener mówi mi, żebym się ustawił w obronie, bo oni zgłosili zapotrzebowanie na obrońców! Mojemu agentowi nie zaświtało w głowie, że jestem napastnikiem. I tak próbować mnie tam upchnąć – mówi z rozżaleniem w glosie piłkarz.

Dlatego to nie przypadek, że jednemu z menedżerów piłkarze sami przekręcają zaledwie kilka liter w krótkim nazwisku i nazywają go... „Oszust”. Lubują się w tym szczególnie jego klienci. – Zdarzają się różne przypadki. Różnie ludzie postępują. Takie skargi są kierowane do Wydziału Dyscypliny – mówi Olczak z Komisji. – W PZPN jest kilka spraw założonych menedżerom przez menedżerów. Podbierają sobie piłkarzy – mówi Oster.

- Ale i tak wydaje mi się, że posiadanie licencji w ogóle nie jest istotne. Ważne są kontakty - uważa z kolei Di Carlo. Przy tym ostatnią rzeczą, na której zależy już działającym menedżerom jest taki stan, w którym liczba agentów rośnie. Sytuacja w Polsce jest jednak dużo łatwiejsza niż choćby w Estonii. – Tam jest tylko jeden agent z licencją. One big boss. Gruba ryba. Nikt inny nie ma prawa mieć licencji – kończy Di Carlo. O łakocie warto się starać. Agenci przecież zbierają nie tylko śmietankę w postaci prowizji od transferów, ale co miesiąc zazwyczaj 10 procent od całości wynegocjowanych zawodnikom podstawowych zarobków. Trzeba jednak pamiętać, że można też nieźle dostać po głowie.PRZEMYSŁAW ZYCH

wtorek, 8 września 2009

CZYTADŁO FOOTBALL FICTION NAPISANE W ARGELES



Mój blog – jak każdy widzi – co jakiś czas zamiera na około 10-14 dni. Tak już mam. Żeby trochę to rozruszać, wrzucam dziś tekst, który poszedł w sierpniowym Futbolu z odstrzelonym Niedzielanem na okładce. Pomysł, myślę że fajny i oryginalny, trochę z pogranicza literatury science-fiction i futbolu, trochę dla tych, którym co jakiś czas towarzyszy (których męczy) refleksja: co by było gdyby.

Ten tekst to o tyle niecodzienna rzecz, że powstawał również w dziwnych okolicznościach - częściowo na wakacjach. Na lotnisku w Poznaniu dzwoniłem więc do Jacka Masioty, w budce telefonicznej we francuskim Ceret prowadziłem rozmowy z Mirosławem Szymkowiakiem.

A żeby było śmieszniej - gdy już powstał, to w niewytłumaczalnych okolicznościach w całości się skasował i trzeba było go pisać od początku. Jak możecie się domyślić - to były wspaniałe wakacje, a wokół szum morza na plaży w Argeles... Za rok, na kilka dni przed wakacjami, nie zgłaszam żadnych tematów.

PS. Pozdrawiam tych z 1106 wiernych (unikalnych, codziennie) czytelników tego bloga, którzy w poszukiwaniu tego, co myśli i pisze ich ulubiony autor, dalej wchodzą na przemyslaw-zych.blogspot.com.

Potrzebujemy ikon i idoli tłumu - jak… za komuny!

LIGA ZZA ŻELAZNEJ KURTYNY

Nic bardziej nie drażni piłkarskich kibiców, niż zaskakująca sprzedaż czołowego piłkarza. Gdy któryś z polskich ligowców zaczyna ujawniać możliwości gry na choćby przyzwoitym, europejskim poziomie, to od razu wsiąka w wir obietnic i transferowych spekulacji. I w końcu odchodzi.

Sierpień 2009. Weekend ligowych ikon. Na stadionach łącznie rekordowe 90 tysięcy ludzi. Ireneusz Jeleń w barwach Wisły Kraków właśnie strzela swojego 90. gola w lidze, Marek Saganowski zdobywając 140. bramkę wyrównuje osiągnięcie Teodora Anioły. Grzegorz Rasiak dwukrotnie celnie główkuje dla Lecha Poznań, obie bramki strzelając po dośrodkowaniach Macieja Żurawskiego.

Jak wyglądałaby ekstraklasa z piłkarzami, których oddajemy innym europejskim ligom? By znaleźć odpowiedź, wyobraźmy sobie, że w kraju nie zmieniło się nic. Polska wciąż tkwi w surowym komunizmie i przeraźliwym zapomnieniu, a od reszty Europy odłączona jest „żelazną kurtyną”. Coś nie tak? Dla tych pozbawionych wyobraźni mamy inny wariant: jeden kontrowersyjny przepis, który - dajmy na to - ostał się z czasów PRL: w przypadku transferów polskich piłkarzy na Zachód o wszystkim decyduje państwo, a PZPN mnoży problemy. Inaczej mówiąc - trzeba wysłać tysiące listów, próśb, zapytań, a i tak wyjeżdżają tylko ci piłkarze, którzy ukończyli 30 lat.

Świetną interwencją popisał się 29-letni Artur Boruc, odbijając strzał Adriana Sikory. Choć bramkarz Legii przebiera nogami, bo chce wyjechać na upragniony Zachód, wciąż gra na tyle dobrze, że jego nazwisko przyciąga na stadiony kibiców. W meczu ze Śląskiem na ławce Legii usiadł Łukasz Fabiański, który - choć na razie grał niewiele - według tych, którzy znają skalę jego talentu, w każdym momencie może zastąpić Boruca. Dobre spotkanie rozegrał również 30-letni Mariusz Lewandowski. Po zdobyciu na wiosnę Pucharu Polski w pierwszej kolejce nowego sezonu poszedł za ciosem i strzałem z dystansu zapewnił Legii trzy punkty. Bramkarz Śląska Wrocław Tomasz Kuszczak ze wściekłości aż cisnął o ziemię rękawicą.

Generalnym sponsorem ligi jest Pewex, tytularnym - Społem, mecz od wielkiego dzwonu pokazuje telewizja państwowa. - Liga na pewno sportowo byłaby lepsza i atrakcyjniejsza. Oglądalibyśmy więcej dobrych spotkań, bardziej zacięte widowiska, choć pewnie w kwestiach marketingowych liga byłaby osadzona w innym wymiarze. Na pewno nie byłaby pokazywana tak jak dziś – próbuje się wczuć w tę sytuacje Andrzej Juskowiak. – Przede wszystkim byłoby co oglądać. Gdybyśmy przeanalizowali nazwiska piłkarzy, którzy w ostatnich latach odeszli z ekstraklasy, to wielu zapaliłaby się lampka z napisem „Champions League”. Popatrzmy choćby na napastników. Straciliśmy wielu takich, którzy swoją obecnością na boisku mogliby przesądzić o awansie do elitarnych rozgrywek – mówi Engel, który gdy w 2005 roku trenował Wisłę Kraków, stracił Macieja Żurawskiego. – Zastąpił go Marek Penksa. To oczywisty skok jakościowy, ale w złą stronę. Gdy patrzę na inne tuzy, które radziły sobie na scenie reprezentacyjnej, a opuściły Wisłę, to oczywiste staje się, że gdyby przedstawiono im konkurencyjne warunki rozwoju w Polsce, Wisła Kraków powinna dziś osiągać sukcesy w Europie – dodaje.

Beneficjentami byliby kibice
Kontuzjowany jest Marcin Baszczyński, ale jego miejsce zajął Paweł Golański, który nie miał wyjścia – w tak młodym wieku mógł zmienić klub tylko w obrębie ligi. Golański, wraz z 24-letnim Jakubem Błaszczykowskim, szarżują dziś po skrzydle Białej Gwiazdy. I prawdopodobnie nie zmieni tego nic. Błaszczykowski, choć narzeka na przepis PZPN, będzie musiał spędzić w polskiej lidze jeszcze sześć lat. Po przeciwległym skrzydle w pocie czoła zasuwa 32-letni Kamil Kosowski, który - choć dwa lata temu miał ofertę z zagranicy - w końcu nie odważył się wyjechać na Zachód. W środku pola Wisły biega Dariusz Dudka. W bramce stoi Jerzy Dudek, przed nim gra 37-letnia legenda, Tomasz Wałdoch, któremu nigdy nie udało mu wyjechać na Zachód. W 1999 roku miał ofertę życia z Juventusu Turyn...

Gdyby w Polsce wciąż obowiązywał komunizm największe zmiany dotyczyłyby personaliów w składach ligowej czołówki. Choć nie tylko, bo i słabsze zespoły mogłyby liczyć na kilku ponad przeciętnych grajków. – Największym beneficjentami pozostania w kraju kilkudziesięciu dobrych piłkarzy, którzy dziś zarabiają zagranicą, byliby jednak kibice. To oni odczuliby najlepiej zmianę tej tendencji. Bo to nie trenerzy, nie działacze są w tym biznesie najważniejsi, a właśnie fani. Dziś mogą czuć się oszukani, bo w budowie klubów właścicielami rzadko kiedy kieruje troska o rozwój sportowy drużyny. Wymaga to zmiany w mentalności. To często decyzja właścicieli klubów. Potrzebujemy odpowiednich ludzi do zarządzania klubami, którzy będą pamiętać o fanach. W przeciwnym razie zabraknie gwiazd. Gdyby były, stadiony odwiedzałoby dziś dwa razy więcej kibiców niż obecnie – ocenia Engel.

Problem w podobnym stopniu dotyczy wszystkich naszych sąsiadów, którzy do Unii Europejskiej weszli w 2004 roku. Najlepsi z nich, Czesi, mimo świetnego szkolenia właśnie obudzili się z ręką w nocniku. Dostrzegli dno studni i deficyt lokalnych gwiazd, bo – uwaga! – nawet najlepsze zapasy kiedyś się kończą. – Doszliśmy do punktu, w którym kilkudziesięciu graczy na poziomie Ligi Mistrzów gra na Zachodzie, a ostatnie roczniki z jakiś względów nie są tak dobre – opowiada Jan Balicik z gazety „Dnes”. Polska piłka zapasy ma nieciekawe, a wyjazd każdego Murawskiego oznacza stratę nie tylko sportową, ale co istotne również marketingowa. – Nie zrozumieliśmy jeszcze w Polsce tego jak ważną rolę w społeczeństwie może pełnić klub piłkarski, jak istotne dla więzi społecznych i utożsamiania się z regionem może być odpowiednie jego prowadzenie. To da się zapewnić tylko poprzez zatrzymywanie w klubie najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych graczy. Bo to, czego ta liga w tej chwili najbardziej potrzebuje by się rozwijać, to po prostu obecność w niej wypromowanych już lokalnych ikon i ogólnopolskich idoli tłumu – przekonuje Engel.

W ostatnich latach wyjeżdżają jednak nie tylko ikony, bo wyjeżdża byle kto i byle gdzie. Częsty powód? W Polsce zawód piłkarza nie jest szanowany. Dlatego rozglądanie się za transferem zagranicznym to kwestia nie tylko pieniędzy, potrzeby rozwoju, ale i poszukiwania lepszej otoczki. - Niektórzy jednak powinni się bardziej szanować. Nie wiem po co przechodzą do jakiegoś kabaretowego klubu na Zachodzie za 15 czy 20 tysięcy. Kiedyś transfer zagraniczny był bardzo trudny, dziś przypomina łapankę. Pojęcie „transferu zagranicznego” w ostatnich latach bardzo straciło na znaczeniu – mówi Boniek. – Wielu decyduje się na śmierć zawodową i z góry brak regularnej gry. Może z Polski nie zawsze wyjeżdżają piłkarze, którzy później podbijają Europę, ale sam fakt, że w ekstraklasie grali świetnie, świadczy o osłabieniu. Dlatego gdyby złożyć ich jeden do drugiego, to efekt mógłby zaskoczyć wielu. Także w pucharach – opowiada Engel.

Asystentem Jacka Zielińskiego w Lechu Poznań został Andrzej Juskowiak. Niespełniony talent, król strzelców Igrzysk Olimpijskich w 1992 roku, któremu w wieku 22 lat nie pozwolono skorzystać z oferty Sportingu Lizbona. Ponieważ długo grał w Polsce za niskie stawki, dziś żyje z dnia na dzień. Za granicę wyjechał, ale dopiero w wieku 32 lat, bo królem strzelców z Barcelony wtedy zainteresowany był już tylko chiński Jiangsu. W ten sposób kolejarski klub nawiązał współpracę z komunistycznymi Chinami. Władze państwowe przyklasnęły rękami.

Czy tak wyglądałoby życie Andrzeja Juskowiaka? - Na pewno gdybym nie wyjechał, to nie byłbym dziś tym samym człowiekiem. Nie umiałbym języka niemieckiego i portugalskiego, a z tymi atutami jest mi dziś w życiu dużo łatwiej. Do tego spotykałem ludzi wielkiego, światowego formatu jak choćby Jose Mourinho czy Luisa Figo. To mój olbrzymi kapitał, który procentuje. Kto wie co by było gdyby został w Polsce? Może nie byłoby tak źle, bo wydaje mi się, że z dwa-trzy razy byłbym królem strzelców. Mój ostatni klub przed wyjazdem czyli Lech, to była dobra, rozwijająca się drużyna, więc prawdopodobne jest, że gdybym został, to grając corocznie w pucharach na tyle byśmy się otrzaskali, że w końcu osiągnęlibyśmy w nich jakiś znaczący sukces. Na sławę i szacunek zarówno pozostanie w Polsce, jak i wyjazd dają chyba podobne szanse… – zastanawia się Juskowiak.

Na listę strzelców wpisali się Łukasz Madej, Rafał Grzelak, Radosław Matusiak i Przemysław Kaźmierczak. ŁKS Łódź koncertowo ograł Pogoń Szczecin 4:0. – Szkoda, że ich pokolenie zmarnuje komunizm. Mają już 27 lat i praktycznie żadnej motywacji do gry. Są świetni, ale widzą, że wystają ponad poziom ligi, że nie muszą dawać od siebie ekstra. W takich warunkach nie będą już lepsi. Chyba, że lepsza byłaby cała liga – opowiadał anonimowo jeden z działaczy ŁKS-u. – Takie czasy – dodał.

Czy dla szczytnej idei podniesienia poziomu ligi powinniśmy w jakiś sposób próbować ograniczyć wylew talentu poza Polskę? - To nie na miejscu. Jeden chory przepis nie powinien decydować o rozwoju jednostki i jej decyzjach. Wprowadzenie takich zasad byłoby niezgodne z prawami człowieka, bo każdy ma prawo jechać i robić co chce, gdzie chce. W dodatku, zatrzymywanie kogoś na siłę, to działanie hamujące rozwój piłkarza – oponuje Boniek, który był jednym z niewielu piłkarzy, któremu udało się z podobnych zasad wyplątać. - UEFA ostatnio próbuje ograniczyć przepływ piłkarzy, ale tych najmłodszych, do lat 18, całkowicie próbując zakazać tego procederu. To by ochroniło najmłodsze roczniki – sugeruje Engel. – A co z rozwojem piłkarzy? Czy nie powinni się rozwijać? A jeśli wyjazd im to umożliwia, czy nie zasługują na szansę? Wszystko reguluje rynek i niech tak zostanie – przekonuje Jacek Masiota, z zarządu Lecha Poznań i rady nadzorczej Ekstraklasy SA. Gdyby w Polsce nadal obowiązywał zakaz wyjazdów zagranicznych, wielu piłkarzy prawdopodobnie nie dostałoby swojej szansy. – Jacek Krzynówek pewnie grałby dziś w pierwszej lidze polskiej, ale kto wie, czy potrafiłby się w Polsce zmotywować tak bardzo, że osiągnąłby ten poziom piłkarski, który prezentował w Bundeslidze. Wielu by utknęło w Polsce. Skoro w bramce Legii stał Boruc, to jakie szanse na rozwój talentu miałby Fabiański? Raczej niewielkie – mówi Mirosław Szymkowiak, który z Polski wyjechał dopiero w wieku 29 lat.

Przed pierwszym gwizdkiem flagę z napisem „Chcemy wolności” zarekwirowały brutalnie działające oddziały milicji. Na stadionie Lechii Gdańsk siedziało już dwadzieścia tysięcy kibiców. Połamane ławki, słabe jupitery oświetlające boisko, zardzewiałe barierki, rozsypujące się wejście główne. W takich warunkach przyszło kibicom oglądać ten mecz. W drugiej połowie nad stadionem szalała burza, dlatego zmokli wszyscy bez wyjątku kibice.

Atrakcyjniejsza liga sportowo, ale brzydsza na trybunach? - To nie byłoby możliwe, bo popatrzmy UEFA nawet komunistycznej Białorusi narzuca pewne wymogi licencyjne. Nawet gdybyśmy w Polsce wciąż mieli komunizm, stadiony nie byłyby dużo gorsze niż obecne – twierdzi Engel. Trudno za to ocenić jak wyglądałaby reprezentacja, bo z jednej strony w tym wieku trzykrotnie awansowaliśmy do ważnych imprez głównie dzięki piłkarzom ukształtowanym za granicą, a z drugiej - gdyby w lidze nie grali obcokrajowcy, więcej szans otrzymywaliby w niej Polacy… – Wszystko i tak rozbijałoby się o szkolenie, które kiedyś dzięki pomocy zakładów państwowych było na poziomie Bayernu Monachium. Nie wykorzystaliśmy jednak dawnych sukcesów, żeby zbudować jakieś ramy i podstawy ku rozwojowi kolejnych pokoleń. Podobnie jak zginęła szkoła bokserska, tenisowa, zginęła też szkoła Kazimierza Górskiego. Dlatego tak długo jak nie zorganizujemy tego szkolenia, to ekstraklasie nie pomogą nawet piłkarze, którzy wyjechali w ostatnich dwóch dekadach. Bo co to za piłkarze? – lekceważy swoich następców Jan Tomaszewski. – Powrót Marka Saganowski? Nie sądzę, by tacy piłkarze byli w stanie w aż tak znaczący sposób podnieść poziom ligi. Czy on w jakimkolwiek zagranicznym klubie był aż tak wyróżniającym się piłkarzem? – narzeka Boniek.

Mimo to dobrze, że coraz częściej nasi wracają. Bo skoro wyjechali do lepszych lig, to znaczy, że ktoś ich w lepszych ekstraklasach chciał. Wyższe umiejętności od naszych ligowych „szarych myszek” na pewno więc posiadają. Casus Jacka Bąka, Arkadiusz Radomskiego i Marcina Mięciela świadczy jednak również o tym, że warunki, którymi możemy skusić wciąż nie wystarczają. Nasi piłkarze chcą wracać z Zachodu, ale dopiero w momencie, w którym ligom zagranicznym oddali już wszystko to, co mieli najlepsze. Tym samym pozbawili nas oglądania setek pięknych bramek, tysięcy wślizgów i podań. Dlatego trzymajmy Roberta Lewandowskiego tak długo jak to możliwe, a młodym zdolnym pozwalajmy odchodzić, ale tylko do dobrych klubów. Bo inaczej to my tu drugiej Japonii długo nie zbudujemy. PRZEMYSŁAW ZYCH

PS. Oczywiście chyba nikt nie zamierza uwierzyć, że wchodzi tu 1106 osób.