sobota, 28 stycznia 2012

JALIENS: NIE JESTEM EMERYTEM


Kew Jaliens w ogniu pytań nieco zapędził się w kozi róg...

„Nie jestem emerytem”
(„Przegląd Sportowy”, 14.10.2011)

Czuje się pan jak piłkarski emeryt?

Nie ma mowy. Jeśli porównam siebie do wielu młodych zawodników, okaże się, że jestem od nich sprawniejszy. Spokojnie mogę grać jeszcze przez kilka lat.

Tyle że obrona z panem na czele to najsłabszy punkt Wisły. Zdaje pan sobie sprawę, że kibice i eksperci obwiniają pana za słabą postawę drużyny?

Tego nie słyszałem, ale czy to nie ta sama obrona, z którą Wisła zdobyła mistrzostwo Polski w ubiegłym sezonie?

Personalnie tak, ale na pewno nie jakościowo.

Różnica jest taka, że gramy teraz bardziej ofensywny futbol, a obrońcy większość czasu spędzają w pomocy. To oznacza, że defensywa jest bardziej narażona na błędy, niż gdybyśmy myśleli tylko o tym, by nie stracić bramki i grali czterema typowymi obrońcami i dwoma defensywnymi pomocnikami, czekając na rywala na własnej połowie. Być może dlatego tych błędów jest teraz więcej.

To głównym problemem nie jest jednak to, że panu i Osmanowi Chavezowi brakuje szybkości i dynamiki?

Nie, bo można by powiedzieć, że w ubiegłym sezonie mieliśmy ten sam problem, a jednak zdobyliśmy mistrzostwo. Poza tym wszyscy wiedzą, że za grę defensywną nie odpowiada tylko czterech obrońców. Problemy w defensywie potęguje też niemoc w wykorzystaniu stwarzanych okazji.

Czyli twierdzi pan, że gra na tym samym poziomie, co w poprzednim sezonie?

Tego nie powiedziałem. Zdaję sobie sprawę, że jestem w stanie dać drużynie więcej. Tyle że w ostatnich tygodniach miałem problemy ze zdrowiem. Po meczu z APOEL-em mocno bolała mnie noga i do tej pory nie wyleczyłem jej jeszcze w stu procentach. Ale i tak daję wystarczająco dużo i robię, co do mnie należy. To chyba jednak widoczne, że nie idę tak często z piłką do przodu, jak w rundzie wiosennej. A to jest mój styl – ja lubię rozgrywać piłkę spod własnego pola karnego.

Jak to możliwe, że zespół, który walczy o mistrzowski tytuł, może sobie pozwolić na to, by wystawiać piłkarza, który nie jest do końca zdrowy?

Tak jak powiedziałem: jestem wystarczająco zdrowy, by wykonywać moje obowiązki.

Ale nie na sto procent?

Ale wystarczająco, by pomagać drużynie. W przeciwnym razie powiedziałbym trenerowi, że nie daję rady.

No więc procentowo ile traci pan przez kontuzję?

Nie wiem. Po prostu są sytuacje w meczu, w których wiem, że mógłbym coś zrobić, ale dziś czasem zastanawiam się, czy to na pewno dobry moment. Czy nie lepiej poczekać i zaatakować za chwilę? Brakuje mi nieraz szybkości, dynamiki, albo zdarzają się sytuację, gdy muszę włożyć więcej energii w to, co wcześniej przychodziło mi łatwiej.

Jeśli nie daje pan stu procent, to ile jest wystarczająco, by grać?

Zawsze daję sto procent. Z tego co mam.

To polska liga jest tak słaba, że może pan w niej grać i być wystarczająco dobrym?

Ale przecież nie mówię, że kuleję i nie jestem w stanie nic zrobić. Mam małe problemy, czuję dyskomfort, ale mogę w miarę normalnie grać. Nie traktuję ekstraklasy w inny, gorszy sposób, nie patrzę na nią z góry.

W lidze holenderskiej byłby pan w stanie grać z taką kontuzją?

Tak. Może nawet w Holandii byłoby mi łatwiej, bo tam nie gra się tak siłowo jak w Polsce.

A my po tym, co zobaczyliśmy w meczu Wisły z Twente, mamy spore wątpliwości, czy znalazłoby się jeszcze dla pana miejsce w Eredivisie.

Ja takich wątpliwości nie mam. Wcześniej wiele razy w barwach AZ grałem w Enschede i też przegrywałem wysoko, na przykład 0:3.

Holenderscy komentatorzy w czasie meczu Wisły z Twente mówili, że pan i Michael Lamey byliście najgorszymi piłkarzami tego spotkania.

Niech tak mówią, ja mam inne zdanie. Większość decyzji, które podejmowałem, było słusznych. Podawałem piłkę do zawodników w odpowiednich koszulkach. Jedyne, o co mam do siebie pretensje, to gol Marca Janko, przy którym popełniłem błąd.

Ale z duetu środkowych obrońców to pan częściej niż Osman Chavez się myli. Spóźnia się z interwencjami, nie zdąża wrócić za akcją rywali.

Być może bierze się to stąd, że mam nieco inne zadania niż Chavez. Jak mówiłem, to ja mam rozpoczynać akcję, wprowadzać piłkę do linii pomocy, a zadaniem Osmana jest pilnowanie tyłów, czekanie na rywala przed polem karnym.

Więc twierdzi pan, że krytyka jest przesadzona?

To zależy, czego się ode mnie oczekuje.

Po piłkarzu, który rozegrał ponad 400 meczów w Eredivisie, oczekuje się dużo.

Jeśli ktoś myśli, że mam tylko przerywać akcje rywala, być w centrum wydarzeń, a potem wykopywać piłkę do przodu i patrzeć, co się z nią stanie, to może ma rację, krytykując mnie. Ale ja mam nieco inne zadania w systemie, w którym gramy. Mam wychodzić do przodu, co się naturalnie wiąże z większym ryzykiem z tyłu. Nie wszyscy jednak widzą, co robię na boisku i nie wiedzą, co mam robić. Niewiele osób widzi, że na boisku cały czas rozmawiam z kolegami z drużyny, ustawiam ich, podpowiadam, jak mają się poruszać. To też są moje zadania.

Andrzej Iwan, legenda Wisły, twierdzi, że unika pan odpowiedzialności.

To nieprawda, bo zakres moich odpowiedzialności jest bardzo szeroki. Nigdy bym tego nie zrobił. Moi koledzy mogą to potwierdzić.

Wśród tych kolegów ma pan posłuch i respekt? Jak można traktować pana poważnie, jeśli cały czas się pan uśmiecha?

Nie cały czas, potrafię się wkurzyć i zazwyczaj, kiedy coś mówię do kolegów na boisku, to znaczy, że jestem wkurzony.

Patryk Małecki raz wymownym gestem kazał się panu zamknąć podczas meczu z Polonią. Kilka razy przykładał palec do ust.

Wszyscy znamy „Małego". Wiemy, jak nieraz reaguje...

Przeprosił?

Nie. Chodzi o to, że wyjaśniałem mu, co chciałem przekazać, bo mnie nie słuchał. Kazałem mu biec za swoim zawodnikiem, a on odkrzyknął, żebym sam się nim zajął i zostawił go w spokoju. Później tłumaczyłem mu, że krzyczałem, bo chciałem coś ustalić, pomóc drużynie, żeby nie powtórzyła się podobna sytuacja. On był wtedy jednak w amoku.

To nie jedyna taka sytuacja. Na treningu pokłócił się pan z Bunozą, aż musiał interweniować trener Maaskant.

Mieliśmy małą sprzeczkę. Po stracie piłki, zamiast próbować ją odzyskać, Gordan zaczął coś krzyczeć. Kazałem mu się zamknąć i gonić rywala. Akcję przerwał trener, który powiedział Bunozie, żeby słuchał, co się do niego mówi i wyciągał wnioski. Ale takie rzeczy są na porządku dziennym w piłce. Podpowiadanie kolegom to jedna z moich najmocniejszych stron.

Gdy zimą przychodził pan do Wisły, powiedział, że nie ma nic przeciwko uczeniu młodszych.

Bunoza to dobry przykład. On jest w gorącej wodzie kąpany, chce przeciąć każdą piłkę. Czasami mówię mu: „Nie musisz wygrywać każdej piłki, żeby zwyciężyć w pojedynku". Jeśli nie masz szans odebrać komuś piłki, nie próbuj tego, bo będziesz musiał sfaulować. Niech odegra piłkę. To już znak, że wykonałeś swoją robotę. Wracaj więc na swoje miejsce. Nie idź na raz, to jedna z mądrych rzeczy, które mu próbuję przekazać. Ciągle też powtarzam, żeby nie podchodził po piłkę, gdy ją wyprowadzam, tylko przesuwał się na bok.

To sprawy, o których w niezłych, zagranicznych akademiach piłkarskich wiedzą 16-letni obrońcy.

Cóż, ale taką mamy sytuację (szeroki uśmiech). Miałem w przeszłości wielu dobrych trenerów, więc jeśli chcę coś przekazać, robię to. Dziś zwracałem uwagę młodemu bramkarzowi, żeby w trakcie gierki przestał milczeć, tylko podpowiadał defensywie.

Gorzej, jeśli generał zawodzi. Wtedy chyba trudniej się go słucha, a piłkarze zaczynają mieć do niego coraz więcej uwag. „Jeśli ktoś chce mi zwrócić uwagę, to może to zrobić" – mówił pan po przyjeździe. To znaczy, że dziś tych uwag jest więcej?

Raczej nie, ale nie przeszkadzają mi, bo w ten sposób sobie pomagamy. W Holandii jesteśmy bardzo otwarci, mówimy, co myślimy. Dotyczy to także sytuacji w tunelu przed wyjściem na boisko. Tam trwa przedstawienie, wzajemne mierzenie się wzrokiem. To część gry. Tu jest bardzo spokojnie, piłkarze ekstraklasy w tunelu przed meczem nie prowokują, stoją i pokornie czekają na mecz. Gdybym spróbował, pomyśleliby, że jestem arogantem i się wywyższam, ale przecież można mówić, co się myśli, na boisku. Powiedziałem ostatnio młodemu Czekajowi: „Mów do mnie. Jeśli tego nie zrobisz, to nie będę wiedział, a razem na pewno nie pójdziemy do przodu". Nieważne, że mam rozegranych 400 meczów, a on 2. Na boisku tworzymy zespół. Nie jestem typem, który pobije kogoś za to, że na mnie krzyknął. Bo w piłce najważniejsza jest komunikacja.

Może nie jest pan właściwym piłkarzem do polskiej ligi? Tu wciąż nie chodzi o to, żeby wyprowadzać piłkę.

W Holandii to obrońcy rozpoczynają każdą akcję i ja w taki sposób nauczyłem się grać.

Kiedy uda się panu odkleić łatkę, która do pana przylgnęła?

Na mecze z Jagiellonią i Fulham będę już całkowicie zdrowy. Przerwa na spotkania reprezentacji pozwoliła mi się odbudować. Rozumiem, że kibice są rozczarowani, ale nie tylko oni. Ja też jestem.

Rozmawiali Piotr Wierzbicki i Przemysław Zych

Brak komentarzy: