czwartek, 6 września 2012

ZAPATRZONY W BORUCA

 
Wojciech Pawłowski, bramkarz Lechii Gdańsk, szturmem wziął ekstraklasę. Przeciwnicy go nie lubią, bo młodemu między słupkami odbija szajba. Ale się z nim liczą.

CZYTAJ TEŻ: Czemu Legia nie chciała Wojtka Pawłowskiego? - sylwetka bramkarza

"Zapatrzony w Boruca"
("Przegląd Sportowy", 23.03.2012)


Szatnia Lechii Gdańsk po poniedziałkowym meczu z Koroną Kielce. Zespół zremisował 0:0, ale kilku piłkarzy rozpamiętuje sytuację, w której Wojciech Pawłowski w polu karnym pociągnął za koszulkę Daniela Gołębiewskiego i sprowadził go do parteru.
– Mógł być karny, co ty robisz? – jeden z graczy zwrócił uwagę 19-latkowi. Drużyna walczy o utrzymanie, liczy się każdy punkt. Pawłowski wzruszył tylko ramionami. – „Przecież i tak bym tego karnego obronił".
Oto najmłodszy, regularnie grający piłkarz ekstraklasy sezonu 2011/12. Mentalny następca Artura Boruca, który na razie w lidze nie przegrał w sytuacji sam na sam z napastnikiem. Siedem razy zachował już czyste konto i po sezonie wyjeżdża do włoskiego Udinese. Za kilka lat okaże się, czy dorówna Borucowi pod względem umiejętności i sukcesów.
– Taki mam charakter. Wszystko po mnie spływa. Nie interesuje mnie, co ktoś opowiada za moimi plecami, czy pisze o mnie źle na forum. Wyznaję zasadę: Jeśli jesteś taki cwany, powiedz mi to prosto w oczy. A gdy czasem czytam, co się o mnie wypisują w internecie, to się aż turlam po podłodze ze śmiechu – mówi pewnie Pawłowski.
– Są napastnicy, którzy gdy nie strzelą karnego, to potem przez dwa dni chodzą ze zwieszoną głową. Nie odzywają się do nikogo. Całym sobą mówią: spudłowałem! A ja wychodzę z założenia, że jak nie złapałem jednej piłki, to złapię dwie następne – puszcza oko.

Nie zmienię się
Przełomowy był mecz z Bełchatowem. Wojciech Pawłowski za linią boczną starł się z Pawłem Buzałą. Bezpardonowo go zaatakował, złapał za gardło i zwyzywał. Odważnie, jak na ligowy debiut 18-latka. W tym meczu Buzała trzy razy pomylił się w sytuacjach sam na sam z Pawłowskim. Z tygodnia na tydzień nastolatek coraz bardziej się w bramce nakręcał. Każda interwencja dodawała mu pewności siebie. Roztoczył wokół siebie aurę faceta, którego nic nie zatrzyma.
 – Wcześniej taki nie byłem. Ale wchodzę do bramki, bronię jedną sytuację, drugą. Rozpiera mnie energia, łapię za szyję Buzałę, a potem przychodzą następne mecze. Trzy bez puszczonego gola, w tym z Lechem, którego jeszcze niedawno oglądałem tylko w telewizji. Najlepszy napastnik ligi Rudniew wyjeżdża z Gdańska bez gola... No i teraz nie boję się niczego – ekscytuje się Wojciech Pawłowski, po czym przyznaje, że zdaje sobie sprawę, że przyczepiono mu łatkę świra:
– Mogę wyjść z bramki, złapać za koszulkę, albo kopnąć. Ludzie się ze mnie śmieją. Mówią, że mam mocną głowę, ale też że jestem pokręcony. Nie kontroluję tego, co robię – uśmiecha się.

Cwaniaczek
W czasie meczu jest tak nakręcony, że co chwilę ściera się z napastnikami. Dynamicznym wyjściem zatrzymał Daniela Matuleviciusa z Cracovii, ale Litwin zahaczył go nogą, Pawłowski podskoczył wściekły i zbeształ ogromnego napastnika, jakby miał do czynienia z juniorem. Daniela Gołębiewskiego, który spychał go do bramki w czasie rzutu rożnego i odpiął mu rzep w rękawicach, uderzył w plecy.

– Nie można sobie dać wejść na głowę, a Gołębiewski to cwaniaczek. Taki ma styl. Ponoć kiedyś w trakcie meczu schylił się i rozwiązał sznurowadła w bucie bramkarzowi! Dekoncentrowanie rywala to część gry – przyznaje, bo sam tak wciąż robi.
 – Gdy rywale słyszą, co wygaduję w czasie meczu wpadają w wściekłość: „Ten gnojek ma 19 lat?! Jak on się odzywa?". Słyszałem jak niektórzy mówią: „Zagrał kilka meczów i się wozi. Jak zagra kilkadziesiąt, to będzie mógł się odzywać na boisku!" – śmieje się.
 W meczu z Jagiellonią wybronił sytuację sam na sam z Tomaszem Kupiszem. Od razu wykorzystał okazję, żeby zakpić z rywala. W odpowiedzi usłyszał krótkie: – Morda!
– Ale co tam, niech sobie krzyczy. Gul mu stanął, że nie strzelił. Pewnie ludzie chcieliby żebym siedział cicho w bramce, ale ja tak nie potrafię. Mam 19 lat, taki już jestem i raczej się nie zmienię. Piłką trzeba się bawić – mówi pewnie, ale prostuje rewelacje portalu weszło.com, jakoby krzyczał prosto do ucha Arkadiusza Piecha, a do Marka Saganowskiego zaczepnie rzucił: – Strzały takich jak ty, łapię jedną ręką.
– Przecież to zajęłoby mi ze trzy sekundy. To nielogiczne. Z Saganem było lekkie spięcie, ale w czasie meczu nie ma czasu, żeby po złapaniu piłki móc coś takiego powiedzieć. Czytałem też, że biorę przykład z Wojtka Szczęsnego, bo krzyczę napastnikom wprost do ucha. Ale nie przypominam sobie, żebym komuś tak zrobił – mówi.

Podgląda Boruca
Na razie ze wszystkich wywoływanych przez siebie burz wychodzi z uśmiechem na twarzy. Gdy po meczu z Koroną został zapytany, co myśli o spotkaniu, wypalił: – Nie chcę ośmieszać Korony, ale to co oni prezentują, to jest czwarta liga. Nie starają się w ogóle grać piłką.
W klubie zawrzało, trener bramkarzy Dariusz Gładyś rozpalił się do czerwoności. Ale są pewne granice zabaw z rywalami. Pawłowski nie bawi się w prowokacje w tunelu przedmeczowym.
– To nie ma sensu. Tam się koncentruję. Co z tego, że coś komuś wykrzyczę w twarz, a on za chwilę mi strzeli trzy? Tylko sobie wstydu narobię. Podejdzie taki po po meczu i spyta: „I co młody?". Raz już podszedł, Ermin Seratlić z Jagiellonii. Przegraliśmy 0:1, leżałem załamany. I co mogłem mu odpowiedzieć? – kiwa głową.
Zdaje sobie sprawę, że przez napięcia które tworzy w polu karnym, rywale mają większą satysfakcję, gdy go pokonają. Tym bardziej, że 19-latek za chwilę wyjeżdża do Udinese, które zgłosiło się po niego do Lechii. Został sprzedany za 500 tysięcy euro, ale działacze liczą na milion euro, zakładając, że Pawłowski zrobi karierę na włoskich boiskach. Aby ułatwić sobie drogę w przyszłym tygodniu rozpoczyna naukę języka. Przyznaje też, że od dawna podpatruje Boruca, który broni w Fiorentinie.

Kelemen! Pareiko! 
Ludzie charakterni i niepokorni osiągają więcej w piłce. Ale pod warunkiem, że dobrze ocenią swoją wartość. Pytanie, które dziś stawiają sobie w Lechii, to czy pewność siebie nie zgubi Pawłowskiego zaraz po wyjeździe do Włoch. Czy droga, którą obrał jest właściwa?
Ale też nikt w Lechii nie odważy się powiedzieć, że miejsce, w którym się znalazł zawdzięcza jedynie charakterowi. Na treningach, jak opowiadają zawodnicy Lechii, zdarzają się sytuacje, w których po strzale z dalszej odległości wydaje się, że piłka wlatuje już do bramki, a on jednak w jakiś niewiarygodny sposób wybija futbolówkę. Gdy mu się uda obronić, chodzi dumny jak paw i wszystkich podpuszcza. Czasami denerwuje starszych piłkarzy, wykrzykując na głos nazwiska ligowych bramkarzy.
– Gdy uda mi odbić trudną piłkę, to krzyczę na cały głos: „Pareiko!" albo „Kelemen!". Futbol to zabawa. Nie wiem, czego ludzie by chcieli? Żebym chodził smutny i się popłakał, bo puściłem gola? Nie na tym polega życie bramkarza. Przykład z NBA: Jak LeBron James zrobi wsad, to krzyczy, bije się klatkę! Ma zapakować do kosza i spuścić głowę? – pyta nowy bramkarz Udinese.
Wie, że do stania się kompletnym zawodnikiem na tej pozycji brakuje mu więcej niż  tylko poprawić grę na przedpolu. Byli bramkarze zwracają uwagę, że musi intensywniej pracować nad ustawieniem na linii. Raz już też zgubił go efekciarski styl bronienia, gdy z Wisłą odbił na róg strzał z rzutu wolnego Maora Meliksona. Powtórki pokazały, że piłka leciała ponad metr obok słupka, a po rogu krakowianie strzelili gola.
Potrafi to wytłumaczyć Józef Młynarczyk, trener bramkarzy reprezentacji młodzieżowej, w której Pawłowski zadebiutował miesiąc temu. Zdobywca Pucharu Europy z 1987 roku uważa, że nadpobudliwość lechisty to efekt ogromnych chęci, ale z czasem nastolatek zacznie podchodzić rozsądniej do swojej gry.

Człowieku, opanuj się!
Podobnie jest z jego gwałtownymi wyjściami z bramki. Pawłowski nie kalkuluje i natychmiast wybiega, więc zdarzają mu się nawet interwencje głową na 30 metrze od bramki. Ta nieprzewidywalność to na razie jego atut, bo w bramce potrafi zachować się tak, jak podręczniki bramkarskie mówią, że zawodnik na tej pozycji nie ma prawa.

Oryginalna jest przede wszystkim jego gra nogami. O agresywny styl pretensje miewał trener Gładyś i reszta drużyny. Gdy młodziutki Pawłowski pojawił się na treningach, nie przebierał w środkach. Ładował się wyprostowanymi nogami w napastników, ryzykując połamaniem kolegów.
– Wchodziłem prosto w kolana. Słyszałem: „Co ty robisz?! Człowieku! Opanuj się". Ale  to, co robię na treningu przekłada się na mecz, więc każde wyjście jest ważne. Każdy ma swój styl, ja wychodzę w taki sposób, chociaż podglądam też jak to robi Artur – mówi.

Gdy w meczu z Wisłą interweniował przy strzale Kew Jaliensa z bliskiej odległości, rozłożył „gałęzie" i rzucił mu się pod nogi. Nie zapobiegł utracie gola, ale ściął Holendra.
 – Widziałem, że się mnie przestraszył. Nie trafił czysto w piłkę. Poleciała mi pod ręką, odbiła się dopiero od poprzeczki. Gdy wylądowałem na ziemi, pomyślałem sobie: „Mam nadzieję, że nic mu nie zrobiłem..." Podchodzę, patrzę, a on ma kilkucentymetrową dziurę w ochraniaczu! Przez rozerwaną getrę widziałem skórę na piszczelu. Znieśli go, popsikali, wrócił do gry. Całe szczęście, bo nie chciałem zrobić mu krzywdy. Ale swojego stylu przez to nie zmienię. Ani na boisku, ani poza nim.

LIGA NIEPRZEWIDYWALNA

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

PRINT SCREEN Z FOOTBALL MANAGERA?

Czy za 10 lat dzieci uznają ten obrazek za "print screen" z Football Managera? 

Kolejorz przestał być ekspresem, zwolnił, jedzie teraz z prędkością pociągu towarowego, ale przecież mogło być jeszcze gorzej – mógł praktycznie całkowicie wyhamować, gdyby wiosną 2012 nie awansował do Ligi Europy. Ten tekst jest właśnie o tym. W lutym wraz z Maćkiem Henszel nakreśliliśmy różne scenariusze. Na koniec rundy wiosennej Lech ostatecznie wdrapał się na miejsce, dające start w eliminacjach Ligi Europy (dopiero po zwolnieniu Jose Mari Bakero, o co dopominałem się w komentarzu obok tekstu). Ale artykuł jest uniwersalny – warto do niego zajrzeć za każdym razem, gdy rozstrzyga się sezon.

Lech Poznań miał zdobyć mistrzostwo, a potem przedrzeć się do Ligi Mistrzów. Dziś wokół projektu zapanowała cisza. Klub zadowoliłby się Pucharem Polski, który pozwoliłby odetchnąć... księgowemu.

"Obrona przed zapaścią"
("Przegląd Sportowy", 17.02.2012)

– Idziemy na Championa! – takie hasło padło latem zeszłego roku w trakcie prezentacji drużyny. Dziś zamiast mocarstwowych planów jest tylko 5. pozycja w ekstraklasie i wymiana listów między zaniepokojonymi kibicami a właścicielem Jackiem Rutkowskim. Zamiast 15 tysięcy sprzedanych karnetów na rundę wiosenną poprzedniego sezonu jest ledwie 7 tysięcy. Zamiast lidera na polskim rynku jest prekursor metod oszczędzania. Dlatego tak trudno sobie wyobrazić, co jeszcze mogłoby nastąpić, gdyby po rundzie wiosennej Lech drugi rok z rzędu nie awansował do europejskich pucharów. – To będzie absolutny zawód, jaki sprawimy kibicom i sobie. W efekcie nie będziemy się tak dynamicznie rozwijać jak do tej pory. Ale na pewno nie stanie się tragedia w tym sensie, że zgasimy światło i zamkniemy stadion – zapewnia prezes Lecha Karol Klimczak. Andrzej Juskowiak, były reprezentant Polski, w przeszłości związany z klubem, zauważa jednak:
– Jeden rok bez europejskich pucharów może się przytrafić. Przy drugim powstaje już spory problem.

Przegapiona szansa
Ten problem to ponowny spadek budżetu (wcześniej do 45 milionów złotych, a teraz być może nawet do 35 mln, czyli pułapu Śląska Wrocław). Pustawy stadion. Nowy, słabszy zespół w kolejnym sezonie. Koniec z kontraktami na poziomie 300 tysięcy euro. Lech jako ośrodek szkolący młodzież wchodzący na podium tylko z doskoku, raz na jakiś czas. Sportowa, wizerunkowa i finansowa klapa w wyścigu z Legią i Wisłą. Dla kibiców Lecha, jeszcze przed chwilą marzących o monopolu w ekstraklasie, taki stan rzeczy to byłby dramat. Przyczyn zapaści można jednak szukać w działaniach sprzed roku. Albo nawet jeszcze wcześniej. Błędy popełniono po największych sukcesach.

 – Półtora roku temu widziałem olbrzymią szansę, aby Lech odjechał reszcie ligi na kilka lat. Zespół był gotowy, ale kilka transferów dałoby drużynie inną jakość. Ta szansa została przegapiona. Przed eliminacjami Ligi Mistrzów zabrakło decyzji – mówi Juskowiak. 13 milionów złotych znalazło się dopiero po pół roku. – Było już za późno. Sytuacja w tabeli była zła (Lech tracił 8 pkt do podium – red.). Mimo to zdecydowano się na bardzo ryzykowny wariant, hurraoptymistyczny, którego zabrakło pół roku wcześniej, gdy odpowiednio zaplanowane transfery mogły wynieść Lecha na wyższy poziom – dodaje.  

Grozi przebudowa
 Zimą 2011 podpisano zbyt wysokie kontrakty. Lech poczuł się krezusem, którym jeszcze nie był. Przeinwestował. Ściągnięto m.in. Rafała Murawskiego (30-latka) za 1 mln euro, Vojo Ubiparipa i Huberta Wołąkiewicza. Manuel Arboleda dostał kontrakt w wysokości 420 tys. euro rocznie.

– A to tylko spowodowało, że każdy kolejny zawodnik, który przy Bułgarskiej rozmawia o przedłużeniu kontraktu, ma żądania finansowe na podobnym poziomie – mówi jeden z menedżerów piłkarskich. Budżet klubu bez gotówki z europejskich pucharów nie będzie w stanie unieść ewentualnego ciężaru tak wysokich umów. Lech nie będzie mógł nawet marzyć, by zagwarantować zarobki 300–350 tys. euro. Stąd właśnie trwa wyczekiwanie w przypadku takich graczy, jak kapitan zespołu Grzegorz Wojtkowiak czy Dimitrije Injac. A przecież Semir Stilić podczas pierwszej rozmowy mówił szefom klubu, że jest skłonny zostać w Poznaniu, ale oczekuje zarobków na poziomie... pół miliona euro. To więc oczywiste – brak awansu doprowadzi do przebudowy zespołu. Świadczą o tym słowa Rutkowskiego z listu: „Chcemy jeszcze raz dać szansę trenerowi Bakero, żeby przekonał nas do swoich koncepcji. (...) Jeżeli zespół nie osiągnie szybko dobrych wyników, będziemy musieli się przyznać do błędów, dokonać zmian i rozpocząć budowę drużyny od początku".  
Rudniew polisą
Będzie musiał powstać niemal nowy zespół. Bez Artjoma Rudniewa, polisy ubezpieczeniowej klubu, którą przy Bułgarskiej wycenia się na 5 mln euro (bardzo wysoko, być może dlatego że 20 procent praw do kwoty transferu posiada węgierski Zalaegerszeg). W praktyce więc brak awansu oznacza cofnięcie się do lata 2008, kiedy przychodzili Arboleda, Lewandowski, Peszko i Stilić. Wtedy tworzył się zespół, który w 2010 r. wywalczył mistrzostwo Polski. Różnica jest jedna: teraz Lecha nie będzie już stać na zainwestowanie 2 mln euro. Jakość nowej drużyny znacząco się obniży. To już nie będzie Lech-faworyt.
– Gra przez kilka lat w jednym składzie to świetna sprawa. Ale jeśli znów zawiodą, trzeba będzie wpuścić trochę świeżej krwi. Dotychczas obecny zespół nie wykorzystywał potencjału z powodu niektórych wyborów, ustawienia i uprzedzeń trenera Bakero – analizuje Juskowiak.

Najbardziej boli świadomość, że realia mogłyby wyglądać wręcz kolorowo, gdyby tylko Lech wygrał serię rzutów karnych w finale PP 2011. Przecież latem Kolejorz zostałby... po raz pierwszy w historii rozstawiony wśród najlepszych ekip w fazie kwalifikacyjnej Ligi Europy! Dwumecz ze słabszym rywalem mógłby otworzyć drzwi do kilku milionów euro. Ten przywilej Kolejorz będzie miał jeszcze przez dwa lata, a potem – jeśli nie dorzuci punktów – utraci go. Jeśli więc wiosną zawiedzie, będzie miał już tylko jedną szansę, aby skonsumować dwa awanse do 1/16 finału na przestrzeni pięciu lat. Te sukcesy ustawiły Lecha w dobrym położeniu wśród europejskiej drugiej ligi i – co najciekawsze – aż do 2013 roku pozwala poznaniakom również na... rozstawienie w ostatniej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów!  

Zaufanie kibiców
W tak dobrej sytuacji nie był jeszcze żaden polski klub. Wprawdzie Wisła 2003–2007 miała jeszcze wyższy wskaźnik, ale aby sięgnąć po minimum 8–10 mln euro, musiała bić się z Realem Madryt. Z kolei gdyby to Lech został mistrzem 2011, 2012 lub 2013, trafiłby na mistrza Szwecji lub Austrii!

– Trzeba w końcu wykorzystać reformę Platiniego, bo nie wiadomo, jak długo ona będzie funkcjonować. Szkoda byłoby, gdyby Lech nie skorzystał z mozolnie wypracowanego dorobku. Łatwo się zapomina, ile drużyna musiała przejść, żeby zdobyć te punkty. Co równie istotne, brak europejskich pucharów nadszarpnie też zaufanie kibiców. Niektórzy z nich mogą nie wrócić na stadion przez 2–3 lata. To byłoby olbrzymim ciosem dla ludzi, którzy od lat budują ten klub – przyznaje Juskowiak.  

Fitness lub market
Czy w przypadku porażki w tunelu będzie tlić się jeszcze światło? W tym roku klubowe finanse mogłaby uratować tylko sprzedaż Rudniewa, a w przyszłym pieniądze związane z rolą Lecha jako operatora stadionu. Na razie klub ponosi koszty inwestycji w stadion, m.in. musi za 11 mln zł wyposażyć kioski gastronomiczne, które zbuduje miasto, więc w budżecie na ten rok w ogóle nie zakłada przychodów wynikających z działalności operatora. Te mają się pojawić w następnym. Również za sprawą sprzedaży prawa do nazwy obiektu.
 – Tę kwestię chcemy sfinalizować do EURO 2012 – analizuje prezes Klimczak. – Znamy wartość nazwy stadionu przy Bułgarskiej. To 1,5 mln euro rocznie – przekonuje. Klub dopiero w 2013 roku planuje też czerpać zyski z wynajmu powierzchni komercyjnej, która znajduje się pod III trybuną. Jest tam do zagospodarowania ponad 10 tys. mkw., na których ma powstać fitness club, ale – co ciekawe – prowadzone są również rozmowy z jedną z sieci spożywczych, by zbudować market.  

Nie odciąć gałęzi
A co, jeśli jednak Lech awansuje do europejskich pucharów? Kibice mogą liczyć na sporą aktywność na rynku transferowym. Być może nawet podobną do lata 2008, gdy wydano 2 mln euro.
– Nie dopuszczam myśli, że mielibyśmy się nie zakwalifikować i jasno to wyartykułowałem trenerowi Bakero oraz radzie drużyny. Można powiedzieć, że dostali polecenie zdobycia mistrzostwa – przekonuje prezes Klimczak. Ale tak naprawdę wiosną Lech powalczy przede wszystkim o to, aby na dobre nie odciąć gałęzi, na której siedzi.
PRZEMYSŁAW ZYCH, MACIEJ HENSZEL

sobota, 28 stycznia 2012

VALCKX: SZKOLENIE W WIŚLE? ROBIMY OGROMNE POSTĘPY
Ofiarny wślizg Stana Valckxa...
Dyrektor sportowy Wisły w barwach Sportingu Lizbona (1992-1994).


CZYTAJ TEŻ: Kto szkoli lepiej: Legia czy Lech?
CZYTAJ TEŻ: czemu uciekł nam świat? (tekst z 2009, zawsze prawdziwy)
CZYTAJ TEŻ: napastnik - towar deficytowy (w Polsce)
CZYTAJ TEŻ: przewidziałem krach młodzieżówki 1988-1989

"Polacy poszukiwani"
("Przegląd Sportowy", 28.01.2012)

Pracuje pan w Wiśle Kraków od półtora roku. To dobry czas, żeby zapytać, co z drugą częścią pańskich obowiązków, czyli z rozwojem akademii piłkarskiej? Skoro nie będzie transferów, to czy jest chociaż postęp w szkoleniu? Zgodzi się pan, że Wisła produkuje piłkarzy na użytek klubów I ligi?

STAN VALCKX: Nie. Nie widzę sensu w tworzeniu negatywnych nagłówków, bo robimy w tej sprawie ogromne postępy. Przyznaję, różnica między pierwszym a drugim zespołem jest zbyt duża. Nie ukrywam, że widziałem juniorów w Wiśle, którzy poruszali się okropnie, których styl biegania był mało elegancki. Piłkarzy bez koordynacji, którzy stawiali zbyt duży pierwszy krok.

Co zmieniliście?

Półtora roku temu stworzyliśmy siatkę siedmiu skautów regionalnych i przemeblowaliśmy organizację. Pół roku temu zatrudniliśmy koordynatora Witolda Lisa, który od tego czasu wszystkiemu się przygląda, bo zmiany muszą być na lepsze, a nie dla samych zmian. Przestaliśmy zwracać uwagę na wyniki. W końcu pojawiła się współpraca między trenerami grup młodzieżowych. Każdy już wie, czego oczekujemy. To wszystko małe kroki, by wkrótce postawić ten duży naprzód, bo Wisła jako klub może zrobić największy postęp właśnie dzięki akademii.

Jak pan widzi ten progres?

Transfery to miejsce, gdzie w przyszłości możemy zaoszczędzić najwięcej pieniędzy. W ostatnim roku przeprowadziliśmy aż 11 transferów. Pięć zimą i sześć latem. Latem 2010 roku, tuż przed moim przyjściem, do Wisły trafiło kolejnych 9 zawodników. Nie mamy wielkich pieniędzy, więc to gracze darmowi lub wypożyczani. To niemożliwe, aby w przyszłości na nich zarobić! Bo zwykle z takimi podpisuje się krótkie umowy. To zamknięty krąg, gwarantują tylko krótkotrwały postęp. Jeśli cały czas będziemy musieli szukać takich piłkarzy, to niemal co rok proces budowy zespołu będziemy musieli zaczynać od nowa.

Na kim Wisła może zarobić?

Tylko na piłkarzach, których kupiliśmy: Meliksonie, Genkowie, Chavezie, Jovanoviciu. Za darmo przyszli: Iliev, Jaliens, Lamey, Pareiko. Wypożyczeni są Nunez, Biton, Diaz. Mamy jedenastu plus Boukhari, Branco, Siwakow z poprzedniego sezonu. Na czternastu kupiliśmy tylko czterech. Jeśli porównamy ich obecną wartość do kasy, którą na nich wydaliśmy, to okaże się, że ich cena pomnożyła się od trzech do pięciu razy! (przyszli w przybliżeniu za kwoty od 400 do 650 tysięcy euro – red.). To jasny sygnał – jeśli dobrze zainwestujesz, pieniądze się pomnożą.

Akademia to sposób, aby ograniczyć liczbę pozostałych?

Chcemy ich zastępować zawodnikami wyszkolonymi przez nas. Raz, że na przestrzeni lat zaoszczędzi nam mnóstwo gotówki wydawanej na kontrakty starych graczy, a dwa – część wychowanków będzie można dobrze sprzedać. I trzy – zmniejsza się ryzyko, bo wchodzący od razu znają presję klubu.

Mam wrażenie, że właśnie w Polsce przekraczamy pewną barierę mentalną. Legia zaczęła wydawać rocznie 4 mln zł na szkolenie, a Zagłębie połowę tego. Mają efekty.

Milion euro to już dobre pieniądze. PSV Eindhoven przeznacza na ten cel 3,5 miliona euro rocznie. W Polsce potrzebna jest ogólna zmiana w mentalności, bo to wcale nie musi kosztować fortuny. Budowa akademii i infrastruktury – tak, to jest jednorazowa gigantyczna inwestycja, a reszta? Wcale niekoniecznie.

Co można zrobić bez wielkich pieniędzy?

Zatrudnienie dwóch trenerów od koordynacji i biegania to nie jest wielki wydatek. Nie było ich w Wiśle, ale wkrótce się pojawią, bo bez kontroli ciała, szybkiego poruszania stopami, przyspieszenia niczego w piłce się nie osiągnie. A to cecha, której w wieku 19-20 lat nie można się już nauczyć. Każdy trener z Wisły powinien również wiedzieć, kto gra w młodszym i starszym zespole. Będą odbywać się spotkania między trenerami, wewnętrzne dyskusje o rozwoju poszczególnych juniorów, a także spotkania z rodzicami, bo oni powinni wiedzieć, co robimy z ich dziećmi.

Co szwankowało w komunikacji?

Trenerzy powinni mówić zawodnikom, czego od nich wymagają. W rozmowie, a nie za pomocą wydawania komend. Niewłaściwa komunikacja rodziła nieporozumienia. Juniorzy myśleli, że muszą wygrywać. Że jeśli przegrali, to znaczy, że zagrali tragicznie, a oni przecież wciąż się rozwijają! Byli spanikowani: „Przegraliśmy 0:1. Być może będą nas za to karać!".

To głęboko zakorzenione w polskiej mentalności.

Tak to widzę, bo dla trenerów to też nowość. Wcześniej nikt im nie mówił, co mają robić. Teraz wiedzą, że wyniki nie są tak ważne, a że ich odpowiedzialność to przygotowanie juniorów do następnego etapu. Podam przykład meczu Młodej Wisły na swoim boisku z Młodą Legią. Średni wiek piłkarzy z Warszawy to było około 20 lat, naszych – 17. Przegraliśmy 0:3 w meczu roku, ale rezultat nie był ważny, bo nasi młodzi zawodnicy pokazali dobrą piłkę. Po meczu pochwaliłem trenerów. To też kroki, których ludzie nie widzą. Nasi juniorzy są szczupli, kościści, a ich rywale wysocy, silniejsi fizycznie, ale to nie jest teraz ważne. Na dodatek paru z nich zostało wyszukanych już przez naszych regionalnych skautów.

Nie boi się pan, że Legia i Lech wyprzedziły już Wisłę na długość, której nie będzie dało się nadrobić?

Mają już nad nami przewagę, bo zaczęli tworzyć profesjonalne struktury dziesięć lat temu. A gdy Legia sprzeda tych dwóch-trzech młodych piłkarzy, którzy niedawno wyszli z jej akademii, to być może w całej Polsce dostrzegą, jak wspaniałą inwestycją jest szkolenie. Nasi wspomniani 17-letni juniorzy Wisły mają jednak do 20-letnich piłkarzy z Warszawy jeszcze 2-3 lata rozwoju, bo zdecydowaliśmy się już nie inwestować pieniędzy w zawodników ME, którzy w tej chwili są w wieku 18-20 lat. Ci już nigdy nie zrobią postępu, z wielu zrezygnowaliśmy. To też pozytywna zmiana.

Jakie są efekty pracy waszych skautów regionalnych?

Wyselekcjonowaliśmy w ostatnim roku już siedmiu piłkarzy w różnych kategoriach wiekowych po kilkudniowych testach. Organizujemy je średnio dwa razy do roku. System pracuje. Siedmiu skautów, którymi są byli piłkarze lub osoby nam polecone, oglądają wiele meczów w swoich regionach. Siatkę w PSV, mimo że Holandia jest znacznie mniejsza niż Polska, tworzy 25 skautów.

Jak są opłacani w Eindhoven?

Przedstawiają wydatki. Wielu z nich to emeryci, ludzie, którzy kiedyś byli związani z PSV. Dostają bonusy, gdy klub zdecyduje się pozyskać poleconego juniora. Żaden z nich nie jest zatrudniony w PSV. Tak samo jest w Wiśle.

A co z poprawą infrastruktury?

Wiem, że ludzie w Krakowie słyszą od lat, że to może się zmienić. Nie mogę powiedzieć, że zaczniemy w następnym tygodniu, ale w klubie rozmawiamy o tym znacznie więcej niż kiedyś. Wszystko jest w tej chwili przygotowywane, musimy też wcześniej sami rozpoczynać szkolenie (obecnie TS przekazuje trampkarzy Wiśle w wieku 14 lat – red.). Cieszy mnie wymóg Ekstraklasy SA i federacji, który mówi, że trzeba dysponować trzema boiskami treningowymi. W Holandii nie ma podobnych przepisów. Istnieje za to ogólne zrozumienie, że szkolenie jest ważne.

PZPN robi jednak za mało.

Powinien robić więcej w sprawie edukacji trenerów. To nie kosztuje fortuny... W Holandii każdy mały klub ma dobrych trenerów, bo związek co miesiąc wysyła swoich ludzi do wszystkich amatorskich klubów z każdego regionu. Rozmawia z trenerami, podpowiada, jakie ćwiczenia zastosować, itd. Takich wysłanników-trenerów jest mnóstwo. Federacja ma przecież też odpowiedzialność wobec piłki. Z tego, co słyszę, to PZPN nie prowadzi takiej działalności albo na niewielką skalę.

W Wiśle nacisk na Polaków chyba się zmienia. Jesienią jeździł pan na mecze pierwszej ligi. Wcześniej nigdy nie słyszałem, aby interesowały pana te rozgrywki.

Zawsze koncentrujemy się na polskich piłkarzach, ale wcześniej potrzebowaliśmy graczy, dzięki którym szybko zdobędziemy tytuł, a potem zakwalifikujemy się do Ligi Mistrzów. To było dobre rozwiązania na tamten moment. Poza tym polscy piłkarze kosztują horrendalne sumy. W tej chwili mamy plan, aby co roku znaleźć jeden lub dwa duże polskie talenty na przyszłość.

Jeden talent już znaleźliście, i to spory, ale on wolał transfer do Kaiserslautern. To Jakub Świerczok.

Nie mogliśmy rywalizować z ofertą klubu z 1. Bundesligi. Tylko czas pokaże, czy Świerczok dobrze zrobił, nie wybierając opcji pośredniej. Ale nie możemy go winić, że skorzystał z okazji.

Te początki są trudne, bo wprawdzie w pierwszoligowym Ruchu Radzionków obserwował pan też bliźniaków Mak, ale zamiast Wisły wybrali jednak GKS Bełchatów.

To interesujący piłkarze, ale uznali, że w tej chwili potrzebują pomostu, tego, czego nie chciał Świerczok. Ich prawo.

Dostrzegł pan więcej takich talentów w pierwszej lidze?

Parę, ale najpierw nieźle się zdziwiłem. Zaskoczyła mnie średnia wieku. W Holandii większość graczy na drugim szczeblu rozgrywek to bardzo młodzi piłkarze, właściwie nie grają w niej starzy zawodnicy ani obcokrajowcy. A w Polsce? Z całym szacunkiem dla tych starszych piłkarzy, bo na pewno mają za sobą piękne kariery, ale tylko zatrzymują rozwój młodzieży. Chcą zarabiać, rozumiem. To więc raczej sprawa decyzji tych klubów. Widzę, że pierwsza liga w Polsce nie jest częścią systemu, który pomaga w wyławianiu talentów. To inny świat. W Holandii to kolejna, ważna część piramidy.

Rozmawiał w Hiszpanii PRZEMYSŁAW ZYCH



1992. Sporting Lizbona.


2012. Wisła Kraków.
MELIKSON: NIKOMU NIC NIE UKRADŁEM

www.demotywatory.pl po zdobyciu mistrzostwa przez Wisłę

W trakcie zgrupowania Wisły w Olivie rozmawialiśmy długo ponad godzinę. Skończyliśmy tuż przed godziną 22, gdy na Santiago Bernabeu wychodzili już piłkarze Realu i Barcelony. A że Melikson wraz Dudu Bitonem niczym rozfanatyzowani futbolem 10-latkowie już od kilku dni oglądali w tej hotelowej restauracji (jak w szkolnej świetlicy) wszystkie możliwe mecze, to Izraelczyk mocno przebierał nogami. Musieliśmy kończyć.

Tylko część naszej rozmowy zmieściła się w gazecie. Na inne wątki przyjdzie czas. Myślę, że to wywiad wyjaśniający najwięcej w sprawie jego gry w reprezentacji Polski. Wprawdzie to "SE" zrobił z nim pierwszą krótką rozmówkę od czasu zamieszania, ale dopiero w "PS" można było przeczytać o wszystkim (tak sądzę).

„Moje święte prawo”
(„Przegląd Sportowy”, 23.01.2012)

Zamieszanie z pana występami dla reprezentacji Polski to była gra pańskiego menedżera? Najpierw pan ogłosił taką decyzję, a potem się wycofał.

MAOR MELIKSON: To zabawne, że tak można pomyśleć. Czytałem też, że robię to dla promocji. Zapewniam, że pierwotną decyzję podjąłem sam, a ludzie, którzy mnie znają, wiedzą, że robię rzeczy tylko z serca. Słyszałem też, że błagam o polski paszport, co też nie jest prawdą, bo zanim przyjechałem do Polski, miałem polskie obywatelstwo i musiałem tylko ruszyć się po mój paszport. Tak się zastanawiam, czy ja naprawdę zrobiłem coś złego? Moja matka urodziła się w Polsce, to Żydówka z diaspory aszkenazyjskiej. Nikomu więc nic nie ukradłem, to było moje święto prawo. Mogłem wybierać.

Dostał pan ponad 100 sms-ów i maili, w których panu grożono lub nazywano zdrajcą Izraela?

Nie, to nieprawda. Być może takie opinie pojawiały się w internetowych komentarzach, ale nie dostałem ani jednego maila.

Przez całe zamieszanie schudł pan dwa kilogramy?

Nie. Jadłem normalnie.

Chciał pan odejść z Wisły?

To był bardzo trudny czas. Decyzja o grze dla Polski zbiegła się w czasie z kontuzją. I nagle wszyscy pomyśleli, że symuluję uraz i chcę odejść! To było najgorsze. Ludzie mogą bowiem mówić wszystko, ale to była już niewiarygodna bzdura. Gdybym tak postąpił, zaprzeczyłbym sobie, nie mógłbym nazwać się piłkarzem. Właśnie to zabolało mnie najmocniej, choć wiem, że ludzie mogli próbować łączyć pewne fakty.

Niektóre kluby próbowały pana nakłonić do odejścia z Wisły?

To akurat prawda. Pojawiło się wiele klubów, ale byłem kontuzjowany. Nikt nie weźmie piłkarza, który nie grał przez trzy miesiące. Pierwsze oferty pojawiły się już pod koniec sierpnia, ale to nie były dobre propozycje ani dla mnie, ani dla Wisły.

Mallorca?

Nie chcę wymieniać nazw, ale zainteresowały się mną bardzo duże kluby. Myślały o transferze w obecnym, styczniowym oknie. Kontuzja wszystko zatrzymała. Najbardziej żal było mi tego, że ją złapałem, gdy akurat byłem w bardzo wysokiej formie. A tak, siedziałem w domu, w Jawne, i cierpiałem oglądając w telewizji mecze Wisły.

Co pan czuł, podejmując decyzję o grze dla Polski?

Stres. Wiedziałem już wtedy, że w Izraelu rozdmuchają sprawę. Miałem wyjść na konferencję prasową i ogłosić, że chcę grać dla Polski. Działo się jednak za dużo, nie byłem w stanie. Robert Maaskant zaproponował mi, że weźmie ten ciężar na siebie.

Nie podjął pan decyzji na 100 procent, ale ją ogłosił?

Nie, wtedy czułem to na sto procent. Dopiero po czasie zrozumiałem, że się myliłem. Doszedłem do wniosku, że kibice reprezentacji Polski zasługują na to, żeby grali dla nich zawodnicy, których myśli w stu procentach krążą wokół kadry. W moim przypadku było to nieco mniej. Wybrałem Izrael, bo powinienem grać tam, gdzie dorastałem.

Jak przebiegła zmiana decyzji?

Zimą spotkałem się z przyjaciółmi, porozmawialiśmy. Wtedy w gazetach pisano, że selekcjoner Izraela chce się ze mną spotkać. Postanowiłem więc to zakończyć, zanim zacznie się runda wiosenna. Wiedziałem, że w takim stanie będzie mi trudno grać dla Wisły. Polskę wciąż kocham i będę jej kibicował w czasie EURO 2012.

Zamieszanie pana zmieniło?

Nauczyłem się, żeby nie myśleć, że każdy jest moim przyjacielem. To pozory. Ale to dotyczy kilku osób. Niektórzy w Izraelu wypowiadali się o mnie niezbyt dobrze.

Był pan pierwszym izraelskim sportowcem, który musiał podjąć tak trudną decyzję?

Zdarzył się tylko jeden podobny przypadek. Z taką reakcją spotkał się Ralph Klein, który w Izraelu był legendą (jako trener koszykarzy Maccabi Tel Awiw zdobył Puchar Europy w 1977, prowadził kadrę Izraela na mistrzostwach Europy – przyp. red.), a potem niespodziewanie został trenerem koszykarzy Republiki Federalnej Niemiec (lata 1983-1985; poprowadził ich w mistrzostwach Europy 1985 – przyp. red). Uznano go zdrajcą w Izraelu, ludzie zastanawiali się, jak to możliwe. Przecież Holokaust, Niemcy, a on dla nich pracuje? Niedawno w Izraelu powstał nawet film, który o tym opowiada. Tyle że jemu przebaczono, bo był starszym człowiekiem. Media nie zaatakowały go tak mocno jak mnie. Bo mnie potraktowano jako łatwy kąsek, jak małego chłopca, z którym można zrobić wszystko.

Również poważne media?

Wszystkie. Ten wywiad też przetłumaczą. Znajdą jakiś fragment, wyciągną go z kontekstu i sprzedadzą w innym sensie. Jestem jedynie piłkarzem, a wtedy mówiły o mnie wszystkie telewizje i radia w Izraelu. Do mojego ojca wydzwaniali dziennikarze. W jednej z audycji na żywo wręcz eksplodował, gdy usłyszał od nich, że nie potrafił wychować syna patrioty. Wściekł się na antenie: „Kilka lat swego życia na służbę w wojsku poświęcili dwaj moi synowie i córka, a ja sam służyłem 40 lat w izraelskiej armii, dostawałem medale i wyróżnienia!". Dziennikarza zamurowało. Nikt nie zdawał sobie z tego sprawy.

Zmienił pan podejście wobec dziennikarzy? Obawia się pan ich pytań?

Rozumiem ich pracę, ale padało za dużo pytań, na które nie znałem odpowiedzi. Uważam, że nikt nie może mnie oceniać, jeśli nie znajdzie się w podobnej sytuacji.

Ile zostało ze starego Meliksona?

Jestem znów taki, jak przed kontuzją. Szybki, precyzyjny.

Gra w Wiśle wciąż pana zadowala?

Gdy wracam do Izraela, przyjaciele pytają mnie, czy chciałbym zmienić klub, a ja im tłumaczę, że Wisła to wielki klub. Grałem w dużych klubach Izraela, ale Wisła to inny poziom. Wyższy. Uwielbiam ten hałas na jej trybunach, na stadionach w Polsce. Cieszę się tu grą. W Maccabi Hajfa czy Beitarze nie było tylu fanów, organizacji, brakowało tego zainteresowania mediów. Jedno jest pewne – nigdzie się nie spieszę. Mogę tu zostać nawet dziesięć lat.

A jeśli okaże się, że nigdy w życiu nie będzie pan miał okazji zagrać w Lidze Mistrzów, poczuje pan rozczarowanie?

Byliśmy tak blisko ostatniego lata. Chociaż mówienie, że zabrakło nam trzech minut, aby awansować do Ligi Mistrzów, brzmi zabawnie, bo mecz w Nikozji był tak jednostronny, że nie powinniśmy tak mówić. Piekielnie mocny zespół.

Ale jest pan rozczarowany czy nie?

Mam 27 lat. Zaprezentowanie tego, co umiem, zajęło mi bardzo dużo czasu. Moja kariera była opóźniona o kilka lat. Jeśli dziś coś czuję, to jest to tylko żal, że nie trafiłem do Wisły w wieku 21 lat. Wprawdzie zdaję sobie sprawę, że zostało mi niewiele czasu, ale podoba mi się to miejsce. Lubię prezesa, Stana Valckxa, który mnie ściągnął, moich kolegów, kibiców. Ale oczywiście, jakby zdarzyła się bardzo dobra oferta – przede wszystkim dla Wisły, a potem dla mnie, to bym ją rozważył.

Dlaczego wspinaczka zajęła panu aż tyle czasu?

Błędy, błędy. Teraz wielu moich izraelskich przyjaciół przyjeżdża do Polski i tu się rozwija. Cieszy mnie to. Ja miałem kiedyś taki turniej na Ukrainie, gdzie wybrali mnie najlepszym zawodnikiem i strzelcem turnieju. Dostałem oferty z naprawdę dużych klubów (najprawdopodobniej chodzi o Szachtar Donieck – przyp. red.), ale uznałem, że lepszy wybór to Maccabi Hajfa, który szykował się do Ligi Mistrzów.

To nie było to?

Miałem 21 lat i dostawałem po 10-15 minut. Brakowało mi cierpliwości. Zapytałem w
końcu trenera, czemu nie gram. Odpowiadał: „Będziesz na szczycie, będziesz grał dużo w wieku 27 lat". Mówiłem mu: „To niemożliwe, chcę grać!". Miał rację, mam 27 lat, jestem na szczycie, ale pozostał żal. Powiem tak: umiejętności miałem zawsze. Niestety gorzej było z moją głową.

Jednak w czerwcu bierze pan ślub. Trochę się zmieniło.

Zapraszam 600 gości, ale to i tak niewiele. Ostatnio byłem na ceremonii u piłkarza z 1200! W Izraelu zapraszamy przyjaciół rodziny, kolegów siostry, znajomych brata, matki, ojca. Będą piłkarze, z którymi grałem, trenerzy, koleżanki z pracy mojej narzeczonej. Żenię się dopiero za pół roku, a całą przerwę w treningach spędziłem w biegu! Dopinałem wszystkie szczegóły, nawet piosenkarza, no i okazało się, że większość ma wolny dzień dopiero za rok. W końcu wybrałem Mosze Peretz, w Izraelu to taki sławny piosenkarz pop. To wszystko jest szalone, nie ogarniam tego. Mam radę: nie żeń się, to zbyt drogie!
Rozmawiał w Hiszpanii Przemysław Zych
JAK ZROZUMIEĆ PANA LENCZYKA?


„Jaki naprawdę jest Lenczyk?”
(„Przegląd Sportowy”, 27.12.2011)

Orest Lenczyk. Co człowiek to inna opinia o trenerze Śląska Wrocław. Jedni mówią, że jest konfliktowy. Inni: że miły, tylko trochę uparty. Bez wątpienia to postać, obok której nie da się przejść obojętnie. Runda jesienna należała do niego. Ekstraklasa próbuje go zrozumieć i przyzwyczaić się do jego sposobu bycia od przeszło ponad 30 lat.

MACIEJ SZCZĘSNY
(były bramkarz Wisły)

Kiedyś w Spale, gdy grałem w Wiśle, Lenczyk długo mówił, a potem zagadnął, czy są jakieś pytania. Wstałem i zadałem. Trzykrotnie. Gdy nie usłyszałem odpowiedzi za pierwszym razem, myślałem, że może trener nie dosłyszał. Powtórzyłem. Za trzecim oczywiste się stało, że udawał, iż nie słyszy. Koledzy byli rozbawieni, mnie do śmiechu nie było. Nasz zespół był bardzo sprawny pod względem przygotowania fizycznego. Dużo było różnych ćwiczeń, tylko że bardzo mało graliśmy w piłkę. W pewnym momencie byliśmy już bardzo daleko od przekonania, że w tę grę jeszcze potrafimy grać. Pamiętam też, że czasami byłem zaszokowany, gdy słyszałem, w jaki sposób trener Lenczyk odzywa się do części piłkarzy Wisły, choćby kilka razy do Kazka Moskala. W trakcie odprawy przedmeczowej rzucał różne aluzje, ale tak, że można było się domyślić, o co mu chodzi. Mam dla trenera wiele szacunku. Śląsk chwilami wręcz imponował tej jesieni.

MIROSŁAW MYŚLIŃSKI
(były piłkarz Widzewa)

Ledwo wróciłem ze służby wojskowej ze Śląska do Widzewa, gdy Lenczyk wezwał mnie do swojego gabinetu. Tak sobie siedzieliśmy. Trzy minuty, pięć... Bez słowa. Po 10 minutach w końcu wyciągnął zeszyt i zaczął pytać: „Imię! Nazwisko! Kiedy się urodziłeś?". Pytał o wszystko, o rodzinę, o dzieciństwo. Jak w podstawówce. A przecież byłem wtedy dorosłym facetem, właśnie zostałem ojcem! Ale to chyba był najlepszy trener z jakim pracowałem. Pamiętam też, że przez Oresta właściwie nie byłem na własnym weselu. Po ślubie spędziłem z rodziną tylko trzy godziny przy stole. Przyjechał prezes Sobolewski, kazali mi jechać na mecz ligowy. Trener Lenczyk nie zgodził się na to, żebym ominął to spotkanie. Do dziś żona ma do mnie o to pewne pretensje.

KAZIMIERZ MOSKAL
(były piłkarz Wisły)

Zdarzały się nam małe nieporozumienia. Rozpoczynałem mecz w pierwszym składzie, a później przez kilka siedziałem na ławce rezerwowych. Problem sięgał gdzieś głębiej, ale w końcu wszystko sobie wyjaśniliśmy. A początek był taki: po jego pierwszej rozmowie z piłkarzami Wisły poszedłem do pokoju trenera Lenczyka. Nie byłem pewien, czy zostanę. Spytałem: trenerze, muszę się już żegnać z Wisłą? A on dotknął mojego czoła i zapytał: Gorączki nie masz? Niech się inni martwią, ty będziesz grał.

ZDZISŁAW KAPKA
(były piłkarz Wisły)

Kiedyś Orest powiedział do nas podczas odprawy przedmeczowej: Gdy ja grałem w piłkę... Nie wytrzymałem. Wstałem i powiedziałem, że trener to piłkę kopał, a gramy to my. Usiadłem. Co mnie wtedy podkusiło? Sam nie wiem. Napyskowałem trenerowi. Ale Lenczyk nie zareagował. Pamiętam, że wielu wypominało mu, że zdobył mistrzostwo dzięki reprezentantom Polski, których miał w zespole mnóstwo. Jednak już wtedy pokazał, że dla niego nazwiska nic nie znaczą, liczy się forma i wpływ zawodnika na drużynę. Taką zasadę stosuje do dziś. Przede wszystkim oczekiwał zaangażowania każdego dnia. Pamiętam, że kiedyś podpadli mu Iwan i Szymanowski. W szatni była bardzo kiepska atmosfera. Po tym konflikcie to jednak nie trener opuścił Wisłę, ale gwiazdor Szymanowski.

VUK SOTIROVIĆ
(były piłkarz Śląska)

Miałem z nim konflikt, jednak nigdy nie mogłem liczyć na to, że będzie chciał wyjaśnić ze mną nasze nieporozumienia. On tego po prostu nigdy nie robi. Zapamiętam dwie sytuacje. Pierwsza – gdy byliśmy na obozie, dowiedziałem się nagle, że jestem odesłany do domu. W trakcie odprawy trener chciał, żebym wyszedł z szatni. Czekałem, aż zacznie mówić, ale nie zaczął dopóki nie wyszedłem. W końcu zrobiłem to i słuchałem zza drzwi. To było żałosne. Druga, pomagałem Amirowi Spahiciowi w adaptacji, w każdej sprawie. Jesteśmy bardzo dobrymi kolegami, dzieliliśmy pokój. Ale Lenczyk twierdził, że ten Spahić był przeze mnie terroryzowany.

GRZEGORZ POLAKOW
(były trener)

Zawsze go doskonale rozumiałem. Na konferencjach trenerskich siadaliśmy obok siebie, wymienialiśmy uwagi. Gdy nie miał racji, to też potrafił się przyznać. My zawsze dochodziliśmy do porozumienia. Różnica między nami była tylko jedna – on w życiowych i zawodowych sprawach był zawsze bardzo, ale to bardzo poważny. Stronił od alkoholu. Ja – enfant terrible, który, no lampką nie wzgardzi. Może to więc nie przypadek, że nie przypominam sobie ani jednej dowcipnej sytuacji, bo Orest po prostu nie pił? W moim przekonaniu jest obecnie jedynym człowiekiem, który w tym trudnym zawodzie zdaje egzamin.

TADEUSZ PAWŁOWSKI
(kapitan Śląska w latach 80.)

Jeden z nas żenił się i wyprawiał wieczór kawalerski. No to oczywiście cała drużyna Śląska, której trenerem był Lenczyk, wybrała się na ten wieczorek. Alkohol lał się litrami. Nazajutrz trening. Wychodzimy na płytę i pierwsze zaskoczenie! Trener Lenczyk zabrał się rozgrzewkę bramkarzy, a nas, piłkarzy z pola, pozostawił asystentowi. Dziwna sprawa, ale rozgrzewamy się dalej. W pewnym momencie był taki widok: bramkarze stoją na jednej nodze jak bociany i dotykają się nosami! Obok nich Lenczyk coś mówił. Po chwili jednego z nich wyrzucił z treningu, potem okazało się, że do klubowego lekarza na badania. Potem zabrał się za nas... Wszystko przed kamerami TVP Wrocław, która akurat tego dnia przyjechała. Podchodził do każdego z nas i pytał: „A ty? Piłeś, nie piłeś?". Piętnastu się przyznało, że piło. Trzech, że nie. Orest wściekł się i przerwał trening. Zapowiadała się wielka kara. Ze trzy razy chodziłem go przepraszać. Byłem kapitanem. Obrażony był. Stanęło na tym, że kar nie będzie, jeśli w sobotę wygramy z Lechem. Udało się. 1:0. Jakoś rozeszło się po kościach. Doszliśmy jednak do wniosku, że z tym Orestem to nie ma co żartować.

REMIGIUSZ JEZIERSKI
(były piłkarz Śląska)

Zyskuje tylko przy bliższym poznaniu, zdejmuje maskę w intymnych sytuacjach, w chwilach emocji, rozczulenia. Wtedy okazuje się, że ubrał ją tylko na trudne życie w brutalnym świecie. Chyba wychowano go tak, że lepiej podchodzić do innych bez zaufania. Najpierw zakłada, że nowa osoba w jego otoczeniu to wróg, dopiero potem próbuje się przekonać, czy miał rację. Drugie skojarzenie to zapach sali gimnastycznej. Fikołki, materace, specyficzne odgłosy. Pady, przewroty, przepychanki. I kreatywność w wymyślaniu ćwiczeń, używanie różnych codziennych przedmiotów. Potrafił wykorzystać wszystko – barierki na stadionie przy Oporowskiej, kostki gąbkowe, krzesła ogrodowe. Nigdy nie zapomnę, jak musieliśmy nimi kręcić nad głowami. Z trudem powstrzymywaliśmy się od śmiechu.

MATEUSZ BARTCZAK
(były piłkarz Zagłębia)

Podczas spotkania z Flotą zawołał do ławki trenerskiej Michała Golińskiego. Prowadziliśmy 3:1, ale rywal dopiero co zaczął przeważać. Nie wyglądało to zbyt dobrze, za chwilę mogliśmy stracić gola. Wszyscy spodziewaliśmy się, że trener będzie chciał przekazać mu jakieś ważne wskazówki taktyczne. Goliński podbiegł do Lenczyka, my czekamy na jakieś istotne słowa, a on wypalił do niego: „Schowaj brzuch".

JANUSZ FILIPIAK
(prezes Cracovii)

Gdy zatrudniałem trenera Lenczyka, rozmawialiśmy przez blisko pięć godzin. W dwóch turach. Początkowo dwie, a potem dołożyliśmy kolejne trzy. To było pranie mózgu. Doszło do tego, że w pewnym momencie nie wiedziałem, kto kogo zatrudnia. Ja jego, czy on mnie. Nasza rozmowa to nie były zwykłe negocjacje kontraktowe. Rozmawialiśmy o zasadach prowadzenia klubu, uprawnieniach, roli trenera. Zgodziłem się. I tak trener od 10 rano nazajutrz zaczął rządzić w klubie.

MICHAŁ LISTKIEWICZ
(były prezes PZPN)

Kiedyś wspólnie z Orestem jedliśmy obiad. Z przyjemnością patrzyłem, jak zachowuje się przy stole, jak dba o wszystkie maniery, o formę. Przypominało mi to moich dziadków. Niestety, w towarzystwie były też panie, a mi, gdy siadałem do stołu, zdarzyło się o nich zapomnieć. Mówię: „Siadaj, Orest". Odpowiedział, stojąc: „Jeszcze nie pora". To też straszny introwertyk, jego sarkastyczne poczucie humoru nie każdy zrozumie. Bywa złośliwy, potrafi dorzucić do pieca, ale to dobry człowiek. Nigdy z jego ust nie słyszałem wulgaryzmów. „Cholera jasna" w jego ustach to bardzo mocne słowo. Mam wrażenie, że pod maską surowości kryje się bardzo wrażliwa osoba.

SEBASTIAN MILA
(piłkarz Śląska)

Pamiętam ten dzień, w którym pojawił się w Śląsku Wrocław. Wszedł do szatni i powiedział: „A teraz wszyscy wstaniecie i powiecie do mnie: dzień dobry panie trenerze". Powiedzieliśmy. Na co odparł: „Dzień dobry kochani piłkarze". Poczuliśmy się, jakbyśmy byli w przedszkolu.

JANUSZ MATUSIAK
(prezes UKS SMS)

Swego czasu zawiozłem naszych wychowanków z UKS SMS Dawida Nowaka i Marcina Kowalczyka do ŁKS Łódź. Ich trener stwierdził, że się nie nadają. No dobra, trudno. Na ślepo zabrałem ich autem do Bełchatowa i zaprowadziłem do trenera Lenczyka. Spojrzał na nich surowo: „Zobaczymy, co mi pan za gwiazdy przywozi". Zaprosił ich na trening, rzucił oschle: „Niech się przebierają". Usiadłem w kawiarnii przy kawie. Godzina minęła szybko. Przyszedł Lenczyk: „Niech pan idzie do prezesa. Jak się dogadacie, to zostają". Byłem w szoku. Już? Po jednym treningu? Dogadaliśmy się, zostali piłkarzami Bełchatowa, a potem zagrali w reprezentacji Polski. Po tym zdarzeniu wiem, że jak trener ma dobre oko do piłkarzy, to nawet po jednym treningu dostrzeże talent.

WALDEMAR FORNALIK
(trener Ruchu Chorzów)

Trener Lenczyk pozwolił mi zadebiutować w lidze w bardzo młodym wieku. Byłem tym kompletnie zaskoczony. Nie spodziewałem się, że w ogóle pojadę na ten mecz! Nagle musiałem przyjechać na zbiórkę, a potem na dodatek okazało się, że zagram w podstawowym składzie. Mało powiedziane, bo miałem kryć indywidualnie Waldemara Ciołka, wówczas jednego z największych dryblerów w lidze. Ale wygraliśmy 1:0 i to w dziesiątkę. Kilkanaście lat później zostałem asystentem trenera Oresta Lenczyka w Wiśle Kraków. Kiedyś on zastanawiał się, czy dać szansę jednemu z młodych piłkarzy. Powiedziałem mu, że nie jestem zwolennikiem tej decyzji. Przyznałem otwarcie: „Nie udźwignie ciężaru, jest zbyt młody". On spojrzał na mnie i wypalił: „Gdybym bał się ryzykować, to pewnie do dziś nie zagrałbyś w lidze!" PRZEMYSŁAW ZYCH
GARGUŁA - REAKTYWACJA

2007 rok z Leo Beenhakkerem. Potem nadeszły trzy tragiczne lata.

„Reaktywacja Łukasza Garguły”
(„Przegląd Sportowy”, 09.12.2011)

Czekaliśmy trzy lata, żeby zobaczyć prawdziwego Gargułę. W spotkaniach Ligi Europy z Odense i Fulham w końcu sprawiał wrażenie człowieka, któremu można już zaufać.

- Na którymś z treningów bracia Brożkowie śmiali się ze mnie, że jestem już tak wolny, że oni to nawet biegnąc tyłem potrafią mnie wyprzedzić! Czułem niemoc... Wydawało mi się, że walczę z wiatrakami, że to nie wyjdzie. Próbowałem zaciskać zęby, ale i tak nie byłem w stanie wygrać nawet pojedynku biegowego. Po moich strzałach piłka ledwo dolatywała do bramki. A gdy przyjmowałem, ta odskakiwała... - Łukasz Garguła, rozgrywający Wisły Kraków, przypomina sobie swoją trudną walkę o powrót na boisko.

Hit i kontuzja
Informacja o przejściu do Wisły to był hit okna transferowego z zimy 2009 roku. Garguła – reprezentant Polski, rezerwowy na EURO 2008 – podpisał kontrakt z mistrzem Polski, który uprzedził Legię Warszawa. „Wisła znalazła rozgrywającego na lata!" – informowaliśmy. Oczekiwania były olbrzymie. Tym większe nadeszło rozczarowanie, gdy okazało się, że jego umiejętności nie przydadzą się drużynie przez ponad dwa lata.

Wkrótce po podpisaniu umowy, w lutym 2009 roku Garguła zerwał więzadła krzyżowe. Stracił dziewięć miesięcy. W Wiśle zadebiutował dopiero jesienią. Wtedy wyszło na jaw, że niemiecki chirurg Volker Fass zostawił w jego nodze... kawałek igły. Znów stół operacyjny. Znów przerwa. Łącznie blisko półtora roku.

– Nawet nie chciałem włączać telewizora, gdy Wisła ozgrywała swoje mecze. Odcinałem się, żeby trochę się uspokoić w środku. Denerwowało mnie, że nie widać szybkiego progresu – zamyśla się.

Po długiej rehabilitacji przyszły kolejne trudne chwile. Lato 2010 roku. Trenerem był Henryk Kasperczak. Stało się jasne, że Garguła stracił wszystkie atuty. Został przeciwieństwem piłkarza, którego ściągała Wisła. – Trenowałem z drużyną, grałem w sparingach, ale czułem, że byłem, bo byłem. Zawsze lubiłem być dobrze przygotowany pod względem fizycznym, bo wtedy jest łatwiej na boisku. A tu nagle stałem się takim chłopaczkiem, biedulką, która biegała między facetami. Jak ktoś mnie popchnął, to się odbijałem jak od ściany. Nie miałem mocy i szybkości – rozkłada ręce.

Zamiast lidera, stał się chłopakiem na końcówki. Zwykle też nie potrafił udowodnić, że zasługuje na grę w Wiśle. Był niecierpliwy, chciał efektów od razu. Podobnie część fanów Wisły, którzy coraz częściej przebąkiwali o „kolejnym Dawidowskim". Garguła podpisał przecież dobrą umowę, gwarantowała mu ona spore pieniądze. Atmosfera gęstniała, bo również w klubie nie wszyscy okazywali cierpliwość. Sam piłkarz przekonuje, że nie dostał z Wisły żadnego ultimatum. Żadnej daty. Nie usłyszał: „Grasz jak kiedyś albo transfer do innego klubu".

– Mogłem tylko czasem wyczuć, że Wisła podpisała kontrakt z piłkarzem, który jest zdrowy i ma grać od 1 lipca 2009, że są wymagania. Ale przecież w Wiśle nikt nie będzie dawał nikomu szans gry, byle tylko grał, nieważne że słabo. Powrót do formy był trudny – stwierdza pomocnik Białej Gwiazdy.

Myślał o wypożyczeniu
Najmocniej dostał po uszach wiosną tego roku po meczach Pucharu Polski z Podbeskidziem. Nie był w stanie dyktować tempa gry. – To był nieprzyjemny okres. Zostałem uznany za kozła ofiarnego tej porażki i nawet nie załapałem się na kolejne mecze. Po rundzie wiosennej myślałem o rocznym wypożyczeniu do innego klubu. Mówiło się o Śląsku Wrocław, latem rozmawialiśmy z trenerem Janasem, który był w Bełchatowie. Pewnie jeśli nie znalazłbym się w kręgu zainteresowań trenera Maaskanta i nie mieścił się choćby w osiemnastce, to bym to rozważył – potwierdza.
Nowy sezon rozpoczął nieźle, ale potem ponownie przyszedł dołek. Garguła nie znalazł się w osiemnastce meczowej na rewanż z APOEL-em Nikozja w eliminacjach Ligi Mistrzów.

– No i mecz z Flotą w Świnoujściu. Przed nim śmialiśmy się w szatni, że skoro to znów Puchar Polski, to ponownie musi paść na mnie. No i faktycznie, zagrałem słabo i wypadłem z gry na kilka tygodni. Znów nie dałem trenerowi sygnału, że jestem w dobrej dyspozycji – bije się w pierś. Wydawało się, że to już ostatni zakręt. Że dobry moment na powrót nigdy nie nadejdzie. Wisła potrzebowała punktów, kolejnych zwycięstw, trofeów. Widać to było ostatniej zimy, gdy ściągnięto wielu zawodników. Kogo w takiej sytuacji interesuje zapomniany rozgrywający? Paradoksalnie skorzystał dopiero na kontuzji Maora Meliksona. To ona przystawiła trenera Roberta Maaskanta do muru. Garguła musiał grać. Nie było już tłumaczeń. Wisła straciła Izraelczyka, ale odzyskała Polaka.

80-90 procent formy
– Faktycznie, dopiero w tym układzie mogłem się ogrywać, złapać pewność siebie. No i w Odense w końcu byłem przygotowany na to, żeby biegać od pierwszej do ostatniej minuty. Cieszyłem się tym, czułem się dobrze – przypomina z uśmiechem. Ale on może zniknąć, jeśli okaże się, że powrót Meliksona, który już wchodzi na końcówki, odbierze Gargule miejsce.

– Wygrać rywalizację z Maorem to trudna sprawa, ale nie niemożliwa. Zresztą możemy grać razem. Tak było w Odense, gdy Maor wszedł w końcówce na lewą stronę. Na treningach najczęściej też gramy ze sobą. Rozumiemy się... Przede wszystkim to chcę umocnić swoją pozycję w Wiśle. Do tego potrzebuję więcej mocy, szybkości na tych pierwszych metrach. Jest jeszcze rezerwa. Na razie osiągnąłem 80-90 procent dawnej formy – analizuje.
Meczem z Polonią może postawić następny krok. Prowadzi ją trener Jacek Zieliński, od którego się zaczęło: w 2002 roku wyciągnął Gargułę z Polaru Wrocław do Bełchatowa.

– To wszystko musiało się wydarzyć w moim życiu, żeby czegoś mnie nauczyło. Nie obraziłem się na cały świat. Taki etap w karierze też trzeba przejść, zobaczyć, czy człowiek się spisze i da radę. Ja dałem. Dziś jestem również bardziej cierpliwym człowiekiem. Nie jestem już taki roztrzepany i mam więcej pokory do pracy – wymienia.
Przypominamy mu, że wiosną powiedział „do kadry mam tak samo blisko, jak stąd na księżyc". – Byłem słabszy niż teraz, więc mogę powiedzieć, że dziś mam troszkę bliżej. Ale w przyszłym roku będę miał już 31 lat. Powoływanie piłkarza w takim wieku to chyba już tak trochę nie na miejscu... Chociaż jeśli będę miał dobry okres, to właściwie czemu nie? PRZEMYSŁAW ZYCH