poniedziałek, 13 czerwca 2011

STAN VALCKX O CHINACH


"Wisła Kraków? Porozmawiajmy o Chinach"
(Magazyn PS, 08.05.2011)

CZYTAJ TEŻ:
Czemu Tomas Jirsak zawodzi?
Wszystkie ucieczki Roberta Maaskanta...

ZYCH: Przed przyjazdem do Polski pracował pan w Szanghaju. Jaka jest chińska piłka?

VALCKX: Wszędzie na świecie piłkarze mogą popełnić błąd, tylko nie w Chinach. Byłem doradcą prezesa klubu Szanghaj Shenhua. Po meczach prosił mnie z reguły, czy mógłbym raz jeszcze przyjrzeć się spotkaniu. Szeptał: „Zastanawiamy się, czy gracze z numerami 5 i 7 próbowali sprzedać mecz". Wiele razy interwencje właściciela zdarzały się już wcześniej. Gdy ktoś z jego otoczenia miewał wątpliwości co do intencji piłkarza, właściciel natychmiast kazał pomijać go w składzie. Chińczycy myślą o piłce w zupełnie inny sposób. Nie byłem do tego przyzwyczajony.

Nie dało się przywyknąć?

Spędziłem rok w Chinach i... wystarczy. To zupełnie inna praca niż obecnie w Wiśle Kraków, w której odpowiadam za przyszłość. W Chinach miałem dużo różnych doświadczeń, ale to, jak myśli się tam o piłce i metody, jakich używa się, by osiągnąć w niej sukces, są dla mnie niewiarygodne.

Co było dziwne?

Chociażby to, że na dwa dni przed każdym meczem piłkarzy izolowano w hotelu. Nie mogli zabierać ze sobą laptopów. Nie pozwalano im też na używanie telefonów, które musieli oddać kierownikowi. Hotelowe automaty odcinano. Zabroniona była jakakolwiek komunikacja ze światem zewnętrznym. Mało tego! Każdy z zawodników musiał oddać swoje bagaże. Do tego doprowadziła korupcja. W lidze chińskiej latami na dużą skalę ustawiano mecze. Zamieszani byli wszyscy: sędziowie, piłkarze i trenerzy, działacze federacji. Wyśmiewano reprezentację. Wizerunek futbolu był okropny, stąd tak drastyczne metody zapobiegania próbom korupcji. Piłkarze muszą więc siedzieć w hotelowych pokojach i czekać na spotkanie, które często sędziują arbitrzy z zagranicy.

Jaki wpływ ma to na graczy?

Jeśli piłkarz popełnia błąd, cały stadion krzyczy do niego: „Sprzedałeś!". A trenerzy bardzo często wysyłają takiego zawodnika na kilka tygodni do drugiego zespołu, żeby zszedł na jakiś czas z linii ognia. Efekt tej nienaturalnej presji jest jednak taki, że w Chinach każdy piłkarz, sparaliżowany strachem, myśli tylko o sobie. Nie ma szans na jego kreatywność. To nie przypadek, że gdy chiński zawodnik ma na boisku do wyboru dwie lub trzy opcje zagrania piłki, to w dziewięciu przypadkach na dziesięć podejmuje złą decyzję. Z kolei gdy ma sytuację sam na sam z bramkarzem, trzęsą mu się nogi ze strachu. Oni boją się odpowiedzialności.

Za jakie błędy groziła kara?

Banalne, takie jakie co tydzień zdarzają się piłkarzom na stadionach całego świata. Zagrożony jest nawet zawodnik, który nie trafi w piłkę lub daje się minąć rywalowi. Dlatego wielokrotnie musiałem oglądać mecze tylko pod kątem tego, czy ktoś odpuścił. Prawda jest też taka, że w Chinach najczęściej stosuje się tak surowe środki tylko po to, by wskazać jakąś ofiarę. Tam po prostu zawsze ktoś musi być winny. Myśli się w ten sposób: ktoś musi ponieść odpowiedzialność, skoro nam się nie wiedzie. Zdarzało się tak, że karany był piłkarz, który w czasie całego meczu popełnił tylko jeden błąd, ale kosztował on utratę bramki. Innemu, który pomylił się pięć razy, uchodziło to płazem. To myślenie krótkowzroczne, wydaje mi się, że wzięte z komunizmu. Bo w piłce nie zawsze trzeba karać za błędy.

Chińscy piłkarze godzą się na ten system kar?

Tak. Nie narzekali. Wychowali się w nim. Pamiętam sytuację, gdy kilku z nich 2-3 tygodnie chorowało na grypę. Wszędzie szukano człowieka, który ponosi za to winę. I znaleziono. Obwiniono lekarza! Przypominam sobie trening, na którym z powodu tej nieszczęsnej grypy nie ćwiczyło wielu piłkarzy. Stałem z boku, jak zwykle przyszedłem obejrzeć trening. A na boisku... trener naszego zespołu okłada pięściami lekarza! Drużyna trenuje, jakby nic się nie działo, on go okłada... Trener był po prostu zdenerwowany, że musi grać w osłabionym składzie. Lekarz został zwolniony... Byłem świadkiem wielu takich scen. Zdarzało się, że do szatni wchodził prezes i mówił: „Ten się nie nadaje, ten też i ten". Obcokrajowcy, a mieliśmy ich kilku, przecierali oczy ze zdumienia. Łapali się za głowy i nie potrafili tego zrozumieć.

To przecież niemożliwe, żeby w takiej atmosferze cokolwiek zbudować.

To bardzo samolubna społeczność. Każdy chce brać odpowiedzialność jedynie za siebie. Z tego powodu w drużynie sportowej nie ma ducha zespołu. W Chinach wygrywasz razem, ale przegrywasz osobno. Efekt atmosfery nagonki jest taki, że żaden piłkarz nie chce przyznać się do błędu i pomóc rozwiązać jakiś problem. Chińczycy nie współpracują ze sobą na boisku. Lewy obrońca wychodzi z piłką, nikt go nie ubezoiecza, traci piłkę i wszyscy wokół mają pretensje tylko do niego. A w piłce - sporcie zespołowym - jeden musi polegać na drugim. Tymczasem oni tylko wzajemnie się obwiniają. A przecież jeśli wskażesz problem, umiesz go poprawnie zdefiniować, to możesz uniknąć powtórzenia go w przyszłości. W Chinach wszyscy mówią: „To nie mój błąd". W dodatku każdy piłkarz ma kontrakt na rok, a jeśli okazuje się, że nie jest dobry, w klubie mówią: „Następny!". Gdy przychodzi nowy trener, wymieniany jest cały skład. Na rynku jest mnóstwo wolnych chińskich zawodników.

Wspomniał pan o biciu lekarza przez trenera. To bardzo porywczy ludzie?

Łatwo tracą kontrolę nad sobą. Przypominam sobie mecze wyjazdowe, na których było po 3 tysiące policjantów, więcej niż kibiców na stadionie... To nie jest normalne. Oni wszystko próbują zorganizować, przygotować się na każdy scenariusz, ale w taki sposób, że rodzi to tylko same problemy. Nie zapomnę Światowego Dnia Fair Play FIFA, który wypadł w trakcie naszego meczu w Szanghaju... Na płytę boiska wyszli piłkarze z flagami, atmosfera była w porządku, poza jakimś incydentem, kiedy nasz zespół domagał się karnego. Normalny mecz, nie za wiele fauli. Sędzia odgwizdał koniec spotkania, więc poszedłem na górę. Wracam chwilę później, spoglądam na boisko, a na nim oba zespoły się tłuką! Sztaby szkoleniowe, lekarze i masażyści! Grupka piłkarzy goni arbitra...

Wyobrażam sobie więc, że negocjacje kontraktowe z Chińczykami bywają trudne.

Jeżeli mają sto żądań, to negocjują wszystkie. Potrafią robić to całymi dniami, zupełnie nie interesuje ich fakt, że stają się absurdalni. No i robią to tak, jakby wszystko mieli gdzieś. Nie dają po sobie niczego poznać. Ich twarze w ogóle nie pokazują emocji. Nie awanturują się, nie wściekają, wydaje się, że nie są niczym rozczarowani. Mają pokerowe twarze. Bardzo trudno ich rozgryźć. W klubie nieraz negocjowali od rana do wieczora. Ale na koniec i tak nie wiesz, czego tak naprawdę oczekują.

Jak więc próbował pan przekonać ich do swoich racji?

Podawałem Chińczykom przykłady pokazujące, że sposób, w jaki chcą coś zrobić, nie działa. Mówili: „Tak, zgadzamy się, racja". Ale dwie sekundy później powtarzali swoje wymagania! Zawsze się zgadzali, lecz chwilę później okazywało się, że to były czcze słowa...

Gdzie negocjuje się równie trudno? Kilka lat pracował pan też jako dyrektor sportowy PSV Eindhoven.

Ameryka Południowa jest pokręcona. Czasami nie masz pojęcia, do kogo należą prawa do zawodnika i cały twój czas spędzasz na tym, by ustalić, do kogo się zwrócić. Spotykałem się z sytuacjami, gdy 20% praw dysponował piłkarz, 15% agent, a kolejnymi 20% ojciec gracza. Bardzo trudno też było, gdy pracowaliśmy nad transferem Maora Meliksona do Wisły. Różne zmiany warunków transferu zdarzają się bardzo często, ale byłem zaskoczony, ile razy miało to miejsce właśnie przy Meliksonie. Nie dowierzałem, gdy Izraelczycy znów informowali o modyfikacji oczekiwań. „Przecież już się co do tego dogadaliśmy" - myślałem. Kilka tygodni nam zajęło przeprowadzenie tego zakupu.

W Chinach transfery robi się szybciej?

Chińczycy potrafią podjąć decyzję o zakupie piłkarza po obejrzeniu na płycie DVD pięciu minut jego gry! Szybko wpadają w zachwyt. Wokół właściciela kręci się mnóstwo przyjaciół, menedżerów, którzy podrzucają takie płyty, stąd to główna metoda przeprowadzania transferów. Nie jestem przyzwyczajony do takich standardów. DVD można czasem użyć jako pomoc, by poszerzyć obserwację, ale na pewno nie może to być główną podstawą do oceny gracza. Bywa, że wystarczy tylko spojrzeć na CV klienta, i wiadomo, że nie jest to dobry piłkarz, a oni takich zatrudniali...

W Polsce popularną metodą oceniania zawodnika są testy.

Tak, przyjeżdża na nie mnóstwo zawodników. Nie jestem wielkim zwolennikiem testów, one przeważnie jedynie psują atmosferę w drużynie. Można je robić tylko wtedy, gdy chodzi o młodego piłkarza lub gdy znam zawodnika, ale nie jestem pewien, czy on się zaadaptuje, więc wrzucam go na tydzień do nowego środowisko. Ale tylko w trakcie okresu przygotowawczego. W Chinach natomiast zdarzało się, że w tym samym czasie, w trakcie sezonu przyjeżdżało na testy trzech napastników. Przyglądało się temu dwóch snajperów, już grających w drużynie, którzy musieli się zastanawiać: „Co jest do cholery nie tak ze mną, skoro tylu ich przyjeżdża?". Nie miałem na to wpływu.

A na co miał pan wpływ? W czym wobec tego doradzał pan właścicielowi?

Mówiłem mu, jak powinniśmy grać, opiniowałem piłkarzy, proponowałem metody podniesienia poziomu treningu. Moja praca polegała głównie na obserwacji. W Krakowie bywam rzadko, ale jak już jestem, to siedzę za biurkiem. W Szanghaju nie miałem gabinetu i przez cały dzień... chodziłem. Po boiskach treningowych, po klubie. Rozmawialiśmy, oglądaliśmy trening. To nie był najbardziej profesjonalny sposób zarządzania klubem. Trzeba też przyznać, że nie miałem za wiele pracy. Na szczęście dużo podróżowałem, graliśmy w azjatyckiej Lidze Mistrzów.

Przypomina pan sobie więcej absurdów chińskiej piłki?

Nasz klub miał dziesięć pięknych boisk w ośrodku szkoleniowym przeznaczonym dla juniorów, ale nie miał... żadnej drużyny! Właściciel nie był zainteresowany przyszłością, więc poza pierwszym zespołem były tylko rezerwy i drużyna dla piłkarzy w wieku do lat 19. Oni nie mieli jednak nic do roboty, bo nie grali żadnych meczów! Mnóstwo boisk stało więc pustych. 20-letni piłkarze, którzy wchodzili do pierwszej drużyny, nigdy nie brali udziału w prawdziwych meczach. Pytałem, czemu tak się dzieje. Obwiniali federację, bo chyba... kogoś trzeba było.

Pewnie marzy pan o tym, by w Krakowie dysponować chociaż połową boisk z Szanghaju. Wszędzie gdzie pan grał, jako piłkarz PSV Eindhoven czy Sportingu Lizbona, czy pracował w Chinach, mógł pan liczyć na infrastrukturę. Poza Krakowem. To możliwe, żeby stworzyć klub na poziomie Ligi Mistrzów bez takiego zaplecza?

Wielokrotnie rozmawialiśmy na ten temat. Pytanie, kiedy będziemy mogli zbudować boiska, bo przecież nic nie powstanie z dnia na dzień. No cóż, mamy plany, w końcu je zrealizujemy. Tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Oczywiście, że dziś można wszystkie wolne pieniądze wpompować w boiska, szkolenie młodzieży, ale przecież co pół roku musimy też kupować piłkarzy, bo potrzebujemy wyników dzisiaj. Dobrze by było, gdybyśmy mieli milion euro, który można przeznaczyć na skauting i kolejny na infrastrukturę, ale to przecież nie jest takie łatwe. Latem chcemy przecież wzmocnić skład jednym czy dwoma zawodnikami.

Jak pan ocenia pracę trenera Roberta Maaskanta?
Piłkarzom podobają się jego treningi. Oni widzą, że pracując z nim, stali się lepszymi graczami, niż byli jeszcze kilka miesięcy temu.

A jak panu się podoba w 40-milionowym kraju, który przez 15 lat nie potrafił choćby raz stworzyć drużyny na miarę awansu do Ligi Mistrzów?

Tłumaczę to tym, że po upadku komunizmu w wielu krajach Europy Wschodniej nie było pieniędzy. W Polsce środki na futbol spływają od końca lat 90. Inwestycje, które wtedy zaczęły się pojawiać w Polsce, w innych krajach trwały już w najlepsze od końca lat 70. i początku 80. To ogromny dystans. Trudno nadrobić stratę aż dwóch dekad. Spodziewam się, że poziom waszej ligi zacznie wzrastać. Będzie w niej przecież znacznie więcej gotówki, która przyciągnie zagranicznych piłkarzy i doprowadzi do poprawy infrastruktury. Tymi dwoma drogami równocześnie można wyciągnąć waszą klubową piłkę z dołka.

Mówi się jeszcze o polskiej piłce w Holandii? Czy już więcej o futbolu chińskim...

Nie za wiele, choć ostatnio w holenderskich gazetach co tydzień pojawiają się teksty o polskiej lidze. Jak dotąd, same pozytywne, o możliwościach rozwoju. Były też duże wywiady z Robertem (Maaskantem - przyp. red.). Byli zdziwieni, gdy mówiłem, że w Polsce budowanych jest dziesięć stadionów. „Dziesięć? Przecież potrzebują na EURO tylko trzech czy czterech". Myślę, że do Polski można już próbować ściągać piłkarzy z drużyn spoza pierwszej trójki Eredivisie, choć nie każdy dobry zawodnik tu się zaadaptuje.

Pan w Chinach się nie zaadaptował. Wie pan, co dzieje się z pańskim byłym klubem z Szanghaju?
Cóż, gdy tam pracowałem, mieliśmy sześciu reprezentantów w składzie, teraz został tylko... jeden. Trzech z nich wybrało grę w drugiej lidze. Pojawił się tam nowy klub, którego właściciel proponuje dobre pieniądze. Dziwi się pan? To normalne w Chinach. Tam najlepsi piłkarze wcale nie grają w najlepszych klubach. I jak tu nie powiedzieć, że to dziwny świat?

Rozmawiał Przemysław Zych

Brak komentarzy: