sobota, 27 marca 2010

"KOKOSANKI, KOKOSANKI", CZYLI POLAKOW vs ŁAZAREK



CZYTAJ TEŻ:
Mirek Okoński opowiada jak przegrał życie z uśmiechem na twarzy

Kiedyś Paweł Zarzeczny powtarzał nam: "Wywiady, to robiła Oriana Fallaci. To są rozmówki". Nie wiem czy Paweł się zgodzi, ale to jest wywiad.

Z Grzegorzem Polakowem spotkałem się we wrześniu w Gdańsku. Któraś z galerii handlowych, któraś z kawiarni Coffeeheaven i ulubiony stolik pana Grzegorza. Tam spędziliśmy trzy i pół godziny rozmawiając.

Rzadko kiedy wywiady z piłkarzami czy trenerami piłkarskimi wnoszą coś nowego. Wszyscy się chowają, zarzekają o szacunku dla kolegów ze środowisko, nie ujawniają faktów niewygodnych. Polakow się nie pierdolił, dzięki czemu ten wywiad coś wniósł.

Inna sprawa, że PZPN sprawą się nie zajął, zasłaniając się tym, że przed 2003 rokiem... handlowanie meczami było legalne. Natomiast Polakow przez Wojciecha Łazarka ponoć został pozwany, ja - też podobno - miałbym występować w charakterze świadka. Czyli jednak to naprawdę był wywiad.

Rozstrzelani zostali też:
- Dariusz Dziekanowski
- Jerzy Engel
- Jerzy Kopa
- Zbigniew Boniek
- Henryk Kasperczak
- Andrzej Strejlau
- Władysław Żmuda
- Andrzej Szarmach
- Antoni Piechniczek
- Marian Geszke
- Jacek Gmoch
- Jerzy Talaga

kto jeszcze?


"OPOWIEM WAM O KORUPCJI"
("Magazyn Futbol", listopad 2009)

Co panu przychodzi do głowy po wysłuchaniu przeróżnych teorii polskich trenerów piłkarskich, bon motów, które później przez lata na okrągło funkcjonują w gazetach sportowych?

Jest na przykład taka teoria, wymyślona przez jednego z największych polskich trenerów. „Największych” oczywiście w cudzysłowie. Dobra atmosfera w zespole? Czy my przy tym stoliku mamy złą atmosferę? Dobrą - mamy kawkę, rozmawiamy, jest przyjemnie, wiadomo. A teraz ja powiem panu tak – niech pan natychmiast wstanie i zrobi tu czterdzieści przysiadów. Spojrzałby pan na mnie jak na człowieka pomylonego. Jednak już przy wykonywaniu drugich czterdziestu przysiadów, zacząłby pan narzekać, mówić, że pana bolą nogi. Wtedy zacznie się konflikt i… tak to jest. Według mnie, w klubie, drużynie, na treningu musi istnieć coś co nazywam twórczym niepokojem. Bez niego niczego zbudować się nie da. Człowieka trzeba uczyć rywalizacji, także - a może przede wszystkim – należy uczyć tego samych piłkarzy. Oni muszą rywalizować między sobą. Piłka nożna to przecież nieustanne pokonywanie własnych słabości i przeszkód, stawianych przez przeciwnika.

Z tą atmosferą, chodziło o Janusza Wójcika?

Proszę pana, nazwisko, które zaraz wymienię, to mi aż staje w gardle. To nazwisko, które przez wiele lat niszczyło polską piłką. On się nazywa… Łajza…, Wojciech Łajza…rek, Wojciech Łajzarek, a nie Łazarek. Tak więc ów Łazarek – co on to nie robił. „Z koniem to się on nie kopał”, gaduchy i inne. Mamy wielu takich trenerów z gaduchami. Pamiętam jak jeden z nich pojechał do Grecji. Dwa tygodnie i go wyrzucili. Myślał, że on na tych gaduchach również w Grecji daleko zajedzie. Kopa, Jerzy Kopa! Kiedyś to byli moi koledzy po fachu. Ale to, co się później stało, no cóż, stało się. Wszyscy zaczęli nagle kupować mecze. To jest jednak najśmieszniejsza rzecz, bo jak wszyscy kupują, to na dobrą sprawę nikt nie kupuje. Takie nastały czasy.

Kto w tym kupowaniu przewodził?

W wielu klubach zaczęli pojawiać się ludzie od tego. Tak sobie czasem myślę, że w klubach gdzie awansowano dzięki kupowanym meczom, trener powinien zwracać pieniądze za awans. Taki pan Łazarek to jest człowiek, który do polskiej piłki wprowadził korupcję. Zawsze było tak, że od początku istnienia futbolu, czy od początku istnienia świata, ludzie byli sobie czasem mniej lub bardziej życzliwi. I przed drugą wojną światową mówiło się: „Ej, stary, te punkty są tobie nie potrzebne, no wiesz, tu, tego”. „No dobra, oddam wam punkty, bo jesteśmy kolegami” – tak się zdarzało. Później mówiło się: „Obiad ci postawię, kolację, wódkę”. Co więc zrobił pan Łazarek? Na trzydzieści meczów kupował… trzydzieści sześć! I wtedy zaczęła się afera, rozpoczęła się farsa. To były lata osiemdziesiąte, Łazarek na te cele zaczął brać z klubu pieniądze. Nikt inny niż tylko on, Łazarek, wprowadził stwierdzenie – na początku rundy kupi się łatwiej i taniej, bo na końcu, gdy pętla jest na szyi, cena idzie w górę. Wtedy na końcu trzeba za ratowanie się płacić więcej. Dlatego już na początku sezonu trzeba próbować – przecież to Łazarek wprowadził.

Ale później poszli za nim kolejni.

Uczniów miał wspaniałych. To trzeba przyznać. Było wielu takich, tak zwanych „łazarkowatych”, jak ja to nazywam. Janusz Wójcik też gawędziarz, też kupował mecze, ale on nie wymyślił tego procederu, chociaż nauczony był kupowania. Pamiętam jak w 1987 roku prowadzał Jagiellonię do pierwszej ligi. To był w Polsce okres straszliwej biedy. W Białymstoku była fabryka materiałów, dlatego sędzia nie dostawał pieniędzy, ale kupony na przykład na cztery garnitury i garsonkę dla żony. Sam Wójcik jeździł tam po pijaku, załatwiał tych sędziów, był królem Białostocczyzny. Wszystko co było pokazane w filmie „Piłkarski poker”, to wszystko jest oparte na tym czasie, autentycznych wydarzeniach, częściowo na Jagiellonii. Przed sezonem naprawdę spotykali się prezesi i ustalali kto ma spadać. Na przykład ustalono, że w sezonie 1987/88 do drugiej ligi ma spadać Stal Stalowa Wola i ktoś tam jeszcze. Tak naprawdę się działo. Nawet gdyby kupiło się do klubu najlepszych Brazylijczyków, ta Stalowa Wola też by spadła. Nie było na to siły.

W jakim klubie doszło po raz pierwszy do procederu kupowania za pieniądze?

W Lechii Gdańsk, w połowie lat 70. W końcu działacze zorientowali się co się dzieje i wyrzucili z klubu Łazarka. W Gdańsku była wielka afera, że jak go mogli wyrzucić skoro zdobył 24 punkty na 30 możliwych. No to jak? Głupi byli ci prezesi? Ale później, po latach wszystko wyciszono, bo Łazarek został trenerem reprezentacji. Cichosza! Później do procederu dochodziło już nagminnie. Ja wiem na przykład kiedy Zbigniew Boniek sprzedał mecz. Jakiś czas temu mówił o tym sam Grzegorz Lato. Wszystko rozgrywało się na stadionie Widzewa. Łodzianie grali z Ruchem Chorzów. Wiem jaka była atmosfera wokół tego meczu. Wiem, kto trzymał trenera Leszka Jezierskiego na siódmym piętrze za nogi, grożąc, że zostanie zrzucony, jeśli nie przyzna się do wzięcia większej ilości pieniędzy. Było tak - piłkarze z Chorzowa zwrócili się o pomoc przy utrzymaniu w lidze do trenera Jezierskiego, który prowadził Widzew. Mówi się, że za darmo to się ksiądz nawet nie modli. Chorzowianie przyszli do Jezierskiego i mówili, że dadzą dwieście tysięcy za te punkty. Jezierski powiedział, że trzysta, bo zapewne sam chciał przyswoić sobie tę stówkę różnicy. O wszystkim wiedzieli oczywiście piłkarze, ale gdy dowiedzieli się, że wziął więcej i sobie coś przyswoił, przyszli do niego do domu, gdzie miało dojść do wspomnianej sceny. Swego czasu było o tym bardzo głośno w Łodzi, opowiadał mi o tym sam Jezierski. A wie pan kto wtedy przyszedł do domu Jezierskiego, kto był kapitanem Widzewa? No niech pan zgadnie.

Zbigniew Boniek?

Tak jest. Dlatego śmieszy mnie za każdym razem, gdy ci ludzie dziś wypowiadają się na temat korupcji.

Kiedyś był też taki mecz... Zawisza Bydgoszcz w składzie z Bońkiem grała z Bałtykiem Gdynia.

Bałtyka prowadził niejaki Łazarek. Nie wiem, czy pan takiego zna, bo ja słabo... Chodziło chyba o remis dla Zawiszy, by on awansował. Ja w tym nie uczestniczyłem, ale później jeden to drugiemu opowiadał, stąd znam historię. Bałtyk dawał sędziemu za przychylność pół miliona. Zawisza dała jednak taką samą kwotę. Dlatego ów sędzia w tym meczu prawdopodobnie gwizdał… „uczciwie”. Dlatego - co Zibi się tak wymądrza z Rzymu w sprawie korupcji? Poza tym, jeśli dostał reprezentację, to co z nią zrobił? Co on natrenował te włoskie kluby? Piłkarze często uważają, że skoro grali w piłkę, to myślą, że już są wielkimi trenerami. A jeśli ktoś leżał w szpitalu trzydzieści lat i wychodzi z niego, to wcale nie jest tak, że on jest lekarzem. On tylko coś o tym wie, ale nie jest lekarzem.

Co więc cechuje dobrego trenera? Jak go pan rozpoznaje?

Fach trenerski to jest fach artystyczny. W takich zawodach coś się tworzy. Rzeźbiarz klei z gliny, malarz maluje obrazy, a trener ma stworzyć jeden zespół, który będzie współgrał. To nie jest jeden obraz, jedna gliniana figura. Z iluś ludzi trzeba coś ulepić, mając jakąś wizję tego wszystkiego. Wszystkie klocki muszą być ułożone. Sprawa to ciężka i kłopotliwa. Dobrym trenerem zostaje się, gdy ma się zrozumienie całej tej sytuacji. Trener to jest taka osoba, która w każdym momencie swojej pracy, wie dlaczego coś robi. Dopiero wówczas można powiedzieć, że jest trenerem. A jeśli coś robi i nie wie dlaczego, to nim nie jest, po prostu. Można przyjść z drużyną do kawiarni i uznać, że to jest trenowanie. Można! Jeśli się wie po co się to robi. Można z drużyną leżeć, jeśli wie się czemu się to robi. Tak jest z wieloma rzeczami, ale najczęściej jest tak, że gdzieś coś usłyszał, gdzieś zobaczył. Weźmy takie powiedzenie Bońka – „Polacy nie mogą grać, bo oni zimą w śniegu biegają”. Ja wiem, że taka Arka Gdynia za Wojciecha Stawowego pojechała dwa razy do Turcji i z ligi spadła. Czesławowi Michniewiczowi przy tym stoliku, przy którym siedzimy, tłumaczyłem: - Żadna Turcja, nie jedź tam, jeśli uznasz, że nie jest ci to potrzebne. Ale taka jest moda. Wyjście przeciwko modzie jest trudne, lecz trener musi ryzykować. Nie tylko wykonywać populistyczne ruchy. Jeżeli według ciebie jest uzasadniona potrzeba, to trzeba tam pojechać, ale nie można być na pasku dziennikarzy i mody. Należy działać na zasadach ryzykanckich. Tak samo powinni działać piłkarze. W meczach z Irlandią Północną i Słowenią nie wykonaliśmy żadnego podania ryzykownego. A żeby podanie doszło, trzeba je najpierw wykonać. Pokonać swoją niemoc. Inna sytuacja. Przyjeżdża do Zabrza człowiek. Nazywa się Henryk Kasperczak. Pewny kandydat na trenera reprezentacji. A które miejsce zajął Górnik? Ostatnie!

Był pan w zawodzie ponad czterdzieści lat, no to niech pan mi to wytłumaczy.

A co ja mam tłumaczyć. Od początku żaden był z niego trener.

W Wiśle miał sukcesy, jakieś mistrzostwa, w Pucharze UEFA daleko zaszedł. To wszystko, to nic?

Niech pan posłucha. W piłce nożnej funkcjonuje kilka haseł, które nie wzięły się znikąd. „Tę drużynę może nawet moja babcia trenować” – i to jest racja. Bo jeśli pan zbierze zawodników, którzy w całym kraju lub tylko jego określonym fragmencie są najlepsi, to oni do określonego momentu cały czas takimi będą. Pańskiego wpływu na to może nie być w tym żadnego, albo jest on zerowy. Pańska myśl i wkład pracy liczy się w momencie, gdy ma pan zawodników do dupy. Jeśli drużyna jest dobra, to pańskiego wkładu może być w tym zaledwie dwadzieścia procent, ale wciąż będzie pan wygrywał. A jeśli jest słaba, to trzeba dać osiemdziesiąt procent swojej pracy. I to wtedy należy trzeba płacić trenerowi. Natomiast jeśli drużyna jest dobra, a on sobie siedzi i w nosie dłubie, na dodatek głupa rżnie, bo opowiada głupoty, to nie powinno się mu płacić.

Kto pana zdaniem, wie co robi i jest dobrym trenerem?

W moim przeświadczeniu jest to na przykład Orest Lenczyk. On w dużym procencie wie, dlaczego coś robi. Tu trzeba dodać jeszcze coś innego – cechy charakteru, które pomagają lub przeszkadzają. Ja mam charakter paskudny i o tym wiem. To mi przeszkadzało przez całe życie, w każdym klubie. Lenczyk też ma charakter paskudny, ale on za to mieszkał i pracował w lepszym regionie niż ja, czyli w śląsko-krakowskim. Tam jest dużo drużyn do trenowania. W dodatku ludzie w Krakowie lepiej rozumieją na czym piłka polega niż w miejscu, którym mieszkam, czyli na Pomorzu. To nie przypadek, że tradycje piłkarskie zaczynają się od Galicji. Kiedy w innych regionach Polski jeszcze wiele ubikacji składało się z dwóch kijów - jeden do siedzenia, drugi do odganiania wilków - to tam w Galicji już grało się w piłkę. W tamtych regionach zrozumienie piłki jest inne. Na dodatek ludzie. Widzę tam zupełnie inną mentalność.

Nie przesadza pan? Są pewne różnice, ale aż wielkie?

Oczywiście. W ciągu przebiegu życia, trenowałem na przykład Cracovię Kraków, Broń Radom, ŁKS i Start Łódź, Stalową Wolę. W Opolu też pracowałem. Na Wybrzeżu trenowałem cały szereg klubów. Przez długi czas zastanawiałem się nad mentalnością ludzi. Gdyby pan spojrzał na takie Wybrzeże, szczególnie Gdańsk. To miasto złożone jest przecież z ludzi różnego typu: z wielu wsi, i innych niedobitków, z kresów. Podobnie jest w Szczecinie, Opolu, Nowej Hucie, w której piłki już nie ma. W Krakowie jest, a tam nie? Czemu? Bo tam mieszkają już ludzie bardzo prymitywni myślowo. Sporo widziałem w życiu. Zwiedzałem kluby, miasta, ale po jakimś czasie uciekałem i zmieniałem miejsca pracy. Wie pan, na początku, gdy się przyjedzie do nowego miasta, to miejscowi działacze są tobą zainteresowani. – Panie trenerze, na kawę pan się umówi – mówią. A później zapominają. A gdy trafi się na małe miasto, na przykład Stalową Wolą, a tam, proszę mi wybaczyć wyrażenie, psy dupami szczekają, to co ja mam robić wieczorami? Tynk jeść ze ścian?

Przez te wszystkie lata spotkał pan też tysiące piłkarzy. Chyba się nic nie zmieniło? Piłkarz to wciąż w większości przypadków prosty człowiek.

Piłkarz to człowiek, który z marginesu społecznego się dopracował. I chwała mu za to. Najpierw pięć złotych poderwie do kieszeni, a później już sto tysięcy złotych. Ale myślenie się nie zmienia. Jak hotel, to musi być najlepszy. A przecież co to za różnica czy pan śpi w zwykłym łóżku, czy w łóżku w hotelu o największej cenie. Tylko ludzie prymitywni tego nie widzą. Człowiek inteligentny zrobi inaczej. Mówi się przecież, że inteligencja to umiejętność dostosowania się. Ma być efektywnie, a nie efektownie. Alkohol? Doskonale pan wie, że reprezentanci Polski piją alkohol na każdym zgrupowaniu. Tam nie piją, bo obawiają się kar. Beenhakker nie wiedział co było we Lwowie? Ja znam mentalność tych ludzi. Janasów, Dziekanowskich i innych, piłkarzy od lat 50 po dzisiejszych. Dziekanowski? Proszę pana – Dziekanowski to był jeden wrzód na dupie każdego trenera w Polsce. Wrzód ogromny na dupie. Zawsze miał pretensje do wszystkiego, niesubordynacja, nigdy nie wiadomo o co mu chodzi. Oczywiście, jakieś tam podstawy miał do grania, ale w głowie miał kompletnie pusto. Albo taki Władek Żmuda doszedł do tego gdzie jest i chwała mu za to. Porządny chłopak, dobry zawodnik, ale żona nim rzucała i kierowała! A on dziś jest trenerem Polskiego Związku Piłki Nożnej. Człowieku no… Może ja krzywdzę ludzi, nie wiem. Dziekanowskiego to akurat widziałem jak w czasie zajęć podpierał się o słupek, żeby się nie przewrócić. Nie dlatego, że był pijany, ale dlatego, że nie miał zawodnikom nic do powiedzenia. Jak on nie ma niczego do powiedzenia w życiu, to jak ma mieć cokolwiek jako trener?

Mówił pan Lenczyk-trener. Kto jeszcze?

Stefan Majewski ma dobrze poukładane w głowie. Ma odpowiednią wiedzę, ale obawiam się, że cechy charakteru, które mocno uwypukliły się w Cracovii, będą mu bardzo przeszkadzać. On jest za bardzo… arbitralny, skostniały. Jak on sobie coś wymyśli, to on już nie odpuści i nie zrobi kroku w lewo, albo w prawo. W Cracovii wyrzucał, odsuwał piłkarzy. Ja z własnych przeżyć wiem, że jeśli dostaję sygnały, że zawodnik mnie nie kocha, to nie trzeba z tym nic robić. Gówno mnie to obchodzi. On ma wygrać mecz. To jest podstawowa sprawa. Był taki trener, fachowiec na tysiąc procent. Ryszard Koncewicz się nazywał, mówiliśmy o nim „Fajkiewicz”, bo cały czas palił fajkę. Kiedyś przecież trener reprezentacji Polski. Gdy trenował Gwardię Warszawa doszło do sytuacji, w której w dniu meczu ligowego, żenić miał się akurat Stanisław Terlecki. Piłkarz prosił więc Koncewicza o zwolnienie z tego meczu. Koncewicz powiedział: nie! Terlecki ślub jednak wziął, a po uroczystości pojechał na stadion, bo chciał zagrać w meczu. Co na to Koncewicz? – Nie! Nie zagrasz. Bo ja ci zabroniłem brać tego dnia ślub. Doszło do ogromnej scysji między nimi. W moim przeświadczeniu Majewski jest podobny do Koncewicza albo kompletnie taki sam.

Czasami piłkarze potrafią jednak bardzo pomóc trenerowi. Układają mu sytuacją w szatni. Takich dobrze jednak mieć.

Tak jest. Było kilku dobrych piłkarzy w Stali Mielec, ale dwóch ewidentnie dobrych. Jeden nazywał się Grzegorz Lato, drugi - Henryk Kasperczak. Obaj nie pili wódki. Kasperczak w ogóle, Lato niewiele. Z tego powodu w Stali nie dochodziło do sytuacji, w której zawodnik mógł popić i grać, bo oni we dwójkę sami mówili do niego: - Spierdalaj, koniec, nie ma cię. Oni decydowali o tym, byli pozytywnymi przywódcami stada. Trener nie musiał nikogo pilnować. Był w tej drużynie też taki Szarmach. Głupia pijaczyna z Gdańska, który właśnie był pilnowany. Wtedy w Stali Mielec im się udało, ale jeśli w drużynie rządzi jakaś pijaczyna, to dla trenera jest to sytuacja od początku do końca przerąbana.

Dziś Lato jest prezesem PZPN, nie do końca się sprawdza.

Lato sam nie jest człowiekiem, który prochu nie wymyśli. Wydaje mi się, że ma złych doradców. Wydaje mi się, że Antoni Piechniczek byłby dobrym prezesem, ale on już odcina kupony, ma dom w Wiśle. Pojedzie, pewnie drzewko podleje, jakieś przytnie, pochodzi w słoneczku po górach, pooddycha świeżym powietrzem. To jest jego świat na dziś. A w tym PZPN to trzeba się non stop użerać, tym bardziej, że przy tym należy cały czas walczyć z układami wytworzonymi przez wiele lat.

Ale przecież to również oni tworzyli te układy.

Oni tez je tworzyli, ale gdy pan wchodzi do środowiska, w którym coś jest nie tak, to albo pan jest akceptuje, albo pan twierdzi, że ta gra nie jest warta świeczki – podejmuje się jakiś sposób działania. Listkiewicz stworzył dwór i to strasznie mocny. Polegał na służalczości piętnastu okręgów. Niech pan spojrzy na takiego Henryka Klocka, barona Pomorskiego, dla mnie wsioka. Jeśli chodzi o sposób myślenie, taki Klocek jest przykładem z gatunku „wieś tańczy i śpiewa”. A Listkiewicz dawał im bardzo często ofertę. Czasem bankiecik, czasem polecieli gdzieś samolotem. Myśli pan, że ten dwór został zmieniony? Wszystko się zachowało. Nie mają takich profitów jak kiedyś, ale dalej się to trzyma. Lato wszedł na tę minę, jednocześnie musząc spłacać dług wdzięczności za poparcie w wyborach. Przy tym nie potrafi podejmować decyzji, zarządzać instytucją. Jest tam też taki Zdzisław Kręcina. Taki fajny chłopak, ale dynamiki to on nie ma. Z dwóch powodów. Raz, że on jest taki wielki i mu ciało nie pozwala się poruszać. Dwa - umysł ma nie dynamiczny. Ale zamienienie jego na kogoś innego też byłoby trudne. Przyjdzie ktoś zielony jak sałata, a Kręcina wie gdzie pociągać za sznurki. Nowa osoba nawet nie będzie wiedziała gdzie te sznurki są. Za Listkiewicza to on nie miał nic do gadania. Listek mówił mu: - Zdzichu, zostań w kącie. A teraz jako sekretarz generalny widzę, że opiniuje Lacie wiele spraw. Czemu? Być może dlatego, że Laty czasem nie ma. Prezes musi być z Warszawy, albo przenieść się do niej. A Lato jeździ sobie do Mielca, jak Antek do Wisły.

Nie rażą pana te wszystkie puste hasła trenerskie opowiadane przez Jerzego Engela, czy Andrzeja Strejlaua?

Andrzej jest takim człowiekiem chodzącym po suficie. On nie chodzi po podłodze. On fruwa w powietrzu. Tak było od początku, bo Strejlau to dziecko Warszawy, miasta, które stwarza takie pozory, że człowiek stamtąd jest ponad innymi ludźmi. Jak ja studiowałem na uczelni, to on u nas grał w juniorach. Gdy ja byłem na drugim roku, Strejlau zaczął grać ze mną w AZS-ie warszawskim. Pamiętam, że jak dochodziło do robienia jakiś zdjęć, to Andrzej zawsze próbował się wysforować do pierwszego szeregu. Nigdy w drugim nie chciał stać. A Engel? To jest inna historia. On pochodzi z Włocławka. Nigdy nie grał we Włocławki w pierwszej drużynie. Ba! Był rezerwowym w rezerwowej drużynie z Włocławka. Myślę, że jest w tym dużo prawdy.

Mamy coraz mniej trenerów i coraz mniej piłkarzy.

W tej chwili my nie mamy ludzi do gry w reprezentacji. Trenerzy z Zachodu chyba nie są głupi, skoro nie wystawiają naszych piłkarzy do składów w jakiś byle jakich klubach. Często oni nie nadają się nawet do siedzenia na ławce rezerwowych. Przecież nikt na Zachodzie nie robi tego złośliwie. Trenerzy w ogólnej masie nie są głupcami w sensie takim, że nie robią sobie na złość. Jeśli mam dobrego zawodnika, nawet jeśli on jest z Polski, to go wstawiam do składu, żeby mi pieniądze gonił do kieszeni. Można zrobić z Obraniaka Polaka i będzie się miało zawodnika. Ale to nie jest dobrze. Najpierw trzeba bowiem dbać o rodzinę. Gradacja wartości jest taka: dbać o siebie, potem o najbliższą rodzinę, o sąsiedztwo itd. A to są tacy Polacy jak ten, którego ostatnio oglądałem w telewizji w czasie koszykarskich mistrzostw Europy. Biegał po boisku w czarnej skórze. O dziadkach i przodkach nie mówmy, bo niektórzy z tych dziadków, to w Wehrmachcie służyli. Najpierw trzeba zrobić porządek we własnym domu. Tu też liczy się ekonomia. Jeśli wychowa się zawodnika w Polsce, to on przecież tu będzie wydawał wszystkie pieniądze. Jeśli wyjedzie na Zachód, to i tak część wyda w kraju. A Polak-Francuz będzie je wydawał tylko we Francji. Wyrzucenie do kosza złotówki, to nic, ale gdy milion jest wydawany nie w Polsce, to już boli.

Przez wiele lat wykładał pan na Akademii Wychowania-Fizycznego. Skąd wzięła się zapaść nie tylko piłki, ale i sportu w Polsce?

Z braku myślących ludzi. Przecież nie ma sensu, by służba zdrowia dbała o człowieka, gdy ma on trzydzieści czy czterdzieści lat. Niech będzie to dopiero, gdy ma sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt, ale kto o tym myśli w Polsce? Były już minister sportu Drzewiecki? On jest takim samym durniem, jak wielu ministrów. Skąd on się wziął? Nie wiadomo. To jakiś biznesmen, który prowadził jakieś magazyny. Zarobił pieniądze, a w odpowiednim momencie zapisał się do właściwej partii. I to jest najgorsza rzecz - sport jest trampoliną dla wielu takich osób, które zjawiają się nie wiadomo skąd. Oczywiście takiemu Cupiałowi, Drzymale, czy Krauzemu chwała za to, że dają kasę. Ale dlaczego oni to robią? Samo posiadanie pieniędzy nie czyni ich osobami znanymi w społeczeństwie. Bo motorem życia człowieka są dwie rzeczy: człowiek żyje dla pieniędzy i dla idei. A oni chcieli być popularnymi. Tę popularność oni sobie kupili. W końcu występowali w każdej gazecie... Wracając do Drzewieckiego, to w jakim innym ministerstwie on mógłby być ministrem? W innych ministerstwach trzeba się sprawdzić. W sporcie wystarczy poopowiadać trochę głupot. Gdy słyszę, że Drzewiecki buduje stadion narodowy, to dostaję białej gorączki. Ministerstwo budownictwa buduje stadion, a on ma się zająć sportem jako ogółem. Dopiero drugą, i to mniej ważną rzeczą jest sport jako widowisko, gdy człowiek idzie na mecz, by przeżyć jakąś emocjonalną historię. Podobnie jak w teatrze. Ja myślę, że Drzewiecki nie ma pojęcia jak to robić. Do tego mamy w Polsce osiem uczelni do czegoś powołanych, które nie wypełniają w żaden sposób swoich zadań. Czemu? Bo też nie mają o tym pojęcia. Mają ogromne ilości profesorów, którzy się karmią, że tylko tam są. Nie karmią się tym, że oni gdzieś idą, coś robią, myślą. Profesor wychowania fizycznego powstaje w taki sposób, że z jednej książki i z drugiej coś przepisze, a później przez znajomości jeden drugiemu daje profesury i podnosi pieniądze. Ale wartość tego, co oni napisali najczęściej jest zerowa, tak samo jak późniejsze ich działanie.

Wszystko w tym sporcie jest powiązane w niewłaściwy sposób?

Tak jest. To narastało przez lata. Mentalność, charakter, inne przywary, którymi człowiek jest skażony - trzeba by o tym mówić. Bo człowiek, to nie idealna istota. Człowiek od początku do końca to pół bydlaka. Niestety. Dziś polski sport w zakresie realizacji zadań wynikających z zakresu widowiska jest bogaty. Ale wciąż tego nie wykorzystujemy. Mamy sale, boiska w szkołach, które są jednak zamykane o godzinie piętnastej. Po tej godzinie nie ma tam wstępu. Wtedy, gdy ludzie nie pracują, tam nie ma nikogo! W weekend to samo. Wszystko jest pozamykane, a przecież powinno być odwrotnie. Na wszystkich uniwersytetach, akademiach wychowania fizycznego tak być powinno. Przecież to śmieszne, że profesor akademii przychodzi w poniedziałek na godzinę jedenastą, a w piątek o dziesiątek rano kończy pracę i idzie sobie do domu, sam wypoczywa. A przecież on jest profesorem tej dziedziny właśnie po to, by w sobotę i niedzielę czynnie pomagać i tłumaczyć ludziom. Mamy ogromny potencjał w zakresie możliwości, ale my, tak ogólnie, jesteśmy nierobami.

Te hale, boiska więc są? Czemu więc wszyscy mówią, że ich nie ma? Rozglądam się, przejechałem przez Gdańsk i nie widziałem żadnego, poza stadionem Lechii.

By uwypuklić podam przykład. Jest takie państwo jak Brazylia. Mówiło się, że najlepsi wychodzą skąd? Z plaży brazylijskiej. Jeśli ma się trochę w głowie, to można piłkę trenować na dachu, w piwnicy i nie wiadomo gdzie jeszcze.

Ale tam poziom społeczeństwa jest niższy. Dzieci mają inne zajęcia. Dziś muszą mieć boisko, żeby ich przyciągnąć do piłki.

Nawet najlepsze boisko nie przyciągnie człowiek. Natomiast niewykorzystane pokłady leżą we właściwym kierowaniu tym człowiekiem, stworzeniu właściwej atmosfery dla niego, pokazaniu mu perspektywy i korzyści, które on może mieć z tego. Dziś lekcje w-fu polegają na „macie”. Macie piłkę i grajcie. Prowadzący nie ma pojęcia. Uczą nie ci ludzie, którzy powinni. A jeśli już się zabiorą, to nie mają podstaw. Profesor uczy trenowania, a nigdy sam nikogo nie trenował. W gdańskiej akademii wychowania fizycznego jest sześciu profesorów od piłki nożnej! Dostają doktorat za pracę pod tytułem „Skuteczność wykonania rzutu karnego”! Oni sami nie wiedzą jak go wykonać, nawet nie potrafią. Zrobią tabelki, opiszą to, bo założą tezę, że żaba ma sierść, a żaba nie ma sierści. Oni jednak całe życie udowadniają, że żaba ma sierść. Minister sportu powinien pognać ich do roboty! Nie może być tak, że społeczeństwo ma bardzo dużą liczbę takich ludzi, gdzieś „wiszących”, którzy nic do tego społeczeństwa nie wnoszą. Jeśli ktoś tytułuje się kucharzem, a nigdy niczego nie ugotował, to co z niego za kucharz?

W PZPN wszyscy jednak wydają się zadowoleni ze szkolenia, które mamy…

W ogóle zapomnijmy o nazwie „szkolenie”. Szkolenie i nauczanie to jest w szkole. Na treningu najpierw pokaże się 6-latkom jak grać, a potem to tylko kwestia grania, samego trenowania. Jak długo pokazuje się zagranie? Minutę? A później już się trenuje. A jak pan poczyta książki pana Talagi, człowieka, którego bardzo cenię za jego kulturę, to zobaczy pan, że ten człowiek został w dołkach 30 lat temu! I nie chce ruszać w trasę. Polska teoria sportu w zakresie piłki nożnej jest tyle lat do tyłu. A powinna być co najmniej dwa miesiące do przodu. Bo jeśli chce się pan ze mną ścigać w piciu kawy, obojętnie w jakiej dyscyplinie, to pan musi myślą wyprzedzać moją myśl, nie powielać jej. Słyszałem wypowiedź ministra sportu. On mówi tak: Czesi mają dobrą strukturę organizacyjną, powinniśmy z nich brać przykład. Ale ja, żyjący już tyle lat, pamiętam, że zawsze braliśmy coś od Związku Radzieckiego, potem od Anglii, następnie od Holandii. Później od Niemców, Francuzów, a teraz od Czechów. I żadna koncepcja nie będzie pasowała do Polaka. Żadna.

Co przyjęliśmy z tamtych koncepcji?

Za czasów Związku Radzieckiego słuszna była gra kolektywna. Jan do Franka, Franek do Janka. Tak na początku graliśmy. Wkrótce zauważyliśmy jednak, że świat, który coś wygrywał i zdobywał puchary, grał inaczej. Bo dryblował, stosował sztuczki. Później wzorowaliśmy się na Anglikach i długich piłkach. Ale nikt nie próbował sobie zadać pytania dlaczego oni grali w ten sposób? Bo na boiskach leżały kałuże po deszczach przez co prowadzenie gry kombinacyjnej było utrudnione. By wygrać, trzeba było zagrywać piłki w ten sposób. Ktoś kopnął, drugi palnął głową, trzeci palnął do siatki. Taki futbol.

Od wielu lat próbujemy skopiować rzeczy, których na dobrą sprawę nie da się wprowadzić?

Tak, ale to nie leży w naszej mentalności. Metoda przygotowania piłkarza do tego zawodu nie powinna od tej mentalności odbiegać. Mówił pan o tej Brazylii, biedzie. Inny przykład – murzyński koszykarz w Ameryce. Dobry – czemu? Bo był biedny. Sport to ogromny wysiłek fizyczny, a kto dziś chce tak pracować. Lubi pan pracować fizycznie? Patrząc na pana - nie bardzo. Nikt nie lubi. Ja też nie chcę. Bo pot, zmęczenie i tak dalej, ale trzeba szukać takiej metody, żeby człowiek chciał.

Ma pan jakąś?

Oczywiście, że mam. Zastanawiałem się nad wieloma aspektami tego wszystkiego. Przez ponad trzydzieści lat byłem czynnym trenerem, poprzez drużyny pierwszoligowe i drugoligowe i byłem trenerem narodowym w Kenii w roku 1979, który przygotowywałem do Igrzysk Olimpijskich w Moskwie. Wachlarz spojrzeń mam więc przeogromny. Miałem dwadzieścia pięć lat, gdy byłem już trenerem w pierwszej lidze, proszę pana. Byłem potem osiemnaście lat na uczelni i widziałem, że tym profesorom trzeba było mówić to, co oni chcieli usłyszeć, bo inaczej studenci nie zdawali. A profesor głupi jest jak pęk słomy. Jedyne co umie to przepisać z jednej strony do drugiej. Lubię ludzi, którzy rozumieją co się do nich mówi, bo najczęściej ci współcześni znawcy sportu nie rozumieją, bo są potwornie prymitywni. Mówię o trenerach, działaczach, prezesach. Nie wszyscy lekarze, którzy skończą medycynę są przecież dobrymi lekarzami, podobnie inżynierowie. Niektórzy inżynierowie budują, niektórzy tylko papiery przekładają. Przy tej samej bazie i tych samych ludziach, wierzę, można wiele zrobić, ale trzeba ich odpowiednio ukierunkować. Dawać zadania i kontrolować, bo najczęściej zasada działania człowieka jest taka: co by tu zrobić, żeby nic nie robić, a zarobić. Trzeba ludzi kontrolować. Można to wszystko uporządkować, ale niech mi pan wskaże jedno nazwisko człowieka, któremu zależy w Polsce na sporcie?

Nic mi nie przychodzi do głowy. Ale od początku - za szkolenie w PZPN odpowiada dziś przecież Jerzy Engel.


Engel to specjalista od sprzedawania i kupowania cytrusów, a nie od innych rzecz. Nie oszukujmy się. Ale jest w Warszawie blisko wszystkiego. Warszawka, to jest Warszawka. Engel to człowiek, który wraz z innymi cudotwórcami myśli, że aby trenować myśl zawodnika, należy mu puścić film z drugiej wojny światowej, a oni będą wojowali. Tę myśl trzeba wytrenować, tak jak ciało. Każdy trening powinien być nacechowany kształtowaniem myślenia. Inni? Kto? Jacek Gmoch? To jest złodziej przecież. Może pan to wyraźnie napisać. Wciąż się oszukujemy. To są ludzie, którzy de facto oszukują rzeczywistość, by być na górze. A co tam się później dzieje, to już nikogo z nich tak naprawdę nie obchodzi. A do tego jeszcze Boniek, gdzieś tam wszystko krytykujący z posiadłości z Rzymu.

Co się stało z piłką w Polsce?

Piłkę nożną w Polsce zniszczyli magistrowie wychowania fizycznego. Jestem to w stanie udowodnić w poważnych dyskusjach. Dawano im tytuł „trenera”, gdy oni przekraczali próg uczelni z mikroskopijną wiedzą. Uważali, że są wielkimi trenerami. Ktoś gdzieś kiedyś trzydzieści lat temu na AWF-ach zrobił złe założenia i stąd teraz ta lawina. Trzeba ją zatrzymać. Potrzeba tamy, ale zbudowanej z ludzi świadomych, z którymi będzie można rozmawiać na ten temat, którzy niektóre z kamieni tej lawiny też wyjmą, bo nie będę na tyle głupi, by wszystko również odrzucić. Wielu trzeba odstrzelić. Śmieszą mnie ci, którzy rysują na tych ekranach telewizyjnych, że tu była luka, widzieliście państwo, nie poszedł tu, a tu piłka zagrana. Jeśli byłeś jełopie niedawno trenerem, to trzeba było to realizować, a nie dzisiaj rysować po moim telewizorze. Pierdoły straszne. Trzeba wiedzieć co z czym się je. Wiedzieć co mówić człowiekowi, mówić ciekawie. Ale na AWF przewagę nad innymi przedmiotami mają „logie”, biologie i inne. A niestety absolwenci na AWF od dawien dawna, są ludźmi o małych horyzontach. Boją się tych biologów, bo jak zaczną rzucać sformułowaniami, to… mole latają, padają hasła „milimole” i oni od razu wzywają Jezusa. Poza tym zapomniano o wielu innych rzeczach. Dziś młody człowiek przychodzi na trening na czterdzieści pięć minut. Jeśli będą trenować trzy razy w tygodniu przez taki czas, to nigdy nie będziemy mieć żadnych zawodników. Co on może potrafić? Te czasy mogą wrócić, jeśli lepiej wszystko zorganizujemy. Zamiast czasu, które młody spędza w tramwaju dojeżdżając na trening, zaproponujmy mu czas na boisku. Poza tym u nas trener mówi zawodnikowi: kopnij piłkę, lecz nie mówi w jaki sposób ma to zrobić. A trzeba iść jeszcze dalej, trzeba mu powiedzieć po co ma ją tam kopnąć. Musi być tego świadomy. Kiedyś widziałem podobną scenę. Trwa trening. Same małe szkraby biegają, kopią przez czterdzieści pięć minut piłkę. Poza jednym, wysokim. On przez całe zajęcia raz dotknął piłkę. Stojący obok trenerzy biją brawo. Brawo, brawo, świetny trening. A to przecież był pokaz jak nienależny trenować. A temu młodemu człowiekowi, trzeba właśnie powiedzieć: stary, jak ty się męczysz, spróbuj może pływania, albo koszykówki. Droga zawsze prowadzi w jedną stronę, ale można tam dojechać na wiele sposobów - rowerem, tyłem, przodem, tramwajem? Chodzi o to, by szanować człowieka, że sam „przyszedł” do sportu. Nie zabijać jego chęci, nie zniechęcać. Miałem kiedyś takiego ucznia, który nazywał się Edward Jurkiewicz. Jakiś czas temu został uznany najlepszym polskim koszykarzem. Teraz pewnie już by nie został, bo byłby nim ten Lampe, Gortat…

…czy czarnoskóry Logan

No właśnie. Ale ten Jurkiewicz bardzo dobrze grał u mnie w piłkę w szkole średniej. Mimo to zabrałem go, wsadziłem do tramwaju i zawiozłem do sekcji koszykarskiej. Płakał, burzył się, że nie chce. Mogłem z niego zrobić reprezentanta Polski w piłce nożnej, ale on został najlepszym koszykarzem w historii. Mogłem być samolubny i go wziąć, ale widziałem, że ma wielki potencjał w koszykówce. A że inni nie wiedzą o tym jak postąpiłem? Świat jest niesprawiedliwy, nie muszą wszyscy o tym wiedzieć. Było wiele w moim życiu rzeczy, o których ludzie nie wiedzieli. Po roku pracy na Wybrzeżu w Wejherowie przyszedł do mnie kapitan Ludowego Wojska Polskiego. Dawano mi całą willę, staż półroczny w Anglii, a to był rok 1960. Do tego pięć tysięcy złotych pensji. To były duże pieniądze, nauczyciel zarabiał czwartą część tego. Warunek generała Kamińskiego był taki, że musiałbym podpisać pięcioletni kontrakt z Zawiszą. Żona powiedziała: Żadnych wyjazdów. Pojechałem sam do Bydgoszczy, gdzie mieszkałem w hotelu oficerskim. Tam wódkę piło się wiadrami. Wspominany wcześniej Koncewicz napisał mi wtedy prywatny list, że on proponuje mi opiekę mentorską. Miałem wówczas dwadzieścia pięć lat i trenowałem Zawiszę Bydgoszcz w pierwszej lidze. Czy czegoś żałuję? Może tego, że nie trafiłem do Warszawy. Próbowały mnie ściągnąć Hutnik Warszawa i Polonia Warszawa, a wie pan, gdybym ja był przy PZPN-ie, to byłoby przecież co innego. Zresztą w 1965 roku podszedł do mnie jeden człowiek i powiedział: - Będziemy pana lansować na trenera reprezentacji. Miałem wówczas trzydzieści lat. Podano mi warunki. Niestety, jakieś takie słowo wypowiedziałem, które brzmiało „spierdalaj”.

Nie rozumiem pana już zupełnie.

Gdybym ja umiał kontrolować wszystko to, co mówię, to ja byłbym czterdzieści razy trenerem reprezentacji. Moja żona mówi, że w określonym sytuacjach szybciej mówię, niż myślę. Tak jest przez całe życie. Poza tym zrobiłbym karierę, gdybym dobrze żył z dziennikarzami. Muszę przyznać, że nie szanowałem ich. Wręcz przeciwnie, bo plułem im w twarz, ile wlezie. W pewnym momencie mojego życia na mojej drodze stanęła również… diaspora żydowska. Bo przecież Łazarek jest Żydem, a to ja po nim przejąłem Lechię, gdy wyrzucono go za kupowanie meczów. W pewnym momencie namówił więc między innymi Krzysztofa Mętraka, eseistę i pisarza, także Tomka Wołka, Janusza Atlasa i zaczął napuszczać ich na mnie, robiąc mi czarny PR. Po latach wszyscy mnie przepraszali. Na spotkaniu w Krakowie w 1995 roku Atlas skakał do mnie i przepraszał. Wbijali mi nóż w plecy, ja z nim chodzę, a oni mnie przepraszali. Ja zresztą zawsze byłem innym człowiekiem niż wszyscy. Piłem wódkę z tymi, z którymi chciałem pić, a nie z tymi, z którymi musiałem. To się ludziom nigdy nie podoba. Trzeba zawsze pić z każdym, kto chce, a ja na odwrót - zawsze dobierałem sobie ludzi, z którymi piłem. Wspominałem Wołka... Tomek Wołek mieszkał ode mnie dwieście metrów. Jego ojciec był działaczem komunistycznym, wojewodą gdańskim. Taki z Tomka opozycjonista. Ja byłem wschodzącą gwiazdą trenerską, Tomek się interesował tą piłką i zaczął przychodzić do mnie na treningi. A że on jest elokwentny, to został takim moim młodszym bratem. Często kupowaliśmy pół litra żytniej i wypijaliśmy go w ogródku domu jego ojca. Tomek przy mnie nie robił jednak kariery, bo ja nie potrzebowałem dziennikarzy. A potem jakoś się otarł o tego Łazarka, który miał coś, co dziś byśmy nazwali dobrym PR-em. Łazarek chodził z taką torbą z przegródkami, trzymaną na ramieniu. W pierwszej przegródce trzymał czysty alkohol, w drugiej - buteleczkę koniaku, w trzeciej – ciasteczka kokosanki, w czwartej – cukierki grylażowe. Gdy przychodził do sekretariatu, w którymś z klubów, pytał czy ktoś chce ciastko do herbaty mniej więcej w ten sposób: „Kokosanki, kokosanki?” – jak papuga. Gdy spotykał w klubie człowieka, którego trzeba było „kupić”, częstował go czystym alkoholem. Gdy spotykał prezesa, wyjmował koniaczek. Gdy w końcu kupił samochód, chwalił się, że w końcu się dorobił i wszystkie te rzeczy może trzymać już w bagażniku. W ten sposób zjednywał sobie ludzi. Natomiast ja mówiłem dziennikarzom: „Nie mam czasu, proszę mi nie przeszkadzać”. Gdy byłem w Lechii za namową Łazarka piłkarze sprzedali mi jeden mecz, potem drugi. Nie tylko piłkarze, bo też administracja klubu. Do wszystkich Łazarek siebie przekonał. Nie może pan powiedzieć, że Łazarek towarzysko nie jest urokliwy, bo pewnie był. Nie wiem, ja z nim od tego czasu nie zamieniłem pół słowa. Jakiś czas temu przyszedłem na uczelnię w Gdańsku, a tu akurat siedział on, Łazarek. Poderwał się i westchnął z radością na mój widoki: „O panie trenerze, dzień dobry”. Przeszedłem obok niego, jak gdyby tam nie stał. Muszę przyznać, że pod tym względem jestem bezczelny. Ręki potrafię nie podać. Mówię: - Halo, jestem panu coś winien? Nie, to do widzenia.

Komu pan nie podaje ręki?

Marianowi Geszkemu, który przez siedem lat był moim asystentem. Ratowałem go często, a on mnie gryzł po nogach, podkładał nogi…

Podałby pan rękę ludziom rządzącym dzisiaj Polskim Związkiem Piłki Nożnej? Jak wielu porządnych ludzi widzi pan w polskiej piłce?

Antek Piechniczek jest porządnym człowiekiem i ma dużą wiedzę. Niestety, wydaje mi się jednak, że jego wiedza nie przystaje do świata dzisiejszego. Antek miał duże sukcesy, nawet chyba większe niż Kaziu Górski, bardzo urokliwy i inteligentny facet. Jego wspominam wspaniale.

Rozmawiał Przemysław Zych

niedziela, 3 stycznia 2010

CZEMU UCIEKŁ NAM ŚWIAT?



Pięć lat temu reprezentacja Polski do lat 19 w eliminacyjnym meczu potrafiła ograć 3:1 Szwajcarów. Kilka lat później do Manchesteru City trafił jednak Gelson Fernandes, a nie Dariusz Zjawiński czy Adrian Mierzejewski. Jak wytłumaczyć więc, że Zjawiński kopie dziś piłkę przy ulicy Sportowej 66 w Nowym Dworze Mazowieckim, a Mierzejewski jest piłkarzem Polonii Warszawa?

Tekst jako część raportu ukazał się w październikowym numerze Magazynu Futbol (2009 rok). Od razu dodam - nie jest najlepiej napisany, nie ma w nim wesołych anegdot, cytatu przerywającego skomplikowane (być może dla niektórych nie do zniesienia) tłumaczenie specyfiki szkolenia. Nie jest to dzieło literackie, ale ci, którzy się nim interesują, na pewno jednak przebrną, coś dla siebie znajdą, bo tekst zawiera kilka interesujących wątków. Tym, którzy uważają, że w tekście o piłce, by był ciekawy, musi być alkohol, przygoda, dziwka i hazard, od razu sugeruję pominięcie tej pozycji. Śmiałkom, którzy przebrnęli, pozostanie do przeczytania jeszcze rozmowa z Ryszardem Karalusem (pod tekstem) i kilka pobocznych ramek. Uff - i już o szkoleniu wiecie wszystko.


Według wielu dwadzieścia lat temu śmiercią naturalną zaczął umierać polski system szkolenia piłkarzy. Systemu jednak.. nigdy tak naprawdę nie było. Mieliśmy świetnych piłkarzy, gdyż grając w piłkę na boiskach, łąkach, hałdach spędzali w młodości 5-6 godzin dziennie. Przed szkołą, po niej, w klubie i na podwórku. Gdy zmieniły się realia, a przed młodymi ludźmi rozłożono wachlarz propozycji spędzenia wolnego czasu, nikt nie zareagował.

Dziś liczba godzin, które kandydaci na piłkarzy spędzają grając w piłkę wynosi co najwyżej 1-1,5h dziennie (tylko w klubach). W dodatku w ogromnej większości przypadków (kluby poniżej pierwszej ligi) dawka ta implikowana jest zaledwie trzy razy w tygodniu. W pozostałe dni młodzi kandydaci na piłkarzy zwyczajnie jak każdy chłopiec chodzą do szkoły, gdyż tok nauki gry w piłkę właściwie nie jest dostosowany do zajęć lekcyjnych (jedyny wyjątek to Lech Poznań, który znalazł rozwiązanie). Często jednak w klubach młodzież trenuje rzadziej, bo po prostu tak w nich zadecydowano.
– Nie możemy prywatnej spółce rozkazać, by chłopcy trenowali więcej. Przykładowo, w Lechu Poznań 10-latkowi trenują pięć razy w tygodniu, a w Legii Warszawa mówi się o szkole hiszpańskiej i dzieciaki trenują tylko trzy razy – mówi Jerzy Engel, szef Wydziału Szkolenia.

Niewielka liczba dotknięć piłki przekłada się na umiejętności techniczne. Problem niedawno dostrzeżono również w Anglii. Na Wyspach zdano sobie sprawę, że każdy francuski chłopiec, chodzący do akademii piłkarskiej, klubowej lub związkowej, w przedziale wiekowym od 12 do 16 roku otrzymuje około 2304 godzin treningu, dwa razy więcej niż w junior w Anglii! Zauważono zresztą nie tylko zalety metody „większej liczby dotknięć”, ale i wprowadzenia zajęć zorientowanych jedynie na poprawienie umiejętności technicznych (grupa wiekowa 12-16). Pierwszym, który do tego doprowadził był w Liverpoolu… Francuz, Gerard Houllier.
– Ale to wszystko zależy od tego kto stoi na czele takiej szkółki, kto jest menedżerem. Dziś menedżerem w Liverpoolu jest Hiszpan i jestem pewien, że wygląda to zupełnie inaczej – przekonuje Engel.

Na ten sam problem w Polsce zwracał ostatnio uwagę Loic Lo Bello. Francuz z polskimi korzeniami do Młodej Ekstraklasy Polonii Warszawa trafił latem.
- Moi koledzy z Polonii mieli i mają za mało treningów, bo nie mogą połączyć szkoły z piłką, tak by trenować po cztery godziny dziennie. We Francji miałem zajęcia dwa razy dziennie po dwie godziny, ponadto wszystko było idealnie połączone z nauką. Dziś w Polonii mam zajęcia siedem-osiem godzin w tygodniu plus zajęcia indywidualne, a nie jak w Nicei czy Clermont - ok. 15-20 godzin tygodniowo. Trenowałem przez 11 miesięcy, a w Polsce ćwiczy się tylko 8 lub 9 miesięcy – mówił w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”.

Błędy w szkoleniu trenerów młodzieży
Problem polega na tym, że aby zostać piłkarzem w Polsce, kandydat musi wiele poświęcić. Dużo więcej niż na Zachodzie. Dlatego rozwiązania są dwa. Obydwa złe. Pierwsze – piłkarz rzuca szkołę i tylko trenuje. Drugie – stara się pogodzić obie rzeczy, ale na zmianę opuszczając treningi lub zajęcia w szkole. Mniejsza liczba godzin spędzonych w tym wieku na boisku czyni go jednak piłkarskim analfabetą na całe życie. Z kolei jeśli rzuci szkołę, pojawia się inny problem.
– To tak zwany czwarty filar, na który w Polsce wciąż nie zwraca się należytej uwagi. Dostrzegamy braki techniczne, taktyczne, sprawy fizyczne, ale wciąż nie mówi się o sprawie mentalnej. Oni nie są w tym aspekcie wytrenowani – mówi Grzegorz Polakow, przez lata wykładowca na gdańskim AWF.
– W ogóle nie zwraca się również uwagi na to, kto po pierwsze – trenuje młodych zawodników, a po drugie – kto przygotowuje do zawodu przyszłych trenerów młodzieży. Są to na AWF-ach ludzie bez jakiejkolwiek wizji, profesorowie, którzy piszą pracę o tym jak wykonać rzut karny! Pójdą na stadion, popatrzą, pooglądają. Teoretycy i nic więcej – mówi Polakow.

Dobre szkolenie trenerów młodzieży, to takie, które pozwala na ścisłą specjalizację, rozróżnienie potrzeb trenowanych grup wiekowych. Inaczej trenuje się 12 latka, inaczej 17 latka. To nie tylko nasz problem. W Anglii przez wiele lat nie zwracano uwagi na to zagadnienie aż w końcu rozpoczęto proces przyznawania licencji dla trenerów trzech grup wiekowych. W Polsce młodzież zbyt często trenują ludzie bez specjalizacji, często nie wiedzący czego potrzebuje w danej kategorii wiekowej młody piłkarz. – Dopiero będziemy wdrażać odpowiednie licencje – mówi Jerzy Engel, przewodniczący Wydziału Szkolenia, który od razu zwraca uwagę na inny problem związany z trenerami młodzieży.
– Przez lata byli upadlani zarobkami rzędu 300 czy 600 złotych. To w wielu miejscach wciąż się jeszcze nie zmieniło. Czy zarabiając takie pieniądze można w ogóle poświęcić się tej pracy? Gdzieniegdzie udaje się to zmienić. Dyrektor biura sportu w Warszawie Wiesław Wilczyński przeznaczył właśnie 3 miliony na pensje trenerów młodzieży. Tak więc każdy, kto udowodni, że trenuje grupę składającą się z przynajmniej 20 zawodników otrzyma miesięczne dofinansowania tysiąca złotych. Kolejny tysiąc dołożyło ministerstwo sportu. Jeśli samorząd dorzuci kolejny, każdy będzie chciał wykonywać ten zawód – przekonuje Engel. Problem polega na tym, że dotyczy całej Polski, a nie tylko Warszawy.

Inicjatywa związku
Działania Wydziału Piłkarstwa Młodzieżowego PZPN, takie jak objęcie przed pięcioma laty szkoleniem tysiąc dzieciaków w szesnastu gimnazjach na terenie całego kraju, to świetna idea. Nie przysporzy jednak federacji pochwał tak długo, jak nie przyniesie pierwszych efektów.
– A właśnie, że już przynosi. Przecież jednym z wychowanków był Grzegorz Krychowiak, który uczęszczał do jednego z tych gimnazjów – przekonuje Engel. Wspomniana inicjatywa to zalążek pomysłu Francuzów, który później został skopiowany przez Czechów. W tych krajach w każdym województwie istnieje szkółka pod egidą federacji.
– Na początku zajęliśmy się tylko gimnazjami. W pierwszych latach szło to bardzo siermiężnie, teraz zaczyna wyglądać to coraz lepiej. Każde gimnazjum obsługują trenerzy związkowi. Do dyspozycji są boiska trawiaste i od niedawna sztuczne – przekonuje Engel.

We Francji ośrodki są na tyle dobre, że kluby nie obawiają się oddawać na aż pięć dni w tygodniu najlepszych kandydatów w ręce związkowych specjalistów. Młodzi gracze powracają do swoich klubów na weekend. Wtedy grają tam mecze.
- Założenie jest takie, by do tych szkół trafili najlepsi chłopcy z całego województwa. Mieszkają w internatach, trenują dwa razy dziennie, a plan zajęć jest do tego dostosowany – mówi Eugeniusz Nowak z PZPN.
– Oczywiście zdarzają się przypadki, że kluby nie chcą, by ich piłkarz chodził i trenował w naszym gimnazjum. Chociażby ze względu na to, że bliżej ma z domu do klubu. Bywa też tak, jak na przykład w Poznaniu, że Lech zbiera wszystkich najzdolniejszych piłkarzy z całego województwa i nie ma sensu ich zbierać osobno, bo trenują już w jednym klubie. Od roku istnieje również szesnaście liceów, bo wcześniej po skończeniu gimnazjum, chłopcy w wieku 16 lat powracali już do klubów. A jak trafiają do naszego gimnazjum? Są wyselekcjonowani przez trenerów związkowych, gdy zawodnicy mają po 11-12 lat. To wszystko na razie raczkuje, ale jest coraz lepiej. Przypomina to gimnazja i licea, w których kształtują się przyszli siatkarze – mówi Engel.

Ciągłe zaniedbania
W Polsce przez całe lata trwała debata, czy wszystkie reprezentacje pod egidą PZPN (juniorskie, młodzieżowe, seniorska) powinny grać systemem 4-4-2. Zabrało nam to tak długo, że aż uciekł nam świat. Niedawno holenderski związek – KNVB - wprowadził obowiązek gry systemem 4-3-3, który zdecydował się preferować. Od niedawna mają nim grać nie tylko reprezentacje, lecz także wszystkie kluby w każdych rozgrywkach juniorskich! KNVB zarządził również, by wszystkie zespoły juniorskie do lat 17 były trenowane przez dwóch trenerów (wcześniej przechodzi się długie szkolenia). To również po to, by podołać z wiekiem coraz trudniejszym charakterom chłopców, przeistaczającym się w mężczyzn. Tak prowadzone zajęcia koordynują ludzie z holenderskiej federacji, którzy raz w miesiącu odwiedzają każdy z 2500 klubów!
- Czy wobec tego PZPN naprawdę nie może więcej?
– Pokazujemy na szkoleniach naszą wykładnię, ale nie możemy nikogo zmusić do odpowiedniego systemu. Zalecamy dziś grę tylko w ustawieniu 4-4-2 i 4-3-3, ale jeśli ktoś gdzieś gra systemem 3-5-2, to niewiele możemy z tym zrobić – mówi Engel. A szkolenia? – Zapakowaliśmy niedawno autokar naszymi najlepszymi szkoleniowcami w kwestiach młodzieży. Byli między innymi Stefan Majewski, Edward Klejndinst, Krzysztof Chrobak. I objechaliśmy z nimi całą Polskę, organizując w każdym województwie pokazowe szkolenia trenerów młodzieży. Spotkało się to ze świetnym przyjęciem. Na każdym spotkaniu było kilkuset trenerów – opisuje. To jednak wciąż dużo mniej niż comiesięczne wizyty trenerów w każdym polskim klubie.

To, co federacja narzuca dziś klubom i to dopiero od kilku lat, to poprzez wymogi licencyjne, posiadanie odpowiedniej liczby zespołów juniorskich. Natomiast wciąż w tych przepisach nie ma ani słowa o bazie, liczbie boisk, którą klub powinien dysponować zanim przystąpi do rozgrywek. Przez lata niedostrzeganym problemem - choć głośno mówił o nim choćby Michał Globisz - był rozleniwiający system rozgrywek juniorskich na poziomie juniorów starszych (18-19 lat) i młodszych (16-17). Nie przyzwyczajał on graczy do rywalizacji. Kraj wciąż jest podzielony na 16 okręgów, w których organizuje się osobne rozgrywki na szczeblach juniorskich. Dlatego najlepsi juniorzy w sezonie rozgrywają najwyżej 5-6 spotkań, w których muszą wspiąć się na wyżyny. W innych ogrywają po 7:0 każdego jak chcą, bez wysiłku.

Od tego sezonu miało się to zmienić. PZPN chciał utworzyć utworzyć osiem „pierwszych lig” juniorskich. Wiele klubów (lecz tylko ekstraklasowe mają ten komfort) nie czekało na zmianę systemu i jak najszybciej zaczęło przenosić juniorów starszych do zespołów Młodej Ekstraklasy (pozwala na grę piłkarzy do 21 roku życia). W ten sposób samoistnie powołano do życia ogólnopolskie rozgrywki juniorskie.
– Dlatego dziś projekt powołania 8 okregów wywołuje dużo kontrowersji, są prowadzone dyskusje i na razie zdecydowaliśmy się nie łączyć lig. Koszty takiej operacji są spore, bo zwiększają wydatki wielu klubów na dojazdy, a przecież najzdolniejsi zaczęli już trafiać do ME. Z kolei ci, którzy nie łapią się do ME, coraz częściej przechodzą do II ligi, lub – ze względu na wymóg wystawiania określonej liczby młodzieżowców w III czy IV lidze – grają już w seniorach. Zastanawiamy się więc, czy w takim razie jest sens to czynić dla drugiego sortu młodzieży, która pozostaje w zespołach juniorów starszych – mówi Jerzy Engel, przewodniczący Wydziału Szkolenia PZPN, który przyznaje, że padła propozycja, by utworzyć rozgrywki makroregionalne (4 lub 8 grup zamiast 16), ale tylko dla juniorów młodszych.

Engel nic natomiast nie wspomina o zmianie, która oburzyła całe środowisko trenerskie. Tydzień po starcie II ligi przesunięto limit wieku dla młodzieżowca. Zgodnie z wcześniejszymi wytycznymi w tym sezonie miał być nim piłkarz urodzony w 1989 roku. Od kilku lat kluby na poziomie II ligi mają obowiązek wystawienia dwóch takich piłkarzy. W niższych ligach – trzech. Z tego powodu kluby niższych lig przez cały okres przygotowawczy szykowały do gry piłkarzy 20-letnich. PZPN w trakcie trwania rozgrywek nagle jednak zadecydował, że odtąd młodzieżowcem jest piłkarz… 22-letni, urodzony w roku 1987. Efekt tej zmiany był taki, że większość klubów natychmiast odstawiła od składów mniej doświadczonych 20-latków na rzeczy tych, których mieli się pozbyć – 22-letnich piłkarzy.

Jak widać w Polsce młodzieżowcem wciąż nazywany jest piłkarz… zaawansowany wiekowo. Ta sprawa całkowicie zaprzecza również powodom, dla których PZPN wstrzymuje reorganizację rozgrywek juniorskich. Dziś nikt juniorów starszych już w składzie nie potrzebuje, skoro można wystawić do gry 22-latka. Wielu dobrych graczy, wcale nie drugiego sortu, trafiło dziś ponownie do juniorów, gdzie na nowo przyjdzie im ogrywać wszystkich rówieśników po 7:0. Warto przy tym zauważyć, że w innych wysoko rozwiniętych piłkarsko krajach, np. w Anglii, krajowe rozgrywki juniorskie U-19 organizowane są w czterech grupach, a nie szesnastu.

Nikt nie wie za co odpowiada
Doprowadzenie do powstania systemu w Polsce jest mało prawdopodobne. Chociażby ze względu na to, że nawet gdyby ktoś chciał doprowadzić do jego powstania, istnieją niewielkie szanse, że będzie potrafił. Dlaczego? Bo nikt u nas tego wcześniej nie zrobił. Plan Jerzego Engela sprzed trzech lat w Ministerstwie Sportu wyrzucono na razie do kosza. Powód? Był nierealny i zakładał wydatki na poziomie kilku miliardów złotych. Druga sprawa to fakt, że taki system wymagałby świetnej współpracy czterech podmiotów: PZPN – Ministerstwa Sportu i Turystyki – Ministerstwa Edukacji – klubów piłkarskich.

Gdyby zapytać członków Wydziału Szkolenia PZPN o to jak ma się nasz system, w większości przypadków padnie odpowiedź „dobrze”. Tłumaczenie PZPN jest ciągle takie same – szkolenie zależy tylko od klubów. Podział obowiązków wciąż nie jest jasny. Wciąż trwa u nas cicha debata, w jak wielkim stopniu za finansowanie szkolenia powinien odpowiadać związek, kluby i samorządy…
- Przez całe wieki nie poprawiała się infrastruktura, która była w tragicznym stanie. Dziś samorządy w końcu zaczynają je budować własnym sumptem. PZPN ich nie zbuduje – mówi Engel.

Jak wyglądałoby zdaje się perfekcyjne rozwiązanie? Za budowę boisk i lepsze kształcenie przyszłych trenerów młodzieży przez AWF odpowiadałoby MSiT. Za dostosowanie godzin lekcyjnych do treningów w klubach – ME. Organizacją rozgrywek na poziomie podstawówek i gimnazjów (w jeszcze większym wymiarze niż wspomnianych 16 gimnazjów i liceów) musiałyby zająć się trzy podmioty łącznie: PZPN-ME-MSiT. By system, który może przywrócić Polsce miejsce choćby w dziesiątce najlepszych w Europie krajów piłkarskich, działał sprawnie (a jeszcze nie powstał), wymaga jednak dużych nakładów finansowych obu ministerstw. Jeśli chodzi o obowiązki PZPN, pociągnęłoby to za sobą koszty przynajmniej takie same - choćby na delegacje trenerów związkowych po Polsce – jak wydatki administracyjne na działalność związku…

Nie czekać na PZPN
Na szczęście jest w Polsce kilka miejsc, w których zrozumiano, że nie ma sensu czekać na wizjonerów z PZPN-u, wprowadzenie nadzoru szkolenia w całym kraju i stały przyjazd mądrych trenerów wizytujących kluby z małych miasteczek. W nich nikt nie ogląda się na współpracę związku z obydwoma ministerstwami. Trzeba działać – takie hasło przyjęto sobie w Legii Warszawa i Lechu Poznań. Oczywiście na zdobycie się organizację własnego szkolenia, nie było w Warszawie i Poznaniu tak trudno ze względu na finanse, którymi dysponują. Legia z budżetu ITI na Akademię wydaje dziś dwa miliony złotych rocznie. Spośród wszystkich klubów najbardziej rozległy system w życie w wdrożył jednak Kolejarz.

Lech od kilku lat sprawuje pieczę nad siecią dziewięciu poznańskich szkół podstawowych i współpracuje z Akademią Remes w Opalenicy. W każdej ze szkół rozsianych w różnych częściach miasta istnieją klasy sportowe Lecha. Najbardziej utalentowana młodzież znajduje się jednak w słynnej „trzynastce”.
- To ona jest kręgosłupem całego szkolenia klubu. Do grupy dzieci z SP 13 – wcześniej starannie wyselekcjonowanej i zaliczonej do grupy „złotej” - trafiają również najzdolniejsze dzieci spośród reszty. Najczęściej po zakończeniu nauki w podstawówce. Chyba, że w jej trakcie chłopiec już jest gotowy na przenosiny w obrębie miasta. Wówczas dochodzi do tego wcześniej – mówi Marek Śledź, koordynator szkolenia w Lechu.

Struktura w Lechu przypomina siatkę Ajaksu. Amsterdamski klub współpracuje z kilkunastoma szkołami wyposażonymi w odpowiednie boiska bądź klubikami przy szkołach. Tam dzieciaki pną się w górę po drabince, zupełnie jak w Lechu. - Warte uwagi jest to, że na etapie podstawówki tylko tzw. „złote dzieci” ze szkół wiodących, czyli kręgosłup całego systemu („trzynastka”), trenują na boiskach Lecha. Dzieciaki w pozostałych ośmiu podstawówkach mają do dyspozycji dobre szkolne boisko i ośmiu trenerów, którzy zostali zaaprobowani przez Lecha. Wszyscy działają zgodnie ze specjalnym programem przygotowanym na Bułgarskiej – opowiada Śledź.

Nie w każdym aspekcie praca Lecha wygląda różowo. – Mimo, że dysponujemy łącznie dziesięcioma boiskami, to tylko trzy z nich znajdują się w samym Poznaniu, obok stadionu. Reszta jest na razie na użytek jedynie Młodej Ekstraklasy, bo znajduje się w oddalonych o 50 kilometrów Wronkach. Te w Poznaniu zresztą nie mają najlepszego standardu – mówi. W dodatku, szkoła szkole nie jest równa, a na kolejnym szczeblu drabinki Lecha – już w gimnazjum i liceum – uczy się 120 wyselekcjonowanych zawodników, po 20 w każdej klasie. Warto zauważyć, że jeśli poziom nie jest tam przyzwoity, Lech zamiast inteligentnego piłkarza, może dostać nieświadomego grajka, który w przypadku doznania kontuzji, będzie później zmuszony co najwyżej… kopać doły. Bo robienie z nich piłkarzy, to również kształtowanie ich świadomości. Pytanie tylko czy efekt takich inicjatyw całkowicie zrekompensuje brak wspólnych działań PZPN i obu ministerstw? PRZEMYSŁAW ZYCH



ROZMOWA Z RYSZARDEM KARALUESEM
(trenerem grup młodzieżowych w Jagiellonii Białystok)

"PZPN do roboty"

Z jakimi problemami zmaga się pan na co dzień trenując młodzież w Białymstoku?
Ryszard Kalarus (trener grup młodzieżowych w Jagiellonii Białystok): Nie tylko na Podlasiu, ale wszędzie piętą achillesową jest baza. W jej rozwoju powinien brać udział PZPN. Wydział Piłkarstwa Młodzieżowego – jest w PZPN-u taki? Poza tym kluby powinny przeznaczać 10% rocznego budżetu na ten cel. Trzeba również docenić trenerów młodzieży. Nie chodzi tylko o to czy zawodnik zostanie piłkarzem. Sport kształtuje ich osobowość. Ale jeszcze raz podkreślę: baza, baza, baza. Wszyscy narzekają, ale ile klubów w Polsce ma prawidłową bazę?

Lech Poznań na pewno. Ale kto jeszcze…
No właśnie zastanawiamy się, a wszystkie kluby powinny ćwiczyć na równych płytach. Sporym błędem było również zlikwidowanie międzywojewódzkich klas juniorów. Kiedyś graliśmy mecze z Olsztynem, Warszawą i co tydzień rozgrywki stały na dobrym poziomie. Kiedyś jako Jagiellonia graliśmy mecze w lidze z Drukarzem Warszawa, Legią, Polonią, Gwardią, Sarmatą. To w ten sposób wychowałem Marka Citkę, Tomasza Frankowskiego i resztę. Później siedmiu, czy ośmiu chłopaków grało w ekstraklasie. Dziś tego nie ma. Co z tego, że dziś moi piłkarze w juniorach młodszych po sześciu spotkaniach ligowych mają strzelonych ponad sześćdziesiąt bramek? Średnio dziesięć w meczu! Co to za poziom. Czego oni się nauczą. Czasami wygrywamy nawet 17:0. Mówię moim piłkarzom: - Grajcie na dwa kontakty, żeby sobie to zwycięstwo trochę utrudnić, spróbować czegoś nowego w takim meczu.

Od nowego sezonu miało dojść do zmian i zamiast szesnastu lig wojewódzkich PZPN miał wprowadzić osiem międzywojewódzkich.
Ja już to słyszałem w latach 90, dawno już to słyszę, nawet o czterech. Walczymy, poruszamy ten problem, a PZPN mówi, że pieniądze, pieniądze… Przecież to się opłaca, w ten sposób można ukształtować przyszłych reprezentantów Polski. Ciągle zasłaniamy się brakiem pieniędzy. Już z trenerami z Łodzi uzgodniliśmy, że tak będzie najlepiej, że do połączenia lig dojdzie, wszystko już było dogadane, ale znów cisza, bo niby brak pieniędzy. Po klęskach reprezentacji jest wrzawa, nagle wszyscy widzą problem. Kilka artykułów w prasie, po czym koniec - tematu szkolenia nie ma. Aż do następnej klęski. Widać tu nasz polski słomiany zapał.

Wszyscy już wiedzą, że wynik w juniorach jest zupełnie nieważny, ale w niewielu klubach tak naprawdę za tym myśleniem idzie cokolwiek.
Gonimy wynik. W wielu miejscach piłkarz wchodzi do seniorów i jest nieprzygotowany, a miał sukcesy w zespołach juniorskich. Co z tego? Wszystko zależy od władz klubu. Wynik w Białymstoku na przykład w zespołach Młodej Ekstraklasy jest w pewnym stopniu ważny, ale ze względu na to, że to młodzi chłopcy chcą wygrać. Ale to nie jest najważniejsze. A później okazuje się, że piętą achillesową naszych młodych piłkarzy jest nieumiejętność wykonania podanie na dwadzieścia metrów do innego piłkarza to rzecz niemożliwa. Czemu się dziwimy skoro nie daje im się czasu tego nauczyć? To największy mankament, który przekłada na reprezentację. Nie było tego widać w meczu seniorów ze Słowenią?

Jak to zmienić?
Widzę tu wielką rolę PZPN. Powinno się przeznaczać 10% budżetu na rozwój bazy tych klubów, w których średnio pracuje się z młodzieżą. Jeśli budżet wynosi siedemdziesiąt milionów, dziesięć powinien iść na ten cel. Ale tylko wyłącznie na bazę. Jeśli wspomoże to miasto, to za 6-7 lat będziemy mieć bardzo dobrą młodzież. Niedługo wszyscy będą grali w siatkówkę, jeśli nic nie zmienimy.

Jak wygląda praca z piłkarzami wojewódzkich ośrodków pod egidą PZPN-u? Uczą się w gimnazjach, liceach, trenują razem. Założenie jest takie jak we Francji czy Czechach.
To jest krok bardzo poważny i wielki plus za to dla PZPN-u. Okręgowe związki wybierały jeden klub na swoim terenie. Na Podlasiu wybrano Jagiellonię. Na Mazowszu PZPN miał wybrać Piaseczno, Legia, ale na razie trwają tam jakieś przepychanki. Bierze się pod uwagę bazę, potencjał szkoleniowy. W miejscu, które wybrano utworzono klasy sportowe, a my w ramach w-fu trenujemy najlepszych chłopaków zebranych w jednej klasie sportowej.

Z całego województwa?
Wola PZPN-u była taka, że oni trenują tu od piątku, a w weekend wracają do siebie. Cel tych ośrodków jest taki, by wybierać te talenty z małych ośrodków tak by grali na dobrych płytach. Na Podlasiu z tym ośrodkiem problem jest trochę inny. Chłopak potrenuje pięć dni w tygodniu u nas, a w weekend wraca na mecz do swojego klubiku z małego miasteczka. Z kim on tam pogra? Nawet najlepszy trening nie zastąpi im meczu. To jest problem, który w niektórych miejscach pojawi się w Polsce.

A jak wygląda szkolenie w samej Jagiellonii?
Mamy klasę sportową już od samej podstawówki. Kończymy w gimnazjum. Uczą się w jednej szkole, trenują u nas. Jeśli piłkarze odpadają po drodze, to uzupełnia się ich z innych klubów z całego województwa. Z Olsztynu uciekło kilku chłopaków do mojego zespołu, bo tam nie ma dziś nic.

W takim razie czy coś w szkoleniu zmieniło się na lepsze?
Jest coraz więcej dobrego sprzętu. Dziś można dostać piłki. Poziom trenerów młodzieży poszedł do przodu. Częściej niż kiedyś młodzieżą zajmują się odpowiedni ludzie. To dzięki szkoleniom PZPN-u.

Rozmawiał PRZEMYSŁAW ZYCH



JAK TO SIĘ ROBI W HOLANDII:
Zasada jest prosta: dzieciakom daje się piłkę i mało miejsca. Za to dużo czasu na rozwinięcie indywidualnych umiejętności. Tak samo duży akcent jest położony na ćwiczenia mające na celu usprawnienie koordynacji ruchowej ciała. A wszystko po to, by kiwało się lepiej - w przedziale wiekowym od 7 do 12 lat ćwiczy się tylko i wyłącznie technikę! Gdy już tą się do pewnego stopnia opanuje, młodym chłopcom pozwala się ćwiczyć sytuację "jeden na jeden". Następnie schemat dwóch ofensywnych graczy przeciwko dwóm defensywnym. Potem następuje gra ośmiu na ośmiu, której podstawą jest nakłonienie zawodników do… ponoszenie jak największego ryzyka w czasie gry.

To w ten sposób Arjen Robben nauczył się grać w piłkę. Obowiązuje on także w 2500 małych, amatorskich klubikach, z których 95% zajmuje się na poważnie szkoleniem. Bez tych małych klubików, Holandii by się nie udało. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że w piłce juniorskiej U-19 i U-17 – wbrew ciągnącej się opinii – Holendrzy nie odnoszą sukcesów. Do tego stopnia, że od 8 lat nie są w stanie zakwalifikować się do Euro U-19, remisując z zespołami pokroju Armenii czy Mołdawii, często przegrywając i odpadając bardzo wcześnie. Sukcesy przychodzą dopiero w U-21 i seniorach. Tam już nas nie ma.

JAK TO SIĘ ROBI WE FRANCJI:
Poza akademiami klubowymi, tak jak w Holandii, Francuzi mogą szczycić się również dziewięcioma regionalnymi ośrodkami szkoleniowymi dla najbardziej utalentowanych. Trenują tam przez tydzień, by na weekend wracać do swoich klubów i rozgrywać mecze. W ten sposób związek trzyma nad ich rozwojem dodatkową pieczę.

JAK TO SIĘ ROBI W HISZPANII:
W Hiszpanii natomiast większe kluby są „karmione” przez mniejsze, lokalne, z którymi mają umowy o wymianie piłkarzy. Jak trudno osiągnąć to w Polsce, niech świadczy fakt, że Gwarek Zabrze nie współpracuje z Górnikiem, a z Krakowa z malutkich krakowskich klubików bez wiedzy Wisły, do Zagłębia Lubin uciekają najzdolniejsi piłkarze Małopolskiej Ligi Juniorów. Jednym z najlepiej szkolących klubów na półwyspie Iberyjskim jest baskijskie, anonimowe dla reszty Europy – Antiguoko. Wychowało jednak Xabiego Alonso i Mikela Artetę, a dziś ośrodek próbuje przejąć Liverpool, by korzystać ile można z owoców jego pracy. Póki co, wciąż, na co dzień współpracuje z Realem Sociedad, który Antiguoko w dużej mierze utrzymuje.

W Hiszpanii dużą rolę odgrywają, w przeciwieństwie do Holandii, rozgrywki szkolne. Gra w nich łączona jest przez trenującego chłopca z występami w weekend, w międzyklubowych rozgrywkach trampkarzy. Stąd rozgrywki szkolne są szeroko monitorowane przez profesjonalne kluby.

PORTUGALIA, BRAZYLIA – TROCHĘ INNY FUTBOL:
Akademie to nie jedyne miejsce, w których można nauczyć się futbolu. Johan Cruyff i George Best nauczyli się go grając na ulicy. W Europie środkowej i północnej zjawisko gry na ulicy zanikło jednak w ostatnich dwóch dekadach – czy w Polsce przywróci ją budowane przez rząd orliki? Według specjalistów to nie gorszy sposób na rozwinięcie techniki niż najlepsze akademie, świadczy o tym Hiszpania, Portugalia, Brazylia.

JAK TO SIĘ ROBI W ANGLII:
Największy problem na Wyspach to dziś narzucanie wielkich obciążeń już na poziomie trampkarzy. W nich akcent wciąż kładzie się głównie na bieganiu, walce i wylewaniu potu. W dodatku, młodzi Anglicy już w wieku 10 lat muszą grać na boiskach o normalnej powierzchni i na duże bramki. Oczywiste jest więc że muszą uczyć się przekopywać boisko i wykorzystywać stałe fragmenty gry, zamiast dryblować i grać z klepki – styl angielskiej piłki na kolejne lata, decyduje się już na tak wczesnym etapie! Ponadto, młodziutcy Anglicy zaczynają grać we wszelakich ligach już w wieku siedmiu lat. Specjaliści uważają, że gra o punkty w tak młodym wieku zabija w nich pomysłowość i radość czerpaną z gry.

W Anglii kolejnym problemem jest brak odpowiedniej kadry szkoleniowej - dopiero w co szóstym klubie pracują trenerzy z odpowiednim wykształceniem uprawniającym do szkolenia na tym poziomie. Kluby amatorskie, podobnie jak w Holandii, są często szkolone przez ojców dzieci, ale nie mogą oni liczyć na pomoc angielskiej FA (odwrotnie niż w Holandii).

Wszyscy próbujący zaadresować problem szkolenia dzieci w Anglii wskazują więc najczęściej na dwa ogólne problemy. Pierwszy - rozgrywki dziecięce traktowane są tam ze śmiertelną powagą (inaczej niż w krajach południowych i Francji, tam są zabawą!). Drugi – istnienie tylko jednego rodzaju licencji szkoleniowej (tzw. Level 1), potrzebnego do trenowania zarówno 7-latków, jak i 19-latków, po prostu brak rozróżnienia i wyspecjalizowania ze względu na wiek. W mającej się tak dobrze Holandii, tymczasem, istnieją aż cztery kategorie wiekowe i tyle licencji dla szkoleniowców grup młodzieżowych. To ma się wkrótce zmienić, tak by angielscy szkoleniowcy lepiej rozumieli obciążenia, których w pewnym wieku nie powinni narzucać na barki młodych chłopców.

Także rozgrywki mają stać się bardziej towarzyskie i mniej stresujące. Dawne mistrzostwa Anglii do lat 16 przestały być wzorowane na dorosłych i tych do lat 18. Nie publikuje się więc tabeli, a mecze między zespołami - de facto tymi samymi, które gra liga do lat 18 - z zasady mają być traktowane, jak towarzyskie. Wszystko po to, by przywrócić w młodych angielskich graczach radość z gry i dogonić Europę.

EUROPEJSKIE KLUBY
W Ajaksie Amsterdam i AS Monaco tuż przy stadionie można spotkać dzieci uczące się przed treningami, specjalnie wcześniej zwolnione ze swojej szkoły. Klub z Monaco dysponuje aż 14 klasami! Różnicą obu systemów – francuskiego i holenderskiego - jest podejście do wolności. W Holandii w zasadzie nie istnieje koszarowanie zawodników w akademikach, bo pozwala im się wciąż mieszkać z rodzinami. A główny zakres poszukiwań piłkarzy, to zazwyczaj nie dalej niż 60 kilometrów, jak w przypadku Ajaxu.
KTO TY JESTEŚ? POLAK MAŁY!



Piłkarski świat wkracza w nową erę. Krajowe federacje biorą pod lupę krew płynącą w żyłach piłkarzy, badają kto ma rodzime korzenie i czyj pradziadek wyjechał z kraju 100 lat temu. Nasza kadra wkrótce zbierze plony kolejnej fali migracji Polaków na Zachód. A przecież już reprezentację rocznika 1990 tworzyli w większości piłkarze wychowani poza krajem…

Tekst ukazał się we wrześniowym Magazynie Futbol.

Polacy według badań socjologów należą do czołowej dziesiątki najbardziej mobilnych nacji świata. W Ameryce Południowej w XIX wieku jedno za drugim rosły polskie miasteczka. Pod Stambułem wciąż istnieje założona przez Polaków miejscowość Polonezköy. W krajach z piłkarskimi tradycjami jak Wyspy Brytyjskie, Niemcy, Włochy, Francja, Brazylia, Szwecja do dziś mieszka łącznie około ośmiu milionów Polaków. Kolejnym milionom z łatwością można udowodnić polskie korzenie i załatwić paszporty z orzełkiem. W końcu to nie przypadek, że jakiś czas temu żeńska reprezentacja Brazylii w siatkówce pełna było dziewczyn z polskimi nazwiskami, a ojcem legendarnego urugwajskiego bramkarza Ladislao Mazurkiewicza był mieszkaniec warszawskiej Pragi…

Dla potomków polskich emigrantów, którzy paszportu nie posiadają, dwa lata temu utworzono Kartę Polaka. To dokument, który potwierdza przynależność do narodu polskiego i ułatwia wiele spraw proceduralnych, między innymi załatwia problem z wizami. Karta pozwala tej części z 21 milionów Polaków na emigracji, którzy nie dysponują polskim paszportem, poczuć na nowo związek z krajem. Emigranci to zresztą olbrzymi potencjał, który przez Polaków wciąż pozostaje niewykorzystany w jakiejkolwiek sferze życia. No może poza futbolem, choć tu mamy inny problem. Słowa „pomysł”, „wizja”, „długofalowość” w PZPN właściwie nie istnieją…

Kogo interesuje boom?
W reprezentacji młodzieżowej U-21, która w sierpniu zremisowała na wyjeździe z Francją 2:2 zadebiutował mający również obywatelstwo niemieckie Adam Matuszyk (FC Koeln) oraz Mateusz Siebert (sześć meczów we francuskiej kadrze U-18). Z kolei do zespołu Młodej Ekstraklasy Polonii Warszawa trafił niedawno Loic Lo Bello. 18-letni wychowanek szkółki Clermont Foot na nierównych boiskach przy Konwiktorskiej? Koniec świata? Niekoniecznie. Z każdym rokiem takich przypadków będzie coraz więcej. – Dysponujemy w tej chwili wiedzą o około 500 graczach mających polskie korzenie, którzy na terenie całych Niemiec trenują dziś w zespołach juniorskich – mówi Engel. W ten sposób powoli zbieramy plony przedostatniej wielkiej emigracji Polaków na przełomie lat 80 i 90. Dlatego reprezentację U-19 rocznika 1990 w większości tworzyli już piłkarze wychowani poza krajem. Nie potrzeba więc wielkiej fantazji by wyobrazić sobie jak mogą wyglądać reprezentacje następnych roczników, jeśli nawet tylko mała część dzieci współczesnych emigrantów, którzy wyjechali z Polski po 2004 roku, zapisze się do szkółek piłkarskich w zachodnich klubach…

Nadchodzi boom, na Wyspach rodzą się Polacy? Nieważne. To dopiero za kilkanaście lat… W PZPN sprawy nie traktuje się bowiem całkowicie poważnie. Ani Grzegorz Lato, ani Zdzisław Kręcina? Przecież to za kilkanaście lat… - Choć sporo się zmieniło na lepsze, to przez starszych szkoleniowców szukanie piłkarzy wychowanych za granicą traktowane jest wciąż jak cios w polską myśl szkoleniową, a zaangażowanie w sprawę takich osób jak Tadeusz Fogiel, który wynalazł Ludovica Obraniaka, nie jest w związku mile widziane – mówi osoba zorientowana w sytuacji. – Myślę, że polscy trenerzy cieszą się z dobrej reprezentacji niezależnie od tego, kto w niej gra. Ale trzeba pamiętać, że mamy wielu dobrych piłkarzy wychowanych w Polsce. Błaszczykowski to skąd jest? Z Chin? – pyta kąśliwie Engel.

Czeka nas zalew listów
Jeden z punktów programu wyborczego Grzegorza Laty przewidywał rozwój sekcji scoutingowej. Na razie nie wszystko wychodzi. – Jak to? Przecież w ciągu roku budżet został zwiększony dziesięciokrotnie. Dziś to około 200 tysięcy złotych rocznie. Uchwalono to na zjeździe związku na początku roku. Pieniędzy mamy tyle, ile trzeba. Nie widzę powodu, by coś zmieniać. Środki, które przekazujemy na scouting wystarczają na wszystkie potrzeby tego działu – protestuje Jerzy Engel. Wkrótce czeka nas jednak potop, zalew listów, e-maili wysłanych przez rodziny polskich graczy. 14-letniemu Piotrowi Trochowskiemu, dziś reprezentantowi Niemiec, nikt ze związku nie odpisał. System się przegrzeje, w siedzibie PZPN padną korki – to pewne. Mimo to związek nie szykuje się do poszerzenia działalności wciąż nie będąc do końca przekonanym co do tych działań. Nieważne, że mogłoby to przynieść świetne efekty i w kontekście pierwszej reprezentacji lepsze skutki niż opowiadanie bajek o miliardowych inwestycjach rządowych na szkolenie, na które czekamy, a które nie nastąpią.

Odzyskano dwóch
Piłkarski świat wchodzi w nową epokę. Najpierw przełamano pierwszą barierę - transfery piłkarzy do innych krajów. Potem za sprawą wprowadzenia prawa Bosmana nastąpiła epoka kaperowania utalentowanych nastolatków przez zagraniczne kluby. Teraz nadszedł czas na walkę dobrze zorganizowanych piłkarskich federacji o tych, u których wykryto rodzimą krew. Jak w tej walce odnajduje się PZPN? Na początku Polska nie do końca rozumiała zasady tej gry, rozdając jak Katar paszporty Emanuelowi Olisadebe i Rogerowi, romansując z Hernanim, Manuelem Arboledą i Mauro Cantoro (w końcu dostał paszport, ale przestał być potrzebny). W końcu zasady pojęła i zaczęła szukać tych, którzy mają faktyczne polskie korzenie. Sebastian Tyrała, Ludovic Obraniak – to piłkarze odzyskani. – Jak na dwa lata istnienia tego działu, doprowadzenie do debiutu w dorosłej reprezentacji dwóch piłkarzy, to niezły wynik. Do tego są jeszcze ci, których przekonaliśmy do gry w juniorskich reprezentacjach – przekonuje Engel.

Nieopłacani społecznicy
Dział scoutingu, który założono w styczniu 2007 roku, to dziecko Engela i Macieja Chorążyka. – Wtedy po raz pierwszy zgłosiłem się do Jerzego Engela, który wciąż koordynuje ten projekt. Siatkę współpracowników organizowałem już sam – opowiada Maciej Chorążyk. - Jest w tym gronie kilku profesjonalistów z licencjami FIFA, kilku agentów, są też trenerzy jak na przykład w Anglii. W Brazylii pracuje dla nas profesjonalny scout jednego z czołowych klubów europejskich, który ma wyłączność na ten kraj, a akurat zdecydował się nam pomagać. Wszyscy oni mają polskie korzenie – dodaje. Za swoją pracę nie otrzymują jednak żadnych pieniędzy, więc istnienie tej siatki jest w duże mierze oparte na ich dobrej woli. – Wszyscy scouci otrzymują zwrot kosztów podróży – mówi Engel. Jak udało nam się jednak dowiedzieć, rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Koszty zwracane są tylko dwóm scoutom pracującym w Niemczech za darmo dla polskiej federacji oraz jednemu w Szwecji. Reszta nie tylko nie otrzymuje wynagrodzenia, ale i tego co zainwestuje, by do młodych Polaków dojechać.

Zmiana przepisów
Gdybyśmy wykorzystali nasz cały potencjał, to w pierwszej jedenastce reprezentacji grałoby przynajmniej czterech piłkarzy wychowanych zagranicą. Póki co jest jeden (Ludovic Obraniak), który rywalizuje z drugim (Ebi Smolarek). Gdy osiem lat temu Smolarek dostawał powołania do juniorskiej reprezentacji Holandii, by nie zamknąć sobie możliwości gry w polskiej kadrze seniorów, musiał jeszcze odmawiać. Dopiero pięć lat temu FIFA po raz pierwszy od 1968 roku zezwoliła piłkarzom o różnorodnych korzeniach na zmianę reprezentacji. Przez dwanaście miesięcy warunek był jeden – nie mogli wcześniej zadebiutować w seniorskiej żadnego kraju. Po roku doszedł kolejny - limit wieku.

Od początku 2004 przez dwanaście miesięcy przepisy były bardzo liberalne (identyczne jak dziś). FIFA przy zmianie barw nie zważała na wiek piłkarza (ponownie zniesiono limit wieku w czerwcu br.). W 2004 roku pierwszym piłkarzem od 34 lat, który założył koszulkę więcej niż jednego kraju został Algierczyk Antar Yahia (wcześniej zaliczył kilka spotkań we Francji U-18). Gdyby przepisów nie wprowadzono, Yahia całe życie spędziłby czekając na powołanie z reprezentacji Francji. I pewnie by się nie doczekał, a tak gra dla Algierii. Ze zliberalizowanych na rok przepisów skorzystał między innymi wówczas 27-letni Frederic Kanoute, który zaczął grać dla Mali, mimo wcześniejszych występów we francuskiej U-19 i U-21 oraz Australijczyk Tim Cahill (grał dla juniorów wysp Samoa). Polska federacja sprawę przespała. Na nakłonienie Lukasa Podolskiego i Miroslava Klose do gry dla polskiej reprezentacji było już wtedy za późno.

Po roku w styczniu 2005 przepisy jednak usztywniono i piłkarz, który chciał zmienić barwy, decyzję musiał podjąć do 21 urodzin. Dlatego aż do kolejnej liberalizacji i zniesienia limitu wieku na kongresie FIFA w Bahama, czyli do czerwca br., wydawało się, że 25-letni Ludovic Obraniak jest dla nas spalony. Mało który piłkarz w wieku 21 lat, grając wciąż w młodzieżówce przybranego kraju, jest w stanie podjąć decyzję, czy w przyszłości będzie reprezentować kraj swoich dziadków i rodziców, czy jednak kraj, w którym się wychował. Także Obraniak, mając jeden występ we francuskiej młodzieżówce, wciąż w wieku 21 lat liczył na więcej, czyli grę w dorosłej kadrze Francji.

Dziś przepisy pozwalają na znacznie więcej. W czasie kongresu nie tylko zniesiono limit wieku, ale też pozwolono na zmianę reprezentacji nawet w przypadku, gdy zawodnik zagrał już w meczu towarzyskim dorosłej kadry innego kraju! – W świetle nowych przepisów, dopiero mecz o punkty, a nie tylko towarzyski, „przyklepie” piłkarza – mówi Globisz. – Nie jest to przepis unormowany, ale przyjęło się, że tak jest. Stąd na przykład Jermaine Jones, urodzony we Frankfurcie, syn Amerykanina, który wcześnie grał w trzech meczach towarzyskich niemieckiej kadry, zmienił w czerwcu zdanie i odtąd będzie grać dla USA. Pytałem o to ludzi z FIFA. Dlatego Ludovica Obraniak aż do momentu jego debiutu w meczu eliminacyjnych teoretycznie wciąż sprzed nosa mogą nam sprzątnąć Francuzi – mówi Maciej Chorążyk, szef scoutingu w PZPN. Odtąd nie liczy się również gra na Olimpiadzie, ponieważ FIFA spotkania te traktuje jako mecze nieoficjalne. Dlatego Robert Acquafresca, piłkarz Atalanty Bergamo i uczestnik Igrzysk w Pekinie, może wciąż grać dla Polski.

Czerwcowe decyzje mogą w piłce reprezentacyjnej doprowadzić do podobnego trzęsienia ziemi, jak w piłce klubowej wprowadzenie przepisu o prawie Bosmana. Zmiany w artykule 18. pomogą głównie słabszym piłkarsko nacjom, przede wszystkim krajom afrykańskim, ale też i Polsce. Sporo mogą stracić Francuzi, ale też Anglicy, którzy na Bahama głosowali przeciw tym zmianom (58% przegłosowało). Do kadry Sierra Leone mogą jeszcze trafić młodzieżowi reprezentanci Anglii Nigel Reo-Coker czy Liam Rosenior. Mający na koncie trzy mecze towarzyskie w reprezentacji Anglii Carlton Cole wciąż może zdecydować się na grę dla Sierra Leone (pochodzenie matki), a nawet dla Nigerii (stamtąd pochodzi jego ojciec). Tak długo jak nie zagra w meczu eliminacyjnym Niemiec istnieje szansa, że Sebastian Boenisch z Werderu Brema zagra dla Polski. Federacje, w tym polska, muszą więc szybko zmienić sposób myślenia i przystosować się do nowych warunków. Kto wie, czy w czasie jesiennych meczów eliminacyjnych obok wyniku równie ważne nie będzie wpuszczenie na ostatnie minuty piłkarzy, mogących jeszcze zmienić kraj, który reprezentują? Najszybciej jak zwykle wnioski wyciągają Niemcy. W sierpniowym meczu eliminacyjnym z Azerbejdżanem Joachim Low w ostatnich minutach „skasował” Mesuta Ozila, który wcześniej grał tylko w meczu towarzyskim. Dla Turków już jest spalony.

A przecież biedniejsze kraje stają przed świetną okazją – mogą za darmo czerpać ze szkoleniowego potencjału piłkarskich potęg. Niemcy, Francuzi czy Anglicy wyszkolą, a skorzysta kto inny.

Jak przekonać
Kilka lat temu Boenisch zachowywał się podobnie jak Ebi Smolarek, z tą różnicą, że unikał powołań do zespołów juniorskich, ale… z Polski, które wtedy mogły przekreślić jego grę dla Niemiec. PZPN nie próbował go jednak w żaden sposób przekonać i zachęcić. Jak można to zrobić? Najłatwiej zagrać na patriotycznej nucie, podrzucić polską dziewczynę, puścić Mazurka rodzicom piłkarza, zatelefonować do mieszkającej pod Krakowem babci i poprosić, by do gry dla Polski przekonała zagubionego wnuczka? Po inne sposoby sięgnęli Chorwaci.
- Pamiętam przypadek pewnego piłkarza Bordeaux z chorwackimi korzeniami. 20-letni Gregory Sertic od dziecka mieszkał we Francji. O jego potencjale i korzeniach wiedziała chorwacka federacja, więc zaprosiła go na tydzień wraz z bliskimi do kraju jego rodziców. W tym czasie spotkał się też z nim trener reprezentacji Slaven Bilić. Mimo to chłopak powiedział, że „chce śpiewać Marsyliankę” i póki co grać dla młodzieżowej reprezentacji Francji (w sierpniu zagrał przeciwko Polsce, 2:2 – przyp. red). Ale kto wie, czy kiedyś nie zmieni zdania właśnie przez tydzień wakacji, który chorwacka federacja zafundowała mu w kraju jego rodziców. Został ładnie potraktowany przez Chorwatów i na pewno to im zapamięta. Jeśli chodzi o młodych piłkarzy, to ważne jest, by pokazać się z dobrej strony. Trochę ludzkiej chęci jest tu potrzebnej – mówi Tadeusz Fogiel.

Selekcjoner reprezentacji Polski Leo Beenhakker problem widzi również w działaniu PZPN, a nie braku swoich. – Co mam dziś zrobić z Boenischem i Acquafrescą? Jeśli pan Engel mówi, że powołanie ich zależy ode mnie, to dajmy spokój. Mam ich szantażować, żeby grali dla Polski? To ich osobista decyzja. Mam jeździć po Europie za 50 piłkarzami? Nagle zmieniono przepisy, okazuje się, że wciąż mogą grać dla Polski, nie za bardzo chcą, a winny znów jest Beenhakker? Trzeba się zajmować tymi piłkarzami, gdy oni mają po 15 czy 17 lat. Nie później. A PZPN tym młodym chłopakom nie kupuje nawet biletów lotniczych! – mówi Holender. Pieniędzy więc jednak nie wystarcza na wszystko. Trochę inną, bo… tańszą wizję scoutingu ma Jerzy Engel.

– Trzeba się zająć tymi, którzy mają 21 czy 22 lata. Można przekonywać nawet 15-latków, ale co z tego skoro on w świetle nowych przepisów wiążącą decyzję podejmie pewnie dopiero za siedem czy osiem lat. Rola związku polega na tym, by tym piłkarzom pomóc otrzymać polski paszport – tłumaczy Engel. Rola scoutów nie bywa łatwa szczególnie wtedy, gdy ktoś już zagrał w barwach innego kraju, nawet w drużynie juniorów. Przekonanie go wtedy do gry dla Polski to naprawdę sztuka.

– W takich momentach na pierwszy plac wychodzi ta… pierwsza kultura, którą się w sobie. Gdy Henryk Kasperczak trenował reprezentację Senegalu, na jednym z meczów we Francji podszedłem do młodego Bafetimbiego Gomisa, wtedy jeszcze piłkarza Saint-Etienne, wiedząc, że ma senegalskie korzenie. Gdy zaproponowałem mu grę w kraju jego rodziców, powiedział, że to za wcześnie… Po prostu czuł, że wkrótce nadejdzie jego czas i może grać w reprezentacji Francji. Tu często również górę bierze interes finansowy. Gra w lepszej reprezentacji, to większy splendor, lepsze szanse na promocję – tłumaczy Fogiel. Dlatego 15-letni syn Andrzeja Kobylańskiego, Martin, siedzi okrakiem na barykadzie i… przyjmuje powołania zarówno z juniorskiej reprezentacji Niemiec i Polski!

- Często piłkarz po prostu nie chce grać dla drugiej ojczyzny, bo nie czuje się z krajem związany. Rozmawiałem kiedyś z Dannym Szetelą. Powiedział, że fajnie, że się nim interesujemy, ale jak to sobie wyobrażamy? Całe życie spędził w USA i ma grać dla Polski? Bywa tak, że gdy kogoś przekonamy, bo udało się to załatwić przez wstawiennictwo babci, to gdy zwróci się do niego przedstawiciel pierwszej ojczyzny, ten pokazuje nam plecy – mówi Engel. Może dlatego warto zacząć wcześniej? – Kto wie, czy Michel Platini mając włoskie korzenie nie grałby dla Włochów, gdyby ktoś odpowiednio wcześnie zaczął go „podchodzić”. Kto wie, jakby to też potoczyło się z Miroslavem Klose i Lukaszem Podolskim – mówi Fogiel.

- Mieliśmy wiele przypadków, że odmawiali nam też młodsi piłkarze. Ostatnio przydarzyło się to, gdy jeden z piłkarzy wolał grać w belgijskiej kadrze juniorów. Gdy piłkarz zmienia reprezentacje w tak młodym wieku, zdarza się też, że po powrocie do klubu jest odstawiany na dwa tygodnie przez trenera. Po co trenować kogoś, skoro skorzysta z niego inna federacja? – tłumaczy Engel. Kto wie czy nie najważniejszą sprawą jest komunikacja między departamentem scoutingu, Jerzym Engelem i selekcjonerem. – Komunikacja między nami? Nie ma żadnej komunikacji! – Holender nie pozostawia złudzeń, ale sam w tej sprawie nic nie zrobi.

Kto może zagrać dla nas?
Problemem więc nie są tylko pieniądze, liczba scoutów i opory szefostwa PZPN, które wbrew zapewnieniom Engela, chcącego wszystkie brudy prać we własnym gronie, wciąż istnieją. Na mały przełom trzeba czekać aż do zmiany wypalonego pracą w Polsce selekcjonera, którego wstawiennictwo, indywidualne wizyty u najlepszych kandydatów, jak Acquafresca czy Boenish, wydają się wręcz nieodzowne. – Zastanawiam się, czy Obraniak zdecydowałby się na grę dla Polski i w ogóle dostał powołanie, gdyby nie tak wielka presja medialna na Beenhakkerze – mówi Fogiel. – Nasz system trzeba dalej rozwijać. Bardzo na to liczę. Im większe fundusze, tym większe szanse, że znajdziemy piłkarza – mówi Chorążyk. Obecnie największe szanse na zostanie kolejnym Obraniakiem ma Damien Perquis z Sochaux (trzy mecz w młodzieżówce francuskiej), Laurent Koscielny z Lorient oraz gracz Lyonu Timothee Kołodziejczak.

Gdyby wciąż prezentował odpowiedni poziom, to dziś dla Polski mógłby również grać 31-letni Christopha Dąbrowskiego, który - wydawało się w 2005 roku - był dla nas stracony. Podobnie wygląda sytuacja z 23-letnim Eugenem Polańskim, byłym reprezentantem młodzieżowym Niemiec. – Dziś trochę podupadł i gra dla Mainz, a nie Getafe, ale wciąż warto mu się przyjrzeć – ocenia Chorążyk. Nie każdy przypadek zmiany barw skończy się szczęśliwie. Kto wie czy 19-letni Martin Zakrzewski kiedykolwiek zagra w pierwszej reprezentacji Polski? – Dla niektórych to będzie pamiątka na całe życie, zostanie im koszulka i wspomnienia. Nie wszyscy, których będziemy sprawdzać w juniorskich zespołach będą później grać dla nas – mówi Globisz. Sebastian Tyrała - wcześniej miał kilkanaście występów i kilka goli w juniorskich reprezentacjach Niemiec - w grudniu meczem towarzyskim zadebiutował polskiej kadrze. Dziś 21-letni piłkarz nadal tkwi w trzecioligowych rezerwach Borussi Dortmund i nie gra nawet w polskiej młodzieżówce. Krzywdy nikt nikomu jednak nie robi. Bo jeśli piłkarz po debiucie w seniorskiej kadrze Polski, nie mieści się jednak później nawet w karze U-21, to zmieściłbyś w niemieckiej? Wątpliwe. Na jakich pozycjach potrzebujemy piłkarzy? – Na wszystkich – odpowiada Engel. Tak więc łapczywie łapmy w sieci wszystko co się rusza i ma związek z Polską.

- Za kilka lat przewiduję poważny problem z Wyspami Brytyjskimi. W Manchesterze, Liverpoolu, Newcastle będzie mnóstwo polskich dzieciaków. Trzeba będzie się z tym zmierzyć. Mądra siatka musi powstać, ale musi być poparta dobrym szkoleniem w kraju – mówi Michał Globisz, który w prowadzonej przez siebie reprezentacji rocznika 1990 jako pierwszy polski trener spotkał się z tak wielką liczbą graczy wychowanych poza Polską. Docelowo biura powinny również powstać w Londynie, Jerozolimie (skąd pochodzi przegrany już dla nas Ben Sahar), Berlinie czy choćby w Gelsenkirchen, sercu Zagłębia Rurhy, w którym żyje 700 tysięcy osób z polskimi korzeniami. To jednak pociągnęłoby koszty kilkunastokrotnie wyższe niż 200 tysięcy złotych rocznie. Mogą się one jednak zwrócić, gdy za sprawą wyłowionych w ten sposób kilku graczy w końcu zaczniemy wychodzić z grupy na mistrzostwach świata lub Europy. Tylko spokojnie, bo do ćwierćfinału mistrzostw Europy szybko nie awansujemy. Większość naszych wielkich, przyszłych piłkarzy jeszcze nie poszła na swój pierwszy trening i ma jakieś trzy, cztery latka… Oby nie uśpiło to PZPN-u.
PRZEMYSŁAW ZYCH

poniedziałek, 26 października 2009

WYWIAD Z PIOTREM REISSEM - TO ON, STRZELEC 108 GOLI!



CZYTAJ TEŻ:
"Kokosanki, Kokosanki", czyli WALKA GIGANTÓW: Polakow kontra Łazarek
Mirek Okoński opowiada jak przegrał życie z uśmiechem na twarzy...
Serbskie marionetki, czyli piłkarze w mackach mafii i podstawionych dziewczyn

To był jak na razie największy upadek 2009 roku. On, ikona nie tylko Lecha, ale całej polskiej ligi, król strzelców nagle zostaje zatrzymany przez wrocławską prokuraturę. Media z całej Polski trąbiły, że oto słynny Piotr R. ustawiał mecze. Dziś były kapitan "Kolejorza" wraca do futbolu, w barwach Warty. Co weekend walczy z pierwszoligowymi obrońcami, a każdego dnia toczy bój znacznie ważniejszy - o dobre imię. Czy kiedyś znowu będzie postrzegany jako wiecznie uśmiechnięty, sympatyczny "Rejsik"?

Wywiad został przeprowadzony w Lublinie, na początku sierpnia przed pierwszym meczem sezonu, z Motorem. W hotelu, w którym mieszkał nowy zespół Reissa, Warta Poznań. Dzień później do gry po półrocznym zawieszeniu wracał Reiss.

Wywiad ukazał się we wrześniowym Magazynie Futbol, widziałem go też w onecie.pl i na http://piotrreiss.pl/index.php?c=media&nid=31, itd.

Idea była trochę inna - miało nie być tylko o korupcji.

Kiedy piłka dawała Ci najwięcej satysfakcji?

Piotr Reiss: - Piłka ciągle daje mi bardzo dużo satysfakcji i to pomimo tego, że gram już w nią od 28 lat. Gdyby nie to, że kocham ten sport, pewnie bym do niego nie wrócił po moich lutowych doświadczeniach w prokuraturze, a potem w Lechu. Najchętniej wracam do trzech momentów. Pierwszy to 1994 rok, kiedy podpisałem pierwszy profesjonalny kontrakt z "Kolejorzem". Drugi moment, to rok 1998, gdy miałem wyśmienity sezon, który zaowocował podpisaniem kontraktu z Herthą Berlin. Trzeci - i chyba największy moment satysfakcji to rok 2004. Do niego będę często jeszcze wracał. Puchar Polski i Superpuchar... Jeden z ostatnich tak dobrych sezonów Lecha, tego przed fuzją.

Pytam właśnie dlatego, bo spędziłeś w Lechu 28 lat. Ciężko przypomnieć sobie wszystkie chwile, jeszcze trudniej w polskiej piłce znaleźć ludzi związanych z jednym klubem przez tak długi okres czasu. Trudno też znaleźć kogoś, kto po wielu latach spędzonych praktycznie w jednym klubie, nie zostałby w nim pożegnany. Niezależnie od okoliczności.

- Odnoszę wrażenie, że obecni działacze za bardzo nie utożsamiają się z Lechem jako klubem i jego historią. Patrzą na klub przede wszystkim pod kątem biznesowym, a nie da się ukryć, że Lech Poznań grający nawet w pierwszej lidze to produkt z większym potencjałem niż ekstraklasowa Amica Wronki. Nie zdziwiłbym się, gdyby w przyszłości zdecydowali się odsprzedać go dalej. Jeśli popatrzę nawet na politykę Legii to widzę w jej składzie Rybusa, Paluchowskiego, Borysiuka, a nawet Jędrzejczyka czy Machnowskiego. Stołeczny klub stawia na "zadeklarowanych legionistów". W dzisiejszym Lechu chyba nie ma pojęcia "zadeklarowanego lechity". Nie było też miejsca dla Piotra Reissa. Stwierdziłem więc, że jeśli nie mogę spełniać się w Lechu, to będę czynił to w Warcie Poznań, chociaż moje serce będzie zawsze w niebiesko-białych barwach. Byłbym dumny gdybym przyczynił się w Warcie do odkrycia kilku nowych talentów. Fakt, że Warta jest klubem numer dwa w Poznaniu, nie znaczy, że nie może wychować równie dobrych lub nawet lepszych piłkarzy niż Lech. Ja sam chcę otworzyć w Poznaniu szkółkę piłkarską.

Z Franciszkiem Smudą współpracowałeś przez trzy lata. Jak go zapamiętasz?

- Jako trener ma coś w sobie, ale dla mnie nie przemawia jako człowiek. Zachowanie, sposób bycia, jego kontaktu z innymi są - w moim odczuciu - fatalne. Myślę, że gdyby Franciszek Smuda "topił się", to z zeszłorocznego składu Lecha tylko Manuel Arboleda podałby mu bezwarunkowo rękę, bo się ściskali jak ojciec z synem. Może jeszcze "Muraś"... W miarę upływu kontraktu Smudy w Poznaniu, stawało się dla mnie coraz bardziej oczywiste, że reszta zawodników nie była dla niego nawet godnymi partnerami do pracy. Jako lechita żałuję, że przez trzy lata w "Kolejorzu" nie dał prawdziwej szansy żadnemu młodemu piłkarzowi. Smuda jest przede wszystkim nastawiony na wynik "tu i teraz". On nie ma czasu na wychowywanie młodzieży. Nie interesuje go długoterminowy rozwój piłkarzy, których ma w klubie. Wystarczy przytoczyć przykład historii z Gordanem Golikiem i Harisem Handzicem. Ileż ci biedni chłopacy naczytali się w prasie i nasłuchali w wywiadach o swoich "drewnianych umiejętnościach". Nawet jeśli trener Smuda tak myślał, to swoimi wypowiedziami zdemotywował tych chłopaków i zdeprecjonował pracę skautów Lecha.

To czemu Lech nie został na wiosnę mistrzem Polski?

- Trener Smuda mówił, że zabrakło mu wartościowych zmienników na ławce. Mi się wydaje, że zabrakło przede wszystkim zespołu. Nie było nikogo kto byłby w stanie poderwać tę ekipę od wewnątrz. Gdyby relacja między zespołem i trenerem była lepsza, Lecha nie zatrzymałby nikt. Nie było mnie w środku w końcówce sezonu, ale z moich informacji wynika, że Smudzie "rozlazła" się właśnie szatnia. Zrobił się straszny bałagan i niewiele brakowało, a doszłoby w niej do rękoczynów. Niech zabrzmi to nawet arogancko, ale twierdzę, że gdybym ja tam wtedy był, to Lech zostałby mistrzem Polski. Gdyby Bartek Bosacki został wybrany wtedy kapitanem, też mielibyśmy "majstra" w kieszeni. O tym jestem przekonany. Mam nadzieję, że Bartek w tym sezonie zrobi w zespole porządek. Chyba, że szybko przejdzie do zagranicznego klubu... Ale teraz nie ma co już gdybać, co by było, gdyby w szatni był Reiss. Może kolejna runda Pucharu UEFA, mistrzostwo Polski?

W ten sposób w ostatnim roku Twojego pobytu w Lechu koło nosa przeszedł Ci pierwszy tytuł mistrzowski. Poprzednie widziałeś jako fan z perspektywy trybun. Jak zaczęła się Twoja miłość do "Kolejorza"?

- Lechem zaraził mnie tata. Gdy miałem trzy lata pierwszy raz zabrał mnie na mecz. Na pierwszy trening trampkarzy poszedłem sześć lat później. Trener Roman Jakóbczak, legenda klubu i uczestnik mistrzostw świata 1974, robił wtedy selekcję. Stwierdził jednak, że jestem zbyt wątły i nie przyjął mnie do zespołu. W dodatku nabór był od dziesięciolatków, więc miał dodatkowy powód dla swojej odmownej decyzji. Musiałem więc poczekać. W końcu - w kolejnym roku - wyselekcjonował mnie trener Edmund Białas, jeden z członków legendarnego tercetu napastników A-B-C, Anioła-Białas-Czapczyk. Pod okiem Białasa trafiłem do trampkarzy. Treningi dzień w dzień, rok w rok… Aż w Lechu przeszedłem wszystkie szczeble piłkarskiej kariery.

Na chwilę jednak trafiłeś do Kotwicy Kórnik, później do Amiki Wronki. Byłeś młody, sam nie wiedziałeś jak potoczy się Twoja kariera. Z czego żyłeś?


- Gdy zostałem włączony do szerokiej kadry Lecha, zaproponowano mi etat na kolei. Byłem zatrudniony jako mechanik urządzeń spalinowych. Pobierałem więc nawet przez chwilę pensję z polskich kolei państwowych. Takie były czasy. Trwało to rok, potem dostałem wyprawkę i na półtora roku poszedłem odbywać służbę wojskową. W tym czasie trafiłem do Kotwicy Kórnik, gdzie świetny trener Włodziemierz Jakubowski sprawił, że jeszcze bardziej rozwinąłem się jako piłkarz. Z gry w Kotwicy nie było wielkich pieniędzy, natomiast Amica Wronki - z którą byłem związany na początku lat 90. przez jeden sezon - już wtedy płaciła naprawdę dobre pieniądze.

Jak sobie radziłeś z karierą piłkarską i wojskiem?
- To było blisko 20 lat temu. Wojsko wyglądało inaczej niż dzisiaj. Trudno było chyba mówić o profesjonalizmie armii. Ja też nie byłem wyjątkiem od tej reguły. Zdarzało się, że bez zgody przełożonego opuszczałem koszary. Pewnego razu pełniłem służbę wartownika, a w tym samym czasie moja drużyna miała rozegrać spotkanie ligowe. Opuściłem więc na cztery godziny cichaczem swoje miejsce wartownicze, zamieniając się z innym kolegą. Zagrałem spotkanie, strzeliłem bramkę... i spokojnie wróciłem na wartę. Wszystko byłoby w porządku, gdyby właśnie nie ten gol, który został odnotowany w mediach. W jednostce zrobił się mały szum. Dowódca kompanii nie dawał mi spokoju, zasypując mnie pytaniami jak to możliwe, że w tym samym czasie stałem na służbie i strzelałem bramki?

Wciąż byłeś wielkim fanem Lecha, może nawet prawdziwym fanatykiem. Ile zaliczyłeś wyjazdów?

- Pierwsze wyjazdy jako kibic zaliczyłem z ojcem, gdy miałem osiem czy dziewięć lat. Wtedy bywałem już we Wrocławiu, Szczecinie. Na dalsze wyjazdy tata mnie nie zabierał. W tamtych czasach na stadionach nie zawsze bywało bezpiecznie. Gdy dorosłem, jeździłem już sam. Dzięki temu byłem świadkiem zdobycia przez Lecha Pucharu Polski po rzutach karnych, tytułu mistrzowskiego po remisowym meczu w Warszawie na Legii. Trochę sukcesów więc jako kibic też przywiozłem.

Prałeś się czasem z policją?

- Raczej powiedziałbym, że zdarzało się, iż byłem w centrum wydarzeń wokół stadionu... Dochodziło wtedy do wielu zajść. Policja kontrolowała starcia zorganizowanych grup, ale były rozmaite pogonie za kibicami. Oberwałem kilka razy od tych, którzy nie przepadali za "Kolejorzem"... Rzadko zdarzało się to na Legii, bo w Warszawie było tak dużo ochrony, że żadna ze stron nie była w stanie przerwać kordonów policji. Częściej dochodziło do zadym w Szczecinie czy Wrocławiu. Nie byłem aniołkiem, ale też nie nazwałbym siebie prowodyrem zajść. Moja częsta obecność jako widza na trybunach sprawiła, że znam sporo osób z "kibicowskiego kotła" "Kolejorza".

Jak z Twojej perspektywy - symbolu ekstraklasy ostatnich kilkunastu lat - w tamtych czasach wyglądała liga polska? Spotkałeś wszystkich, widziałeś wszystko. Czy przez ten czas zmienili się działacze i dlaczego się nie zmienili?

- Powiedzmy sobie uczciwie: działacze w większości się nie zmienili. Na razie zmienia się struktura własnościowa klubów, a to dopiero zarzewie większych strukturalnych zmian, które nieuchronnie muszą dotknąć polski futbol. Dziś za polskimi klubami stoją zamożni ludzie, którzy wiedzą, że jeśli chcą wyciągać pieniądze z piłki, to najpierw trzeba zainwestować, mieć pomysł na klub, strategię jego budowy, uporządkować struktury organizacyjne, rozpisać zadania i - przede wszystkim - mieć odpowiednich wykonawców do tych wszystkich działań. Z tym ostatnim jest najtrudniej, bo wielu decydentów pochodzi jeszcze ze starych czasów, kiedy za klubami stały państwowe firmy sponsorujące. Wówczas liczyły się kontakty, dyspozycyjność wobec dających pieniądze na klub i w zasadzie nic innego.

Jeśli jeszcze nie wszyscy działacze, to czy jest coś, co pozwala nam mieć nadzieję, że polski futbol jednak idzie w odpowiednią stronę? Są jakieś plusy?

- Plusem jest bez wątpienia poprawiająca się nieustannie infrastruktura. Duża w tym rola polityki Ekstraklasy S.A, Euro 2012 też dołoży do tego kolejną cegiełkę. Ci zawodnicy, którzy dziś mają po 20 lat, za chwilę będą grać na super nowoczesnych stadionach. I to we własnym kraju! Weźmy na przykład taki Lubin. Dzisiaj jest tam piękna Dialog Arena, a ja pamiętam, że przez dziesięć lat musiałem grać na starym stadionie zbudowanym raczej na uroczystości dożynkowe, niż pod kątem widowisk piłkarskich… Nie mogę się doczekać jak będzie wyglądał w rzeczywistości nowy Stadion Miejski przy Bułgarskiej. Nigdy nie przypuszczałem, że w Poznaniu będzie można grać na takim obiekcie. Ale nie wszystkie stadiony zmieniają się tak pięknie jak Gdańsk, Kielce, Lubin, Kraków czy Poznań. W ekstraklasie są jeszcze stadiony, których szatnie straszą, wręcz zniechęcają do przebierania się... ŁKS, Odra Wodzisław, Polonia Bytom, a nawet zaprzyjaźniona z nami Arka Gdynia - muszą sporo poprawić w kwestii infrastruktury. Często zastanawiam się co Niemiec Marco Reich z Jagiellonii sobie myśli, gdy wchodzi do szatni "Jagi"… Może być też w szoku, gdy gdzieś pojedzie na wyjazd. Szatnie gości w całej lidze są nieciekawe. Małe, nieprzyjemne. Wszystko pływa. Mam nadzieję, że to też, wraz ze stadionami zmieni na lepsze.

Coś Cię dziwi, gdy na treningach obserwujesz dzisiejszych młodych piłkarzy albo kandydatów na nich?

- Dla mnie smutne i zaskakujące jest, że na sali gimnastycznej młodzi piłkarze nie potrafią zrobić fikołka, prostej figury akrobatycznej, na przykład gwiazdy. Większość młodych zawodników ma problem ze zwykłym skokiem przez kozła. Znam jednego świetnego piłkarza o ogromnych predyspozycjach, z niesamowitym talentem, który gdy tylko miał zrobić jakieś akrobatyczne ćwiczenie, to zawsze wychodziła z tego kupa śmiechu. Nieco mniej dziwią mniej braki w technice, bo to jest nieustannym mankamentem polskich piłkarzy od wielu, wielu lat. Za moich czasów trenowaliśmy na piachu, betonie i kępach trawy, a mimo to byliśmy w stanie wyrobić sobie jakąś technikę. To przecież nie jest przypadek, że w ekstraklasie wciąż grają Tomasz Hajto, Piotr Świerczewski - piłkarze mojego pokolenia. Grupa polskich piłkarzy o przyzwoitych umiejętnościach niebezpiecznie się zawężyła.

Lech Poznań ma za to inny wielki argument - jedno, całe województwo wielkopolskie wspiera jeden klub. Inni, czy to Wisła Kraków, czy Legia Warszawa, w swoich miastach na tak wielki komfort liczyć nie mogą.

- Lech ma wielki potencjał - rzesze kibiców. To podstawa każdego biznesu, bowiem jedynie kibice są w długiej perspektywie w stanie utrzymać klub sportowy. "Kupno-sprzedaż" zawodników to tylko element uzupełniający budżet. Mając na myśli kibiców jako sponsorów, nie utożsamiam tego jedynie z kupowaniem biletów na mecze. Jeśli z takim Lechem utożsamia się 3-4 miliony Polaków, to dla potencjalnych sponsorów jest to ogromna wartość marketingowa. Jeśli dzisiejszego właściciela Lecha będzie stać na to, by jeszcze zainwestować w klub, to właśnie - spośród wszystkich polskich klubów - Lech jest najbliższy temu by awansować do Ligi Mistrzów i - co ważne dla jego rozwoju - zadomowić się tam na dłużej. Jeśli natomiast nie będzie dalszych inwestycji, jeśli dojdzie do sprzedaży Lewandowskiego czy Rengifo, "Kolejorz" wróci tam gdzie była Amica Wronki, czyli czołówka Ekstraklasy, z reguły za plecami Wisły czy Legii, czasami Puchar Polski i udział w europejskich pucharach. Gdy zakończę karierę piłkarską, chciałbym się zająć pracą w klubie. Mam pewną wizję i pomysły, które chciałbym wdrożyć. Zresztą, przedstawiłem je kilkakrotnie prezesowi Kadzińskiemu oraz - w trakcie pożegnalnej jak się potem okazało kolacji - panu Jackowi Rutkowskiemu. Cieszę się, że część z nich jest wdrażana. Szkoda, że zabrakło w tym procesie miejsca dla Piotra Reissa.

Co byś jednak próbował zmienić, by poprawić sam poziom sportowy?

- Teoretycznie Wisła, Legia, Lech są poza zasięgiem reszty, mają duże budżety i są już na niezłym poziomie sportowym. Ale one tak rzadko grają ze sobą, że ich zawodnicy nie są przyzwyczajeni do grania pod presją co 3-6 dni. Miesiącami grają bowiem mecze, w których może trochę się zmobilizują, ale wygrywają lub w najgorszym wypadku zremisują, relatywnie niewielkim nakładem sił. Przychodzą puchary i presja i wtedy wychodzi naga prawda. Wisła nie wykorzystała kilku sytuacji z Levadią, zremisowała na swoim stadionie, w rewanżu też nie wchodziło i zaczęła się w nogach "galareta". Ale to nie wszystko. Piłkę w Polsce trzeba przebudować tak jak drogi, po których jeździmy. Powiedzmy sobie szczerze jedną rzecz: nie w każdym mieście będzie możliwe utrzymanie zespołu Ekstraklasy. Klub nie może żyć tylko z dotacji Canal+ czy też innego sponsora ogólnego ligi. Taki klub nie ma szans się utrzymać w dłuższym terminie. Myślę, że piłka na poziomie najwyższej ligi ma szansę istnieć tylko w ośrodkach, które są w stanie kiedyś mieć średnio 30-tysięczną widownię na każdym meczu. Z takiej mieszanki można ułożyć już solidny budżet i zakontraktować porządnych graczy. Trzeba też z rozgrywek piłkarskich zrobić coś na kształt rywalizacji miast, wtedy co tydzień społeczeństwo całego regionu będzie żyło meczem.

Nie denerwuje cię, że w lutym, grając jeszcze w Lechu, pod korupcyjnymi zarzutami zostałeś zawieszony w prawach zawodnika przez ludzi, którzy wcześniej pracowali dla Amiki, ludzie, którzy za uszami swoje mają?


- Pamiętam finał Pucharu Polski z 1998 roku rozegrany - nomen omen - na stadionie przy Bułgarskiej. Ówczesny mecz Aluminium Konin - Amica Wronki zakończył się wynikiem 3:5, a prasa nie zostawiła suchej nitki na sędziach prowadzących te zawody. Dzisiaj Lech gra na licencji Amiki - o czym włodarze sami mówią - więc próbując odpowiedzieć na to pytanie, staję przed nie lada kłopotem. Niech to pytanie więc pozostanie bez komentarza.

W Polsce nie ma wielu książek o piłce, a Ty właśnie taką wydajesz. O czym dokładnie będzie Twoja?

"Piotr Reiss - spowiedź piłkarza cz. I" będzie o całym moim dotychczasowym życiu, o całej mojej karierze piłkarskiej, a także o wydarzeniach wokół klubów, w których grałem w ostatnich kilkunastu latach. Będzie też sporo wątków z czasów Amiki, czy też ostatniej wiosny w Lechu Poznań. Książka daje mi naprawdę dużo frajdy, ale spisanie jej trwało bardzo długo. Ze względu na napięty terminarz i obwiązki sportowe, jej wydanie planuję na drugą połowę września, a o szczegółach poinformuję na swojej stronie - www.piotrreiss.pl.

Odkąd zostałeś zatrzymany, dziennikarze dużo rzadziej dzwonią do Ciebie?

- I tak, i nie. Był czas w ostatnich miesiącach, gdy sam stroniłem od miejsc publicznych i kontaktu ze środowiskiem dziennikarzy i sportu. Ten czas mi dobrze zrobił, bo sprawił, że dotarło do mnie przesłanie jednej z piosenek Perfectu: "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść". Jestem dorosłym człowiekiem i wiem, że przychodzi moment, w którym światła jupiterów są skierowane na innych. W zawodzie dziennikarza jest pewnie podobnie? Starszego dziennikarza też gdzieś zepchną do kąta, zaszufladkują, powiedzą, że jest nierozwojowy. To nie jest miłe, ale takie są realia. Pogodziłem się z tym, że nie jestem na pierwszym stronach gazet. Nigdy nie byłem nastawiony źle do mediów, choć od momentu mojego zatrzymania w lutym coś we mnie pękło i teraz jestem dużo bardziej ostrożny w kontaktach ze środkami przekazu. Nie mogę przejść obojętnie obok widowiska, jakie zrobiono w telewizji czy radiu z mojego zatrzymania. Przecież w Polsce każdego można zatrzymać na 48 godzin a następnie zwolnić do domu. To się może przytrafić każdemu człowiekowi, ale kiedy zatrzymano Piotra Reissa, nie czułem w mediach nawet cienia chęci obrony mnie jako człowieka. Co więcej wielu "przyjaciół" odwróciło się ode mnie, nawet ci niby z niebiesko-białą krwią. Ale czas goi rany.

Czyli masz żal o sposób w jaki Cię zatrzymano?

- Równie dobrze można było mnie wezwać przez telefon, przysłać wezwanie poprzez dzielnicowego lub listem poleconym. Stawiłbym się do prokuratury. Zrobiono to jednak w inny sposób i zatrzymano mnie niczym członka niebezpiecznej mafii. Cóż, piłka to też polityka. Być może jakiś inny zatrzymany - ratując własną skórę - próbował wkręcić jakąś znaną piłkarską personę w nieczyste sprawki i padło na mnie... Przypadkowo było to tuż przed meczami z Udinese... Był to więc nośny temat. Choć ja powtarzam od wielu miesięcy: niczego złego w życiu nie zrobiłemi. Dlatego liczę się z tym, że na wielu boiskach i wyjazdach nie będę akceptowany przez kibiców. Ale myślę, że kiedyś i tak wszystko wyjdzie na światło dzienne i wtedy każdy będzie mógł zobaczyć jak było naprawdę. Ciężko będzie mi odbudować swoje nazwisko, ale będę o to jednak walczył.

Zawsze powtarzasz: nigdy nie sprzedałem meczu Lecha, a nigdy nie zaprzeczasz temu, że dla Lecha jakiś mecz kupiłeś.

- To mogę to teraz powiedzieć: nigdy nie sprzedałem, ani nie kupiłem meczu Lecha. Też to mówiłem, ale każdy z kontekstu wyciąga to, co chce wyciągać. Po zakończeniu śledztwa wszyscy poznają prawdę. Wpłaciłem kaucję, zobowiązałem się nie ujawniać szczegółów, więc zbyt wielu rzeczy w tej chwili mówić nie mogę. Z drugiej strony, widzisz, będę miał o czym pisać w drugiej części mojej autobiografii. Jak ja kiedyś powiem za co mnie zatrzymali, a powiem na pewno, gdy sprawa się zakończy, to wszyscy będą w szoku. Pomyślą: - Dlaczego to zatrzymanie przebiegło akurat w taki sposób? A może komuś zależało na tym? Jeśli za tak słaby zarzut robi się takie zatrzymanie, to znaczy, że o coś w tym wszystkim chodziło. Że ktoś tak przeprowadzonego zatrzymania potrzebował. Miałem sześć miesięcy na przemyślenie tego. Wszystkie puzzle sobie powoli układałem w głowie. Chociaż dziwi mnie, że spośród 100 czy 200 zatrzymanych piłkarzy - w tym także tych, którzy w przeciwieństwie do mnie przyznali się do korupcji - podobno jedynie moja teczka dotarła do PZPN. Ale może to i dobrze, bo moja sprawa będzie szybciej wyjaśniona?

Z Twoją osobowością to niemożliwe, żebyś stał w kącie szatni i o niczym nie wiedział. Piotr Reiss to nie jest typ człowieka, który się chowa.

- Wiesz, jako kapitan zespołu otrzymywałem przed meczem wiele telefonów. Gdy odbierasz telefon, to na dobrą sprawę nie wiesz, kto jest po drugiej stronie słuchawki. To może być każdy - kibic, dziennikarz, to może być też prowokacja. Ja na przykład dostawałem telefony od kibiców z pogróżkami, którzy przedstawiali się za działaczy. Dziś znaleźć mój numer to nie jest wielki problem i każdy może zadzwonić. Próbowali mnie też podchodzić pod kątem odpuszczania meczów. Mówiłem człowiekowi: - Panie rób pan co pan chcesz, ale do mnie pan nie dzwoń i mnie w to nie mieszaj. Zawsze sprawę stawiałem jasno. Chwilę później wchodziłem do szatni i mówiłem: - Panowie, dzwonił ktoś do mnie. Sondował temat sprzedania meczu, więc uważajcie, bo w najbliższej kolejce może coś być na rzeczy. A i tak się okazywało, że czasem ktoś coś odpuścił. Mieliśmy kiedyś bramkarza-obcokrajowca, mniejsza o nazwisko. Po jego wyjeździe do swojego kraju, jak zaczęły wychodzić na światło dzienne różne historie, to okazało się, że co drugi mecz ów "stranieri" nam bronił "w drugą stronę". Okazało się, że wiedzieli o tym niemal wszyscy - działacze innych zespołów, piłkarze, trenerzy. I co mieliśmy z tym już zrobić? Nie masz na to wpływu. A przykłady Piotra Dziurowicza nie nastrajały motywacyjnie do rozgłaszania tego typu sytuacji w prasie. Każdy dziennikarz i tak wiedział, co jest grane, a jednak nie napisał...

Nie masz kontroli w szatni? Nie wiesz co się w niej na co dzień dzieje?

- Nie jestem w stanie z każdym spędzić 24 godzin, spać z nim, cały dzień za nim chodzić. Jeśli dostałem sygnał, to stawiałem sprawę jasno, że kto odpuści mecz, nie ma szans wejść do tej szatni. Wiesz, ja dużo w swoim sportowym życiu się nasłuchałem różnych opowieści. Zanim ja wszedłem na dobre do piłki, o wszystkim decydowała partia albo miejscowy kombinat, w którym zatrudnieni byli piłkarze. Wchodził prezes do szatni i mówił: - Panowie, musicie grać tak i tak, bo jak nie, to was wyp… do kopalni. Pięćset metrów na dół! Krótka piłka. Ilu miało odwagę postawić się szefowi? Po dominacji partyjnych bossów, przyszły lata 90., a w nich rządzili już sędziowie. Korupcyjna mentalność jednak została ta sama.

Poznań to specyficzny klimat. Kiedyś jednemu z dziennikarzy ktoś w Poznaniu ukradł spod domu samochód. Dziennikarz zwrócił się z tym do jednego z piłkarzy Lecha. Po dwóch dniach samochód stał znów przed jego domem.

- To musiał być dobry dziennikarz, albo dobrze pisał o klubie… A tak poważnie mówiąc… W jednym mieście wszyscy się znają. Myślisz, że ten co łapie, nie zna tego, który kradnie? Przecież oni dobrze się znają. Każdy o wszystkim wie. A nawet czasami jest tak, że w jednym mieście przymykają oko na tego, który kradnie, bo on im sprzedaje jakieś informacje, kto kradnie więcej. Tak nie jest tylko w filmach. Wiadomo, że środowisko się zna. W Poznaniu miałem okazje spotykać się i z prezydentami, i z wysoko postawionymi policjantami, ale też z tymi, których uważa się na bandytów i złodziei. Jeśli jest się osobą publiczną w jakiejś społeczności, to zna się praktycznie wszystkich.

Pytałem o ten poznański klimat, bo pamiętasz rok 1998 i sprawę z sędzią Żyjewskim. Miałeś mu ponoć grozić spaleniem domu. Później tam wylądował koktajl Mołotowa.

- Ktoś mu się najwyraźniej pomylił. Pozwał mnie do sądu, ale doszliśmy wtedy do porozumienia. Sytuację z Żyjewskim zapamiętałem dobrze, ale z innych względów. W czasie procesu byłem już zawodnikiem Herthy Berlin. I Niemcy zachowali się dużo lepiej niż wiosną ludzie, którzy zarządzali Lechem. Działacze Herthy dali mi swoich najlepszych prawników. Powiedzieli: - Piotr, masz najlepszych ludzi, oni mają tę sprawę rozwiązać. Lech zagrał w drugą stronę. Po zatrzymaniu odcięli się ode mnie. Mimo 28 lat w klubie.

Jeśli w tej chwili nie możesz pracować w Lechu, to czym się zajmiesz? masz jakiś alternatywny plan na życie?

- Może sam kiedyś będę dziennikarzem? Kiedyś w Hercie Berlin w pokoju mieszkałem z Thomasem Helmerem, kiedyś piłkarzem Bayernu Monachium. Dzisiaj jest dziennikarzem sportowym, pracuje dla stacji DSF. Nigdy nie wiadomo, zwłaszcza, że niedawno komentowałem mecz Bundesligi dla Eurosportu. Chociaż zawsze marzyłem o roli dyrektora sportowego w Lechu. Znam się na piłce, a z racji kilku moich lat spędzonych zagranicą mam szerokie kontakty m.in. w Niemczech i na Bałkanach. Miesiąc po zatrzymaniu zdałem sobie sprawę, że - kurczę - nie będę chodził przecież bocznymi uliczkami tylko dlatego, że media zrobiły ze mnie Piotra R. Dalej jestem Piotrem Reissem, strzeliłem ponad sto goli w lidze.

Rozmawiał Przemysław Zych

poniedziałek, 12 października 2009

CHULIGANY TERORIZOVAL OBYVATELE PRAHY



W końcu poczułem się jak dziennikarz, który relacjonuje coś więcej niż tylko to, czy do siatki wtoczyła się piłka. To była adrenalina, stres, zagrożenie, nad głową latały petardy, race, tłum tratował ludzi, wierzgały konie. W Pradze podążając za kibicami znalazłem się w samym centrum starć chuliganów z czeską policją.

Futbol News, nr 21, 12-14 października 2009

Piątek. Godzina siedemnasta. Północno-zachodnia część Pragi. W kameralnym hotelu Crowne Plaza Castle, w którym mieszka reprezentacji Polski, panuje cisza i spokój. Podobnie jeszcze jest w centrum Pragi. Rynek Starego Miasta okupują turyści z całego świata. Kupują pamiątki, robią sobie zdjęcia. Ani widu i słuchu po polskich kibicach.

Sobota. Godzina dziewiętnasta. Dookoła stadionu Sparty Praga trwa walka polskich zadymiarzy z policją. Ponad dwa tysiące Polaków otacza kordon niemal tysiąca funkcjonariuszy. Trafiłeś do niego, nie masz już szans wyjść. W ciasnej uliczce przy kołowrotkach i bramie wejściowej wybuchają petardy, w ruch idą policyjne pałki, w oficerów policji trafiają płonące race. Widok spłoszonych koni w gęstym tłumie Polaków na tle czerwonego ognia oznaczają jedno - jest źle. „Zawsze i wszędzie policja j… będzie” – próbie sił współczesnych gladiatorów od kilku minut towarzyszy ta przyśpiewka. Co się dzieje wewnątrz, trudno zgadnąć. Widoczność ogranicza już dym.

– Spier…my! – dobiegł krzyk. Część tratowanych, wziętych w kleszcze, spanikowanych Polaków w końcu przerywa kordon policji, by wydostać się na zewnątrz. Ucieczce przynajmniej tysiąca kibiców towarzyszy ryk godny starć w starożytnym Koloseum. W uciekających trafiają race, rzucane przez resztę Polaków z przeciwległej strony. Nikt nie wie już o co chodzi. Nikt nic nie widzi. Trzeba uciekać. Na ulicy leży kilka stratowanych osób. Atmosferę doprawia huk latającego nad stadionem helikoptera i ujadanie psów. Obrazek jak z wojny. Dantejskie sceny. Za ponad godzinę zaczyna się w centrum Europy mecz piłki nożnej. Z drugiej strony pod stadion spokojnie zajeżdża polski autobus i busy z VIP-ami.

Obawa. Tak można podsumować to, co przed meczem czuli wszyscy Czesi. Już piątkowy „Sport” w artykule „Prijedou zbesilci” informował o przyjeździe polskich chuliganów. Obok tekstu zamieszczono ranking wskazujący najniebezpieczniejszych chuliganów w Europie. Byli nim oczywiście Polacy, którzy wyprzedzili Rosjan, Serbów, Chorwatów, Anglików i Turków...

Atmosferę podgrzewały wszystkie czeskie gazety. Informacje dotyczące tego, co wyrabiający maskujący się za szalikami polscy chuligani zdominowały wiadomości z obozu reprezentacji Stefana Majewskiego. Na dobrą sprawę, polscy piłkarze nikogo nie obchodzili. Liczył się tylko najazd „hord kibiców”.

W piątek wieczorem będąc w Pradze nie można było przeoczyć ryku „Biało-czerwone barwy niezwyciężone” w małych, ciasnych praskich uliczkach. Gdy w jednym z pobliskich pubów, miejscowi zanucili „Czesi do toho” (Czesi naprzód), wydawało się, że może sprawdzić się najczarniejszy scenariusz kreślony przez media. Na polskie przyśpiewki, Czesi odpowiedzieli jednak krzykiem „Polska, Czesko - together”. Osłupiali polscy kibice nie mieli wyboru. Przyłączyli się do Czechów. Ci mieli szczęście. Zadymiarze dopiero pakowali manatki i w Pradze mieli pojawić się dopiero w dniu meczu.

W piątek, nim doszło do jakichkolwiek starć z policją, o obawy i antypolskie nastroje zapytaliśmy jednego z taksówkarzy. – E tam. Gazety zawsze pompują balon, a później nic się nie dzieje. Wyolbrzymiają każdy fakt. U was też tak jest? – dopytywał Vaclav. Po chwili milczenia taksówkarz pytał nas już jedynie o meczowe typy. – Ile będzie? W patriotycznym odruchu odpowiedzieliśmy, że wygra Polska. Vaclav gwałtownie zwolnił. – Tak? Vypadni! – śmiejąc się chciał nas wyrzucić z samochodu – Chyba w to jednak wątpicie? Ten wasz nowy trener to podobno straszny oryginał. My też mamy małe szanse na awans. Jesteśmy w tej samej sytuacji. Musimy wygrać dwa mecze i liczyć na pomoc Słowaków – mówił Vaclav, który jeszcze nie wiedział, że na pobratymców nie ma co liczyć, bo Słowacy przegrali 0:2 ze Słoweńcami.

Do pierwszych starć doszło dopiero w sobotnie popołudnie, gdy do Pragi nocnymi pociągami zjechali zadymiarze. W tym czasie w wygodnym barze hotelowym w przyjaznej atmosferze toczyła się dyskusja kilku VIP-ów. Powszechne zdziwienie wywoływała obecność w składzie Piotra Polczaka. Z miasta z drobnymi upominkami wracali działacze PZPN – Grzegorz Lato, Zdzisław Kręcina, Antoni Piechniczek i Adam Olkowicz. Jak widać w przeciwieństwie do Leo Beenhakkera, Stefanowi Majewskiemu nie przeszkadza obecność pezetpenowskich notabli w tym samym hotelu.

Kilka kilometrów dalej w uliczkach praskiego starego miasta policja pałowała polskie grupy zadymiarzy, które atakowały przechodniów. W północno-zachodniej części miasta Piechniczek z Olkowiczem szli właśnie na spacer.

Wydarzenia postawiły policję w stan gotowości. Zdecydowała się wytoczyć najcięższe działa. Uznano, że postawienie czoła czterem tysiącom Polaków, wymaga mobilizacji aż dziesięciu tysięcy funkcjonariuszy. Wielu patrolowało miasto również w cywilnych strojach. - To największa operacja policyjna w Pradze w ostatnich latach. Przygotowania do tego wydarzenia zabrały nam prawie dwa miesiące – mówiła rzecznik policji.

W okolicach hotelu polskiej reprezentacji w oczy rzucała się grupka około pięćdziesięciu kiboli. Ubrani w ten sam sposób (czarne ortalionówki z napisem Arka Gdynia), identycznie uczesani (modnie – na jeden milimetr!). Przed grupką i za nią podążało łącznie pięć samochodów policyjnych. Tak było w każdej części miasta. Wszystkie grupki były monitorowane i miały swoich opiekunów.

Praga się wyludniła i zamarła. Na cztery godziny przed meczem na rynku starego miasta czescy sprzedawcy pospiesznie zamykali budki sklepowe. Zamiast turystów zabytkowe miejsce wypełniło się chmarą ubranych w polskie szaliki, zakapturzonych kibiców. Naprzeciwko nich stały nieruchomo kordony policji. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej rynek tętnił życiem, słychać było szepty sprzedawców trawki: „Marihuana?”. W sobotę wieczorem wszyscy zniknęli. Sytuacja na rynku przypominała szachy, żadna ze stron nie chciała wykonać ruchu. Ani kibice, ani policja nie wyglądali też na zainteresowanych pamiątkami.

– Dziękuję, my już lepiej pojedziemy do domu – mówił Petr, sprzedawca naszyjników.

Ubaw mieli tylko turyści. Przestali robić sobie zdjęcia na tle katedry, a zaczęli ustawiać się przed polskimi kibicami i kordonami policji. To była największa atrakcja dnia w Pradze.

– To przezabawne co się tu dzieje – nie mogąc uwierzyć w to, co widzą, angielscy turyści komentowali zajścia, przy okazji robiąc zdjęcia i wszystko filmując.

Gdy przy dźwiękach bębnów trzy tysiące kibiców nagle ruszyło z rynku w długi pochód w kierunku stadionu, wycieczki turystów z całego świata obserwowały to ze zdziwieniem, stojąc na pobocznych murkach i ławkach. Z uśmiechem na twarzach, jakby zaskoczeni, że coś takiego mogło przytrafić im się w dniu, w którym odwiedzali stolicę Czech, unosili kciuki rąk w geście sympatii.

Nie wszystkie zachowania polskich kibiców w Pradze jednak na takie gesty zasługiwały. To nie przypadek, że sklepy, które znalazły się na drodze pochodu, były już zamknięte albo zostawały na widok polskich fanów.

Uśmiechnięci Azjaci nie wiedzieli jaki jest powód radosnego podskakiwania kilku tysięcy polskich kibiców. Przyśpiewka „Kto nie skacze ten z policji – hej, hej!” towarzyszyła im aż do końca drogi na stadion wokół syren i otaczającego ich kordonu funkcjonariuszy.

Polacy na swój sposób sterroryzowali mieszkańców miasta, sprawili, że życie w Pradze zamarło. Tworzyły się gigantyczne korki. Tylko przyjazdy Anglików są w stanie postawić Pragę w stan podobnego zamarcia. Za maszerującymi kibicami aż do końca podróży ciągnęła się grupka zaciekawionych Czechów i reporterów miejscowej telewizji, która na bieżąco śledziła wszystkie wydarzenia.

W tym czasie w zaciszu szatni do meczu przygotowywali się piłkarze. Po końcowym gwizdku Jerzy Dudek złapał schodzącego z boiska Dawida Janczyka, poprosił go o podziękowanie polskim fanom i wskazał mu drogę pod sektor Polaków. Gdyby Dudek wiedział jak wiele zdrowia i stresu kosztował ten dzień czeskich funkcjonariuszy i mieszkańców Pragi, pewnie zastanowiłby się dwa razy, po czym wysłałby Janczyka prosto do szatni. Świetny doping to jedno. Zachowanie poza stadionem – to drugie. W sobotę w Pradze Polacy przegrali na stadionie i poza nim. PRZEMYSŁAW ZYCH