poniedziałek, 13 czerwca 2011

MAREK "SETA" POGORZELCZYK - TRIBUTE


Wczoraj (31.05.2011) z Lecha zwolniony został jeden z ostatnich weteranów "dawnych czasów" ekstraklasy - dyrektor Marek Pogorzelczyk. Kiedyś o Pogorzelczyku "Fryzjer" powiedział: - Na własnej piersi wychowałem żmiję.

Tekst w wersji jpg: www.herman1987.user.icpnet.pl/seta.jpg

"Najszybszy na Setę"
(Przeglad Sportowy, 01.06.2011)

CZYTAJ TEŻ:
Gdzie jest miejsce Kolejorza? Goło i wesoło...
Kim jest Jasmin Burić?
Kim jest Vojo Ubiparip?

Rok 2011
– O męskich kur... nie będę rozmawiał – unosi się Ryszard Forbrich.
Nie pytam o gangstera, przestępcę. Nawet nie o ulicznego złodziejaszka. Tylko o Marka Pogorzelczyka – od wczoraj byłego już dyrektora sportowego Lecha Poznań.
„Fryzjer" krząta się po kawiarni, nie chce usiąść. – Chodził za mną jak kundel, żeby go przyjąć do klubu – denerwuje się. Kiedyś o Pogorzelczyku powiedział: – Na własnej piersi wychowałem żmiję. I faktycznie, dzięki „Fryzjerowi" kariera Pogorzelczyka nabrała rozpędu. Od zwykłego lakiernika z Wronek o pseudonimie Seta, do człowieka, któremu oddano w ręce wielkie biznesowe przedsięwzięcie – Lecha.

Rok 1988
Z okna budynku poczty we Wronkach widać restaurację. Obok Borowianki stoi zakład fryzjerski Forbricha. Naczelnikiem urzędu pocztowego, który od zakładu i Borowianki oddziela ulica Poznańska, jest Sabina Pogorzelczyk.

Pierwsze piętro żółtego budynku zamieszkuje jej syn. Lakiernik Marek. Jego życie toczy się wokół fabryki Wromet. Marek jest brygadzistą. Mistrzem zmianowym na emaliernii. Czasem na piwo wyskoczy. Nie ma lepszego pomysłu na życie. Bo i co we Wronkach można robić? Wkłada żelastwo do komory. Pistoletem maluje ścianki, tak przez cały dzień. Z czasem awansuje. Zostaje zastępcą kierownika wydziału powłok ochronnych. Pełni funkcję szefa ZSMP we Wromecie.
– Spotykałem Pogorzelczyka na skrzyżowaniu – wspomina Tadeusz Hojan, prezes Czarnych Wróblewo – gdy wyskakiwał z zakładów po flaszkę dla szefów i pierwszego sekretarza. Latał tak kilometr do jedynego monopolowego we Wronkach. Zatrzymywał moje auto. Prosił: „Tadziu, podrzuć".

Rok 1992
Marek nie zarabia wiele. Dorabia jako kierownik Błękitnych, w których do niedawna kopał piłkę w okręgówce, wypisuje sprawozdania meczowe. Ciągnie go do Czarnych, których sponsoruje Wromet. Na mieście słychać, że szykuje się jakaś fuzja, że są plany.
Dawny znajomy: – Prezes Wojciech Kaszyński nie chciał go w Czarnych. Nie chciał w klubie pracownika emaliernii, który w dodatku nie był specjalnie we Wronkach lubiany.

Pomógł Rychu. Sąsiad, fryzjer, działacz Czarnych. Opowiadał znajomym: „Wziąłem tego Pogorzelczyka. Wyciągnąłem z gołębnika na poddaszu. Jeździł wózkiem akumulatorowym. Pomyślałem: Niech coś zarobi".

Po kilku miesiącach protegowany Forbricha został kierownikiem drużyny Amica, powstałej z połączenia Błękitnych i Czarnych. „Seta" dostał etat.
– Rychu nie ogarniał wszystkiego, więc latał Pogorzelczyk. Wiara się śmiała, gdy w kombinezonie roboczym przez całe Wronki pędził wózkiem z fabryki. Potem z powrotem na wózku wiózł papierki do księgowego w zakładach – wspomina Marek Kliszkowiak, w latach 90. asystent trenerów w Amice.
Nie znaczył zbyt wiele. Słuchał Rycha. Zaczęły się dla niego złote czasy. Przez ręce „Sety" przechodziły wszystkie rachunki i faktury, które trafiały do księgowości bogatego klubu.
Anna Wilk, naczelna „Gazety Powiatowej": – W Amice alkohol lał się litrami. Każdy chciał wyrwać z klubu jak najwięcej dla siebie. Pogorzelczyk poznając Forbricha, wyszedł z zaklętego kręgu biedy. Trafił do klubu, gdzie się dorobił.

Rok 1994
Za „Setą" nie przepadali piłkarze. Wiedział o wszystkim i wszystkich. Kto wypił, kto przyszedł późno do domu, co żona kupiła w sklepie... Piłkarze się go bali, więc jeździli na zakupy do Obornik i Szamotuł.
– Gdyby szli po butelkę oranżady albo konfitury, to nie musieliby wyjeżdżać poza Wronki – broni się Pogorzelczyk. – Skoro był jeden sklep na osiedlu, to normalne, że ich spotykałem. Gdy przyłapywałem piłkarzy na kupowaniu skrzynek piwa, to miałem nie reagować?
Sam Pogorzelczyk jednak był stałym bywalcem na bankietach w Borowiance. W Amice był nawet specjalny barek schowany za drzwiami opatrzonymi plakietką „WC". Gdy jednak pytam Pogorzelczyka, skąd pseudonim „Seta", odpowiada szybko, bez zastanowienia: – W pierwszej klasie technikum byłem najszybszy w biegach na setkę.

Rok 1996
W trakcie obozu Amiki na Cyprze dochodzi do ostrej kłótni między „Fryzjerem" i „Setą". Forbrich wściekł się, chciał go zwolnić, uznał, że nic nie robi, tylko pali papierosy i popija wódeczkę.

– Usłyszał od Forbricha: „Już tu nie pracujesz, kurwiorzu". Wybroniłem go, bo uznawałem Marka za człowieka pracowitego, któremu można było powierzyć tajemnice – wspomina ówczesny trener Mirosław Broniszewski – Milczał jak głaz. Dziś pewnie mógłby pisać przecudowne pamiętniki o tym, jak się w tamtym latach robiło futbol. Jako asystent Forbricha wiele się przecież od niego nauczył i poznał dużo tajemnic ekstraklasy...
Nie wyjawiał ich, nauczył się też dostosowywać. Jak Grzegorz Lato pił whisky, Pogorzelczyk przekonywał, że to jego ulubiony trunek. Gdy prezes Stanisław Grynhoff wolał piwo, Pogorzelczyk pił piwo. Jak trener Stefan Majewski herbatę z cytryną, „Seta" wypijał herbatę. Jeden z moich rozmówców prezentuje tę elastyczność. Krąży wokół mnie na palcach, udaje że strzepuje kurz z mojej kurtki. Troskliwie pyta, co bym zjadł. Wywija talerzem z ciastkiem.

Rok 2000
Pogorzelczyk trwa. Przed meczami wyjazdowymi „Fryzjer" wynajmuje osobny pokój, z którego dzwoni do sędziów. Za ścianą Pogorzelczyk otwiera kolejną gorzałkę wraz z członkami sztabu szkoleniowego. Z czasem roztacza wokół siebie aurę pozorów.

Były pracownik Amiki: – Wyspecjalizował się w krętym lawirowaniu. Jako mistrz intryg i zakulisowych gierek potrafił się prześliznąć, zmylić tropy.

Hojan: – Wiadomo było, że to ucho prezesa. Może dlatego nie miał przyjaciół? Koledzy zawsze odbierali go jako osobę dwulicową. Myślę, że się go bali.

Kliszkowiak: – Prawda jest taka, że jak był „Seta", to wiara się nie bawiła. Gdy wchodził na salę w czasie klubowych imprez, piłkarze udawali, że nie piją. Poszła fama. Gdy ktoś nowy pojawiał się w klubie, to mówili: „Na niego uważaj". Poczuł się jak pan, gdy został kierownikiem. Nawet najbliższym kumplom nie mówił „cześć". Witał się i zapraszał na piwo tylko wtedy, gdy Amica przegrywała.

Całe Wronki żyły z ustawionych meczów Amiki. Wielu mieszkańców dostawało cynk, jaki wynik padnie w spotkaniu. Amica błyskawicznie pokonywała szczeble, a w ekstraklasie pięła się w tabeli. Kibice czasem w przerwie wychodzili na piwo, bo oczywiste było, kto wygra.
Hojan: – Sam grałem. Grzechem było nie postawić. Kiedyś wchodzę do buków, a tam kolejka piłkarzy: Ława, Król, Dawidowski i pięciu innych. Byli więc też i tacy mieszkańcy Wronek, którzy tylko czekali, aż przyjdą zawodnicy Amiki i wręcz bili się, by spojrzeć, na co postawili!

Pogorzelczyk: – Gdybym brał udział w ustawianiu meczów Amiki, to dziś miałbym postawione zarzuty.
– Ustawa była. Do 2003 roku to było tak legalne, jak to, że tutaj siedzimy i dyskutujemy
– przekonuję.
– Była ustawa... Sam pan powiedział, jak to wyglądało. Natomiast ja nie brałem żadnego udziału.
– Ale wiedział pan o tym? Całe miasteczko z tego żyło.
– To pan twierdzi, że wszyscy wiedzieli.
– Pan wiedział?
– Nie.

Rok 2001
Właściciel Amiki Jacek Rutkowski pozbywa się Forbricha.
Dawny znajomy: – Pogorzelczyk miał pewien dar, trzeba mu to przyznać. Zajął się Rutkowskim, gdy poczuł, że nadchodzi jego czas. Gdy pojawił się Stefan Majewski, to wyczuł zmianę koniunktury, wyparł się znajomości z Forbrichem i na drugi dzień już pędził z Majewskim i żonami nad jezioro.
Wilk: – Świetnie wyczuwa, kiedy czyjś czas się kończy. Gdy ktoś szedł w dół, to sam go podtapiał.

Rok 2006
Amica łączy się z Lechem, powstaje nowy klub. Prezesem Kolejorza zostaje Andrzej Kadziński, wcześniej przerzucony z fabryki na odcinek sportu. Nie jest zaskoczeniem, że ciągnie za sobą z Wronek Pogorzelczyka. Obaj przecież znają się od lat. Bez „Sety" nie ma „Kadzinki" i odwrotnie. To symbioza, wręcz toksyczna zależność – mówią znajomi. Układ się utrwala, bo Rutkowski lubi Kadzińskiego. Marek lakiernik zdobywa zaufanie i trafia na salony. Zostaje dyrektorem sportowym Lecha, a papierosy zamienia na cygara. Przeprowadza się do domu pod lasem z wysokim płotem.

Rok 2010
Pogorzelczyk staje naprzeciwko gości z Juventusu. Uśmiecha się. Nic nie mówi. Nie zna żadnego języka obcego.
We Wronkach pytam o pozytywne cechy. Tyle słyszałem już złego. Może coś umie? – dociekam.
Dawny znajomy: – Co ma kur... umieć? Zasuwał w lakierni, z petem w gębie, podpierał ławkę rezerwowych przez kilkanaście lat, wypisywał jakieś druczki i nadawał na innych.
Dawny współpracownik: – Koniec Pogorzelczyka w sporcie oznacza koniec człowieka – przewiduje. – Przygarnął go sport, a on w nim został. Nie potrzebuje go fabryka, bo miejsce, w którym, stał zajęły automaty.

Rok 2011
Ciągnie się za nim nieprzyjemny zapach afery korupcyjnej. Jeden z byłych prezesów klubu ekstraklasy długo zaciąga się papierosem i mówi: – Dziwię się, że sprawa Pogorzelczyka nie wyszła przy „Fryzjerze". Gdyby ustawa działała przed lipcem 2003...

Kliszkowiak: – Żeby nie Rychu, on nie miałby nic! Do dziś przykręcałby śrubki w fabryce. Kierownikiem mógł zostać każdy, padło akurat na Pogorzelczyka. I niech teraz nie udaje świętego, że o niczym w Amice nie wiedział. Kiedyś przecież wysłali mnie autem „Sety" do Bukowca, żeby pieniądze za mecz przekazać. To „Seta" nie wiedział?

Pogorzelczyk: – Gdzie? Nic nie wiem. Zadziwia mnie pamięć niektórych... Dziwne, że mam tak złą opinię i w dalszym ciągu funkcjonuję w Lechu na topowym szczeblu, nieprawda? Ludzie mi zazdroszczą. Że małemu człowiekowi z małych Wronek udaje się pracować w wielkim Lechu.

A Forbrich kaszle. Dusi się. Pokazuje chore oko. Twierdzi, że stracił 80 procent wzroku w lewej gałce. Otwiera torbę pełną leków, chyba chce uzasadnić odroczenie 3,5-letniej kary więzienia z powodu złego stanu zdrowia. – To nitrogliceryna. A to muszę brać dwa razy dziennie – wyjaśnia. W tym czasie „Seta" mocno zaciąga się cygarem i przechadza się po korytarzach na nowiusieńkim 40-tysięcznym stadionie... Tak było do wtorku...
PRZEMYSLAW ZYCH

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Pański nos wygląda podobnie jak tego Sety a może to początki narodzin nowego Sety

. pisze...

To prawda! Coś w tym jest. Pzdr