sobota, 23 października 2010

KIM JEST TOMASZ KUPISZ?

(w barwach Wigan Athletic)

"Wyrzut sumienia powraca"
("Przegląd Sportowy", 24.09.2010)

Pojechałem na testy do Wolfsburga, namawiało mnie Auxerre. W trakcie wojewódzkich mistrzostw Polski, obserwował mnie Werder Brema. Gdy trafiłem już do Wigan, dzwonił Marek Koźmiński, a później Grzegorz Rasiak prośbą włoskiego menedżera. Chciał mnie wykupić Inter Mediolan, z którego od razu miałem zostać wypożyczony do Chievo. Całe zainteresowanie ze strony polskich klubów ograniczyło się natomiast do jednego telefonu z Amiki Wronki, gdy miałem 14 lat. Z reprezentacją wygrywaliśmy międzynarodowe turnieje, ale i tak przeszło to bez żadnego echa wśród klubów ekstraklasy - 20-letni Tomasz Kupisz rozkłada ręce. Nowy piłkarz Jagiellonii Białystok i odkrycie pierwszych kolejek, kolejny wyrzut sumienia polskiego skautingu.

Piach w Piasecznie
Trzy lata temu skorzystał z zaproszenia Wigan Athletic. Gdyby nie ono, pewnie tak jak koledzy z juniorów KS Piaseczno grałby dziś w piątej lidze. Kluby ekstraklasy ignorowały ich tak samo jak nastoletniego Kupisza. On uciekł z piaszczystego boiska w Piasecznie do Anglii, a po powrocie wdarł się od razu do ekstraklasy.
- Gdy miał 15 lat, już widać było to, czym dziś zachwycił kibiców - wspomina trener Michał Globisz. - Biegał za każdą piłką. Prowadził te swoje dynamiczne akcje z obu skrzydeł. Był w stanie zagrać dwa mecze jeden po drugim. Tylko ta nieskuteczność... - trener sięga do notesu, w którym zapisuje dosłownie wszystko. Z notatek wynika, że Kupisz w różnych juniorskich reprezentacjach zagrał 47 meczów i zdobył tylko dziewięć bramek. Nigdy nie wystąpił w młodzieżówce, nie wspominając o pierwszej reprezentacji. Pcha go tam Cezary Kulesza, właściciel Jagiellonii.
- To on jest przyszłością polskiej piłki, a nie jakiś Gołębiewski powoływany przez Smudę! Kupisz pokazuje pazur na boisku. Ma dopiero 20 lat i gra bez respektu. Wychodzi na mecz z Arisem, jak po swoje. Widać, że w Wigan nabrał pewności siebie - zachwala.

Nie głaskać
Kupisz jednak markotnieje, gdy opowiada o pobycie na Wyspach. Przez kilka lat tylko trenował z pierwszym zespołem Wigan. - Praktycznie nic z tego nie wynikło - narzeka. Od dziecka marzył o grze w Premier League. - Byłem tam trzy i pół roku. Czegoś się nauczyłem, ale mam duże pretensję i do siebie i do Wigan. Żaden trener nie dał mi zadebiutować w Premier League. Fajnie, że z mogłem uczestniczyć w zajęciach, ale na tych treningach, to chyba byłem tylko po to, by zgadzała się liczba zawodników - kpi. Szybki, przebojowy, gryzie trawę, mógłby biegać i biegać. Typowa charakterystyka piłkarza Premier League...

- Przypomina mi nieco Kubę Błaszczykowskiego. Równie szybko wywalczył sobie miejsce w składzie. Ma ciąg na bramkę, jest nieustępliwy. Po dwóch treningach w Jagiellonii, gdy przyjechał na testy, podpowiadałem, że podpisanie z nim umowy może być strzałem w dziesiątkę. Nie ma co jeszcze jednak powoływać go do kadry i głaskać. Wciąż wiele pracy przed nim - uspokaja Tomasz Frankowski.Kupisza w Anglii zawsze dziwiło, że nowi w klubie piłkarze śmiali się po kątach z pięciu boisk Wigan. W innych klubach Premier League przyzwyczaili się do kilkunastu płyt.

Kupisz nie wybrzydzał. Gdy z charakterystyczną białą opaską na włosach biegał po Piasecznie, najlepszą płytą w okolicy było boisko do baseballu. Może dlatego jego atutem nigdy nie stała się technika? Do Wigan ściągnął go Paul Jewell. Anonimowy 16-letni wychowanek Juniora Radom od początku trenował z pierwszym zespołem. Grał w zespole juniorów rocznika 1988, później był najmłodszym piłkarzem rezerw, w końcu trafił na ławkę w Premier League. Skończyło się jednak na debiucie i golu w Pucharze Ligi. Nowy szkoleniowiec - Hiszpan Robert Martinez - nie doceniał młodego Polaka.

- Jewell często beształ młodych, gdy nie umyli butów starszym zawodnikom, ale też wprowadzał ich do zespołu. Po przyjściu Martineza, piłkarze z juniorów wchodzili do szatni i śmiali się starym w twarz. Nie było już dyscypliny i szacunku, ale też żaden z młodych nie dostał szansy - mówi Kupisz, którego drażni samo wspomnienie o szkoleniowcu. - Hiszpan tylko słodzi w wywiadach. Powtarza, że wszystko jest fajnie, opowiada bajki o wprowadzaniu młodzieży, a za jego kadencji żaden junior nie zadebiutował w pierwszym zespole. Efekty jego pracy? 0:4 z Blackpool i 0:6 z Chelsea - mówi Polak.
Wigan inwestowało w młodzież, ale taką sprowadzaną za duże pieniądze. Życie juniora, który trafił do klubu za skromny ekwiwalent, okazało się pasmem frustrujących doznań.Jagiellonia była więc wybawieniem. Kulesza zaprosił go na kilka dni testów. Ubiegł tym samym Lechię, Arkę i Koronę, w której trenerem jest Marcin Sasal, kiedyś dyrektor piaseczyńskiego ośrodka, w którym szkolił się Kupisz. Sasal zadzwonił w dniu, w którym Kupisz podpisywał kontrakt w Białymstoku. Wcześniej proponowano mu testy w Rayo Vallecano i drugim zespole Atletico Madryt. Nie był zainteresowany.

Chicken i fasolka
- Cieszę się z tego, że gram. Poziom meczów rezerw Premier League bywał wyższy od polskiej ekstraklasy, ale tutaj jest więcej spotkań do rozegrania. A ja mam 20 lat, w tym wieku powinno się mieć już na koncie znacznie więcej meczów, jeśli chce się coś osiągnąć w piłce - mówi. W rezerwach często grał przeciwko Manchesterowi United z Andersonem, Pique czy Gary'm Nevillem w składzie. Strzelił im parę bramek.

- Bywało też ciężko. W Newcastle przeciw nam wyszła jedenastka z Premier League. Smith, Butt, Ameobi... Klepali nas strasznie, nie istnieliśmy. Szybkość zagrań była niesamowita. Wynik? 0:5 - uśmiecha się. Zaczyna się krzywić, gdy w telewizji mówią o naszych piłkarzach.- Od razu zmieniam kanał. Działa mi to na nerwy. W Polsce jesteśmy nastawieni negatywnie do wszystkiego, co niezachodnie - kręci głową.

- Było źle, awansowaliśmy na mistrzostwa w 2002 roku i nagle wszyscy byli kochani. Mieliśmy powtórkę w 2006 i 2008 roku. Po meczu z Bułgarią, Smuda był wychwalany pod niebiosa. Teraz się go zwalnia - mówi.
- Nie widzę żadnej przepaści w treningach. W Polsce przed każdym meczem trener przekazuje nam specjalne wskazówki. W Anglii cisza w tym temacie. W Polsce w juniorach miałem zajęcia taktyczne. W Wigan rozmawiałem z trenerem o taktyce może ze dwa razy. Powiedziałem mu zresztą, że miałem już to wszystko w Polsce. Taka prawda. Odpowiedział: „No to fajnie" i na tym zajęcia taktyczne się skończyły - wspomina Kupisz. Kpi też, gdy czyta w polskich gazetach o profesjonalizmie piłkarzy na Zachodzie.
- Ludzie by się zdziwili. Angielscy piłkarze są świetnie wytrenowani, ale przynajmniej w Wigan jedzenia sobie nie żałują. Weźmy takiego Charlesa N'Zogbię. Jest godzina 19, dzień przed meczem, a on ładuje na talerz furę jedzenia. Zje i idzie po dokładkę. Za chwilę kolejną. Chicken i fasolka. Steve Gohouri, który przyszedł z niemieckiej Borussii Mönchengladbach, też był tym zdziwiony. Ludziom wydaje się, że wszędzie w Anglii na treningach trzeszczą kości. Zawsze patrzyłem na Lee Cattermole'a i widziałem, że odpuszcza. Nie wszystko tam jest takie, jak myśli się w Polsce. Anglicy mają taką ligę, bo zbudowali setki świetnych akademii, gdy my wciąż robimy sobie bramki z kamieni na podwórkach - kończy.
KIM JEST ROBERT MAASKANT?

"Uciekinier"
("Przegląd Sportowy", 23.08.2010)

– Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania? – zapytał dziennikarzy rzecznik RBS Roosendaal. W sali panowała cisza, nikt się nie wyrywał. – Tak więc dziękujemy. Do zobaczenia na następnym meczu – zakończył spotkanie.– Przepraszam, ja bym chciał coś powiedzieć - odezwał się trener Robert Maaskant. Dziennikarze ponownie usiedli.– Odchodzę z klubu. Do widzenia – powiedział Maaskant. Wstał i wyszedł. Pozostawił zaszokowanego prezydenta klubu, dyrektora sportowego i dziennikarzy. Po chwili udali się za nim w pościg.

Tak trzy lata temu współpracę z Roosendaal zakończył nowy trener Wisły Kraków. Wszyscy byli zdziwieni, ale uczucie zaskoczenia tym razem jest jeszcze większe. 41-letni holenderski szkoleniowiec przebił samego siebie – z NAC Breda odszedł w dniu meczu z Heerenveen, w dodatku wybrał pracę w Polsce. We wtorek wieczorem odebrał telefon od Stana Valckxa, nowego dyrektora Wisły, który zaproponował mu pracę w Krakowie. W środę w Belgii spotkał się z prezesem Bogdanem Basałajem i zdecydował, by porzucić Bredę.

Nikt nie przewidział tak nagłego rozstania. 41-letni Holender z NAC Breda związany jest od dziecka. Tak jak jego ojciec, niegdyś trener Bredy, dziś menedżer piłkarski. Maaskant dopiero co przedłużył kontrakt z NAC o kolejne 3 lata, pracując w Bredzie mógł często widywać 10-letniego syna, z którym mieszka była żona - trener Wisły rozwiódł się z nią kilka lat temu. Właśnie z powodu syna zawsze szukał pracy blisko Bredy. Decyzja była jednak typową dla niego. Tylko raz w karierze trenerskiej wypełnił kontrakt - swój pierwszy z Roosendaal (pracował w nim łącznie trzy razy)

– O 9.30 w sobotę zadzwonił do mnie i powiedział, że odchodzi. Pierwszy raz przeżyłem coś takiego w mojej długiej karierze – opowiada nam kapitan zespołu 35-letni Rob Penders. – Jeszcze w piątek trener normalnie poprowadził trening, podał nawet skład na sobotni mecz.

Nad ranem o jego odejściu napisała lokalna gazeta. Podobno właśnie przez to Maaskant zmienił swoją pierwotną decyzję. Piłkarzom miał o tym powiedzieć dopiero po meczu w Heerenveen. Spotkanie oglądał jednak już nie z ławki trenerskiej, a z loży VIP. Jako trener Wisły. Nie maczał już palców w porażce Bredy 1:3.

Jak wyjaśnić zachowanie Maaskanta? Ogromnymi kłopotami finansowymi Bredy. Holender nie mógł liczyć na wzmocnienia. Rok temu przeszarżowano z wydatkami i obecny sezon Breda zaczęła z ujemnym punktem. Najpierw z klubu odszedł dyrektor sportowy Earnie Stewart (do AZ Alkmaar). Teraz trener. W ostatnim meczu, który prowadził, na ławce usiadło tylko 4 piłkarzy, w tym bramkarz, i jeden gracz z pola z zawodowym kontraktem.

- Dla nas jego odejście jest bardzo trudne. Nawet nie podejrzewaliśmy go o taką decyzję. To nie jest dobry czas dla nas. Próbuję zrozumieć, że dla niego to świetna szansa – mówi nam Joonas Kolkka, piłkarz Bredy.

Maaskant obawiał się, że NAC Breda wjechała na tory, z których klubu nie da się już zawrócić. Obawiał się, że to on zostanie obwiniony za spadek. Tak samo było przecież w 2007 roku, gdy z ligi zleciał z Roosendaal. Tamten spadek odebrał mu status trenera nietykalnego, popsuł markę w Holandii, nie pozwolił objąć któregoś z wielkich holenderskich klubów. Wiele zmienił. Wcześniej miał świetną prasę. Do tego stopnia, że w jego kierunku padały oskarżenia o zbyt intensywną obecność w mediach. Dlatego wiadomo choćby, że jego aktualna partnerka pracuje w Ajaksie Amsterdam...

– Gdy trenował Roosendaal powiedział, że chce zostać selekcjonerem reprezentacji Holandii. Był wtedy młodym i mało znanym szkoleniowcem i może dlatego niektórzy uznali, że jest arogancji – opowiada Sjord Mossou z dziennika „Algemen Dagblad”.

– Pewnie w kilku klubach pomyśleli: "To musi być dziwny facet, skoro tak się lansuje". Teraz zszedł trochę na ziemię. Obawiał się, że spadek z NAC Breda skomplikuje jego karierę na dobre. To bardzo ambitny człowiek, a Breda – podobnie jak wcześniej poprzedni jego kluby – jego ambicję w którymś momencie przestała spełniać. Co można było zrobić z takim zespołem? Już nic. Tak samo było z Roosendaal, w którym spadek bezsensownie figurował swoim nazwiskiem. W żadnym klubie, w którym pracował, nie mógł osiągnąć lepszego rezultatu – mówi dziennikarz Ludo Van Denderen.

Pierwszy zakręt przeżył w 2005 roku w Willem II, z którym wcześniej doszedł do finału Pucharu Holandii. Maaskant został zwolniony, choć wina leżała po stronie piłkarzy.
– To dobry trener. Lubi ofensywny futbol. Treningi z nim były przyjemne, urozmaicone – zachwala Kolkka.
– Reaguje bardzo spokojnie. To typ trenera, który usiłuje rozmawiać, wyjaśniać. Piłkarze Wisły nie doświadczą sytuacji, w której on wejdzie do szatni i będzie wrzeszczeć przez 10 minut.

Potrafi jednak być zdecydowany. Wiosną dwaj zawodnicy Robbert Schilder i Patrick Zwaanswijk zostali złapani na piciu alkoholu dwa dni przed meczem z Vitesse (1:1). Ukarał ich grzywną kilku tysięcy euro, ale w meczu i tak wystawił. Ze Zwaanwijkiem nie przedłużył potem umowy. Nie spodobało się to jednak fanom klubu, bo grał tam przez pięć lat. – Bo Maalkant to miły człowiek, ale jak ktoś z nim zadrze, to już po nim – ocenia Van Denderen.
JAK ZARABIA SIĘ W LIDZE?



(Dawid Nowak ostatecznie... sam wycofał się z wielkiego kontraktu w Polonii)
FOTO: naszemiasto.pl

"Eldorado dla sezononwców"
("Przegląd Sportowy", 08.07.2010)

Największe pieniądze w polskiej lidze płaci Legia Warszawa. Ale rekordową pensję w historii ekstraklasy w tym sezonie można dostać w Polonii Warszawa - klubie, w którym najbardziej liczą się emocje, a nie biznesowe obliczenia i zdrowy rozsądek.
Bo gdyby nimi kierował się Józef Wojciechowski, to Dawid Nowak z GKS Bełchatów, strzelec 27 goli w ostatnich czterech sezonach, nigdy nie powinien otrzymać rocznej pensji w wysokości 380 tysięcy euro brutto.

Zbieg okoliczności
Trudno o inny wniosek - Nowak to najbardziej przepłacony piłkarz w historii ekstraklasy. Jeszcze nigdy strzelenie tak niewielkiej liczby goli nie zagwarantowało tak wysokiego kontraktu. 300 tysięcy euro netto nie proponowano nawet Tomaszowi Frankowskiemu, Maciejowi Żurawskiemu czy Pawłowi Brożkowi, gdy byli w swojej życiowej formie i co sezon zdobywali koronę króla strzelców. Bo w Polsce najszczodrzej nie wynagradza się królów strzelców, tylko zawodników sezonowych.

- Dylemat jest zawsze. Po jednej stronie szali ma się piłkarza, który jest fachowcem w tej dziedzinie, a po drugiej to, co mamy w portfelu i nasze potrzeby. Po połączeniu tych dwóch parametrów i różnych okoliczności kluby decydują się na pensję dla piłkarza - mówi Jacek Bednarz, były dyrektor Legii i Wisły. Wysoki kontrakt Nowaka to dziś efekt odpowiedniego zbiegu okoliczności. W grudniu piłkarzowi kończy się kontrakt, wiosną Nowak strzelił siedem goli, a stawkę podbijało zainteresowanie Legii Warszawa, do której... gracz jednak obawiał się przejść. Jeśli teraz Bełchatów nie dogada się z Polonią, zawodnik na Konwiktorską trafi dopiero zimą.

Wyprzedził Gargułę
Przed Nowakiem miano najlepiej zarabiającego piłkarza w historii ligi dzierżył Łukasz Garguła. Rozgrywający przechodząc do Wisły Kraków zagwarantował sobie 350 tysięcy euro brutto. Najbogatszym jest jednak tylko na papierze. Umowa Garguły gwarantuje piłkarzowi tylko podstawę w wysokości 175 tysięcy.
Druga część umowy zależy już od jego boiskowych osiągnięć. Składają się na nią wyjściówki, premie za mistrzostwo Polski, Puchar Polski, awans do fazy grupowej Ligi Europejskiej i Ligi Mistrzów. Miał być krezusem, ale przez kontuzje otaczają go tylko dziwne spojrzenia ludzi, którzy patrzą na niego jak na darmozjada, zarabiającego gigantyczne pieniądze. Bo tak naprawdę Garguła, który przez sezon rozegrał dwa mecze ligowe, nie otrzymał więcej niż około 175 tysięcy. Wielkie pieniądze może zarobić dopiero w najbliższym sezonie.

To standardowa umowa w Wiśle. Ostatni wielki kontrakt przy Reymonta, który gwarantował piłkarzowi wielkie sumy niezależnie od tego, czy zawodnik grał czy siedział na ławce, podpisał Mauro Cantoro.
Wyjściówki i premie to zresztą dziś bardzo istotne punkty w umowie niemal każdego ligowca. Dwa lata temu system kontraktów motywacyjnych wprowadził w Wiśle Jacek Bednarz. Szybko skopiowały go inne kluby. Dlatego też bardzo często oszacowanie pensji piłkarzy jest możliwe dopiero po zakończeniu
sezonu.

Sytuacje komiczne
- Kontrakty motywacyjne to najlepszy sposób, gdy nie ma przełożenia wyniku finansowego na wynik sportowy. Dobra metoda na utrzymanie dyscypliny w budżecie i w zespole - mówi Bednarz.
Zdarzały się jednak sytuacje komiczne. Cleberowi, który w kontrakcie miał wpisane
5 tysięcy euro za każdy rozegrany mecz, zależało nawet na grze w Młodej Ekstraklasie. Tak skonstruowana była umowa. Swoje na boisku wybiegać musi też Dickson Choto, dlatego można się spodziewać, że szybko zrzuci zbędne kilogramy. Dopiero wtedy powróci do składu - to warunek trenera Macieja Skorży.

Nie wszystkim zmiany musiały się spodobać. Kłótnia wokół formy skonstruowania kontraktu doprowadziła kiedyś do odejścia z Wisły Marcina Baszczyńskiego. Przedłużając umowę, Biała Gwiazda zapewniła piłkarzowi te same pieniądze, ale część już w formie wyjściówek. Piłkarz się nie zgodził i wyjechał do Grecji...

Eldorado długo było też w Legii. Przed Gargułą najlepiej opłacanym piłkarzem w lidze był Brazylijczyk Edson. Legia musiała wydawać na piłkarza około 320 tysięcy euro, aby po potrąceniu podatków przelewać zawodnikowi 250 tysięcy netto. Takiej samej kwoty od warszawskiego klubu oczekiwał wówczas Jacek Bąk. Liczba się zgadzała, tyle że była „brutto", dlatego Bąk wybrał Austrię Wiedeń, w której otrzymał pół miliona euro netto za sezon.

Kokosy nie skusiły
Wszystkie rekordy mógł jednak pobić Jan Mucha, któremu właściciel Legii Mariusz Walter zaproponował pensję... 600 tysięcy euro brutto za pozostanie w Warszawie. To gwarantowałoby mu 400 tysięcy netto. Piłkarz wybrał jednak grę w angielskim Evertonie. Dwa lata wcześniej Gargułę miał szansę prześcignąć Adrian Sikora, gdy Zbigniew Drzymała próbował doprowadzić do fuzji Groclinu Grodzisk Wielkopolski ze Śląskiem Wrocław. Chcąc przypodobać się wrocławskiej publiczności, biznesmem obiecał szykującemu się do wyjazdu piłkarzowi kontrakt w wysokości 400 tysięcy euro (brutto). To o 20 tysięcy więcej niż w Polonii otrzyma Nowak. Sikora jednak podziękował i wyjechał za granicę.

Spełnione obietnice
Największym problemem polskiej ligi jest nieumiejętność zaproponowania bardzo dobrym piłkarzom odpowiednio atrakcyjnego kontraktu. Pieniądze w skali całej ligi są, ale przejadają je przeciętni piłkarze. W końcu przez cały poprzedni sezon najlepszy skrzydłowy ligi Sławomir Peszko z Lecha otrzymywał dwukrotnie mniejsze przelewy niż Marcin Komorowski, bardzo przeciętny boczny obrońca Legii. Dopiero zainteresowanie Peszką Panathinaikosu Ateny rozpoczęło przy Bułgarskiej gorączkowe realizowanie grudniowych obietnic wobec piłkarza. W końcu lechicie za dobrą postawę zagwaran- towano czterokrotną podwyżkę (dziś około 220 tysięcy euro brutto). Komorowskiemu za fatalną nikt kontraktu jednak nie obniżył.

Kontrakt życia
W Polsce przeważa obawa przed powstanien „komina płacowego". Nieważne umiejętności, w zespole wszyscy mają zarabiać podobnie. A wychodzi tak, że najlepsze kontrakty otrzymują piłkarze przeciętni, bo najzdolniejsi długo są nisko opłacani i wyjeżdżają za granicę.
Rynek zmusza więc do mamienia wysokimi pensjami piłkarzy przeciętnych, jak Wojciech Łobodziński. Skrzydłowego skuszono podstawą kontraktu 150 tysięcy euro i taką samą sumą, którą musi wybiegać. Mimo słabego sezonu i tak zarobił 200 tysięcy. Bo w Krakowie dostał do ręki kontrakt życia, którego Wisła nie powinna z nim podpisać.

Top 10 - tyle zarobią w sezonie 2010/2011

Roczne pensje brutto - kwoty w euro

1. Dawid Nowak (Polonia Warszawa) - 380 tys.
2. Łukasz Garguła (Wisła Kraków) - 350 tys.
3. Wojciech Łobodzinski (Wisła Kraków) - 300 tys.
4. Ivica Vrdoljak (Legia) - 300 tys.
5. Manu (Legia) - 240 tys.
6. Maciej Iwański (Legia) - 240 tys.
7. Andrzej Niedzielan (Korona Kielce) - 240 tys.
8. Dickson Choto (Legia) - 220 tys.
9. Miroslav Radović (Legia) - 220 tys.
10. Sławomir Peszko (Lech Poznań) - 220 tys.
SZAROWOLA

(kiedyś wrzucę!)
ANTOLOVIĆ: LEGIA ZAROBI NA MNIE MILIONY!
(pamiętny wywiad)


PS: Legia wysłała pierwszą ofertę w połowie maja. Do Warszawy trafił pan jednak ponad miesiąc później. Czemu trwało to tak długo?

MARIJAN ANTOLOVIĆ: Kłopot nie był ze mną, bo podjąłem decyzję o odejściu, gdy tylko przyszła oferta z Warszawy. Zaangażowaliśmy w negocjacje nawet burmistrza miasta, bo mój były klub Cibalia w połowie jest własnością Vinkovci. "Musicie go puścić, to kupa pieniędzy" - powtarzał. No i w końcu przekonał działaczy.
PS: Wiemy, że w końcowej fazie negocjacji mocno namieszało Monaco i Rennes.
Monaco wysłało oficjalne pismo o zainteresowaniu. Napisali: „Jeśli sprzedamy bramkarza Stephane Ruffiera, złożymy ofertę kupna Marijana Antolovicia". Ruffier miał otrzymać ofertę z Anglii, bardzo na to liczyłem, miało to być kwestią dziesięciu dni. Pismo o zainteresowaniu przysłało też Rennes, ale Cibalia potrzebowała pieniędzy, konkretnych ofert i liczb, a nie kolejnych dokumentów. A przecież koledzy w szatni od kilku miesięcy prosili mnie bym odszedł. „Będą jakieś pieniądze" - mówili. Cibalia miała wobec nich pół miliona euro długów. Klub musiał mnie sprzedać, by przetrwać i zagrać w Lidze Europejskiej.

PS: Skąd wzięło się zainteresowanie Francuzów?
Do Rennes polecił mnie Christophe Lollichone, obecny trener bramkarzy Chelsea Londyn. Kiedyś w Rennes oszlifował talent choćby Andreasa Isakssona czy Petra Czecha, który z Francji zabrał swego trenera do Londynu. Lollichone obejrzał mnie w meczu młodzieżówki Chorwacji, skontaktował mnie z Rennes i kazał im mnie kupić. Później miałbym trafić do Londynu tak jak Czech. Nie miałbym nic przeciwko. Nie wiem jednak na co czekały te kluby, ale w połowie czerwca Cibalia miała na stole tylko oficjalną i konkretną ofertę Legii oraz Dinama Zagrzeb, a także oficjalne pisma o zainteresowaniu z Monaco i Rennes. Kogo mieliśmy wybrać?

PS: Nie wolał pan poczekać kilka dni?
Czasami w tym biznesie wszystko to pochodna łańcucha wydarzeń. Nie wiadomo, czy za chwilę nie wycofa się też Legia. Ale nie ma co żałować. Ja do tych klubów jeszcze trafię. Na razie mam 21 lat. Jeszcze w czwartek menedżer z Francji dzwonił do mnie i prosił: „Poczekaj, nie jedź do Warszawy, oferta to kwestia kilku dni". Gdy wiedział już, że jesteśmy dogadani z Legią wykrzykiwał: „Nie podpisuj czteroletniego kontraktu, podpisz chociaż dwuletni! Łatwiej będzie odejść!". Klamka zapadła, jestem w Warszawie, a kto wie czy we Francji nie byłbym w tej chwili tylko drugim bramkarzem. Mogłem też od razu zostać gdzieś oddany na wypożyczenie. Telefony z Francji dzwoniły jednak nawet wtedy, gdy w ostatni piątek jechałem samochodem do Warszawy.

PS: Jak to samochodem? Z Chorwacji?

Po miesiącu negocjacji Legia i Cibalia w końcu się dogadała. Była 22 w nocy w zeszły czwartek. Rano nie było żadnych miejsc w samolotach do Warszawy. Prezydent Cibalii postanowił więc, że pojedziemy jego mercedesem. Byliśmy tak zdeterminowani. Wyjechaliśmy o 6 nad ranem. Podróż zajęła nam 13 godzin, bo po drodze zgubiliśmy się jeszcze gdzieś w pobliżu Budapesztu. W Katowicach otrzymałem ostatni telefon z Francji. Odpowiedziałem: „Jeśli macie ofertę, wyślijcie ją natychmiast do klubu, ale teraz przepraszam, bo jadę już do Warszawy".

PS: Nie zastanawialiście się wtedy czy trzymać kurs na Warszawę, czy może jednak skręcić na Zachód i pojechać do Francji?
OK, może gdy zobaczyłem polskie wsie i miasteczka, to zdarzyło mi się powiedzieć prezydentowi Cibalii: „Zabierz mnie na Zachód, proszę!", ale gdy wjechaliśmy już do Warszawy, to od razu był to inny świat. Byłem pozytywnie zaskoczony.
PS: Do Francji miał pan trafić już w styczniu, gdyby nie pewna niecodzienna sytuacja.
Wszystko było gotowe, ustalone pieniądze dla mnie i dla Cibalii. Miałem być pierwszym bramkarzem w Racingu Strasburg. Warunki mojego transferu w Chorwacji ustalił wcześniej prezydent francuskiego klubu. Cibalia miała dostać za mnie 700 tysięcy euro. Pojechałem do Strasburga. Za kilka godzin mieliśmy złożyć podpis pod kontraktem, gdy Strasburg wycofał się z tej oferty. „O, przepraszamy, nie mamy tyle pieniędzy" - zaczęli kręcić. Nagle zaoferowali o 150 tysięcy mniej, wysokość mojej umowy podtrzymali. Cibalia powiedziała nie. W Strasburgu zwiedziłem więc tylko hotel. Musiałem wracać. Sezon dokończyłem w Chorwacji, ale na kilka dni tygodni przed końcem sezonu wszystko zaczęło się na nowo. W mediach byłem sprzedawany absolutnie wszędzie.
PS: Angielskie „The Sun" i „Daily Mirror" pisały o zainteresowaniu Liverpoolu, Chelsea i Tottenhamu.
Same sygnały wielkich klubów nie wystarczą, by doszło do transferu. A ja musiałem wybierać. Ludzie z polsko-bałkańskiej agencji RSP-9 i menedżer Marcin Lewicki, który pilotował transfer, przekonali mnie, że Legia to instytucja, a jej trener bramkarzy Krzysztof Dowhań ma już markę w Europie. Każdy mówił o tym, że ten klub to masowy zakład produkujący bramkarzy o europejskiej klasie. Boruc, Fabiański, Mucha... Wolałem ten klub niż Dinamo. Mistrz Chorwacji to specyficzny klub, o osobliwych kibicach i presji. Nie chciałem tam przechodzić. Wolałem wyjechać z ligi chorwackiej.
PS: Przez Legię przeszedł jeszcze Szczęsny, rezerwowy w Arsenalu, czy Załuska, zmiennik Boruca w Celtiku oraz Kowalewski.
Macie szczęście, że jesteście w Unii Europejskiej, a wasi bramkarze mogą swobodnie podróżować. Wiem, że polska liga jest 10. w Europie pod względem pieniędzy generowanych ze sprzedaży praw telewizyjnych i wyprzedza Belgię i zbliża się do Portugalii. Legia ma markę, a wkrótce z polską ligą może być jeszcze lepiej. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebym pograł tu jakiś czas i do klubów francuskich czy angielskich poszedł już jako pierwszy bramkarz. Legia musi być zadowolona, że mnie pozyskała. Za jakiś czas zarobi na mnie miliony!
PS: Wiedział pan w ogóle coś o Legii? Przecież ten klub od lat nie osiągnął niczego w Europie.
Nie słyszałem wiele więcej. Interesował mnie Dowhań, możliwość rozwoju. Liczę na jego rozmaite ćwiczenia. Od kilku miesięcy trenuję już boks, to ma jeszcze bardziej wyostrzyć mój refleks i szybkość. U nas w Chorwacji uprawiamy każdy sport, stawia się na wszechstronność. W wieku 15 lat byłem więc kapitanem szkolnego zespołu w siatkówce, który sięgnął po mistrzostwo Chorwacji, a że jestem leworęczny, to przepowiadano mi również karierę w piłce ręcznej. Może to dziwne, ale piłkę ręczną rzuciłem dopiero w wieku 17 lat, gdy dostałem powołanie do piłkarskiej reprezentacji juniorów mojego kraju! Do tego czasu chodziłem na dwa treningi dziennie - na ręczną i piłkę. Jestem dobrym materiałem na klasowego bramkarza. Liczę, że Dowhań pomoże mi zrobić karierę na Zachodzie.
PS: Nic więcej o Legii?
Jestem młody, a Legia swoje sukcesy odnosiła, gdy miałem zaledwie kilka lat. No i szczerze mówiąc w Chorwacji nikogo nie interesuje, co dzieje się w polskim futbolu. Ludzie z agencji powiedzieli mi jednak, że Legia to odpowiednie miejsce. Zacząłem czytać fora kibiców. Jedną z pierwszych informacji była ta, że 90 procent kibiców w Warszawie kibicuje właśnie temu klubowi.

PS: Dzięki grze w Legii będzie miał pan szansę na grę w reprezentacji Chorwacji?
Gdy odmawia się Dinamo Zagrzeb, to później bywa z tym różnie... W ostatnim sezonie pobiłem rekord ligi w całej jej historii - nie puściłem gola przez 551 minut, byłem wybrany do jedenastki sezonu. Od Slavena Bilicia miałem dostać powołanie już na czerwcowe mecze, z Walią, Austrią i Litwą. Na razie otrzymali je jeszcze starsi bramkarze. Nie ma się, co dziwić. W Chorwacji ludzie są rozczarowani tym, że wybrałem Legię. Antolović poszedł do Polski? Oszalał? Ja też byłem podejrzliwy. W Chorwacji ludzie myślą Polak, widzą Rosjanina. Pamiętają, że 20 lat temu Polacy przyjeżdżali do Chorwacji na handel. Zapamiętali was, jako biedną nację. Dlatego się dziwią. Zapominają w jak wielkiej recesji jest sama Chorwacja. My wciąż jesteśmy gdzieś między socjalizmem i kapitalizmem. Polska liga to teraz dobra odskocznia, a Warszawa to już pełny kapitalizm, prawda?
Rozmawiali: Przemysław Zych i Tomasz Zieliński
ILE LAT MA TRAORE?

(po lewej Mouhamadou Traore - piłkarz Zagłębia Lubin - urodzony 16 kwietnia 1986 roku; po prawej Mouhamadou Traore urodzony 16 kwietnia 1982 roku, który w 2004 roku był testowany przez Wisłę Kraków. Obaj z miasta Thies, obaj występowali w klubie ASC Jaraaf, chociaż Traore - piłkarz Zagłębia - udaje dziś, że nigdy tam nie grał. Przypadek czy ta sama postać i zwykłe oszustwo?)

Śledztwo zajęło mi dwa tygodnie. Kilkaset minut połączeń z Senegalem, kilkadziesiąt wysłanych maili, kilkanaście przesłanych zdjęć, godziny spędzone na przeglądaniu depesz senegalskie agencji prasowej APS... W pewnym momencie dochodzenie stało się dla mnie tak uciążliwe, że po powrocie do domu z redakcji nie mogłem myśleć o niczym innym niż… ile lat ma Traore? Zamieszczony w gazecie jednostronicowy materiał niestety był tylko niewielkim skrótem.

Zagadka wieku Traore
("Przegląd Sportowy", 12.05.2010)

- Nie znam go. Hmm... nigdy o nim nie słyszałem. Też grał w Thies? Aha... No nie wiem. Nie sprawdzałem, czy gdzieś gra inny Mouhamadou Traore. Przyjechałem do Polski po raz pierwszy dwa lata temu. Może gdybym przyjechał wcześniej, to miałbym szansę go poznać - Mouhamadou Traore (FOT. 1), piłkarz Zagłębia Lubin pochodzący z senegalskiego miasta Thies, robi wielkie oczy zapytany o... Senegalczyka Mouhamadou Traore (FOT. 2), także napastnika, z tegoż samego Thies, który w lutym 2004 roku był testowany przez Wisłę Kraków. Wówczas zawodnik senegalskiego klubu ASC Jaraaf Dakar trenował z mistrzami Polski przez tydzień w Monastyrze (Tunezja). Z dokumentów, jakie wtedy przedstawił, wynika, że urodził się 16 kwietnia 1982 roku. Data urodzenia napastnika Zagłębia? 16 kwietnia, tyle że 1986. Zwykły zbieg okoliczn ości, czy jednak mistyfikacja?

Wiecznie 22-letni
Na obozie w Tunezji 22-letni napastnik Jaraaf zagrał 90 minut w barwach Wisły w meczu z AS Marsą (4:0) i wszedł z ławki w sparingu z Hamman (5:0). Nie zachwycił jednak na tyle, by podpisać kontrakt i grzecznie mu podziękowano. Żaden z wiślaków go nie zapamiętał, podobnie jak trener Henryk Kasperczak. Cztery lata później do Polski przyjechał obecny piłkarz Zagłębia Lubin o takim samym imieniu i nazwisku, o bardzo podobnym wyglądzie, urodzony tego samego dnia i miesiąca, pochodzący z tego samego miasta. Silny, zdolny, rześki i co najważniejsze dla kontrahentów - ledwie 22-letni... A może znów 22-letni?

Spisek?
Na tę przypadkową zbieżność faktów i zastanawiającą niezgodność dat urodzenia po raz pierwszy zwrócił uwagę jeden z kibiców, który swoimi wątpliwościami podzielił się na blogu „ilelatmatraore.blogspot.pl". My postanowiliśmy się dokładniej temu przypadkowi przyjrzeć. Naprawdę trudno się oprzeć wrażeniu, że testowany przez Wisłę piłkarz i Traore z Zagłębia to ta sama postać, tylko z innym - cofniętym - paszportem. A może to tylko skłonność do ulegania teoriom spiskowym i zbytnia podejrzliwość? Podobnie podejrzliwy jest jednak Salif Diallo zajmujący się od lat ligą piłkarską w Senegalu, dziennikarz tamtejszej agencji prasowej APS, któremu wysłaliśmy osiem zdjęć, w tym dwa, które publikujemy.

To ten sam
- To z pewnością ta sama osoba. Pamiętam, jak Traore grał w Jaraaf (to z tego właśnie klubu w 2004 roku przyjechał na testy do Wisły senegalski napastnik - przyp. red.). Trafił tam z US Rail Thies. Miał świetne wejście, dobry pierwszy sezon. Jego problemy zaczęły się dopiero, gdy do Maroka wyjechał trener Lamine Dieng. Traore musiał odejść do CSS Richard-Toll - mówi dziennikarz. To z tego klubu trafił do Lubina Traore, który dziś stanowi o sile Zagłębia.

Problem w tym, że w CV obecnego zawodnika drużyny z Lubina nie ma żadnej wzmianki o tym, by grał on kiedykolwiek w Jaraaf. Według dokumentów do Polski trafił właśnie z CSS Richard-Toll, a twierdzi, że wcześniej reprezentował tylko barwy US Rail Thies. Cały czas jednak zastanawia, że zawodnik z Lubina nie kojarzy swojego starszego o cztery lata imiennika, krajana i człowieka, który w piłkarskim CV dzieli z nim przynajmniej jeden klub. Czy Traore mógł usunąć ze swojego życiorysu pozycję pod tytułem Jaraaf (lata 2002-2005)? Dlaczego jednak miałby to zrobić? Można tylko spekulować, że chodziło o odmłodzenie się i zatarcie wrażenia, że to on był 22-letnim napastnikiem Jaraaf na testach w Wiśle Kraków.

Szukaj wiatru w polu
O pomoc w ustaleniu faktów - oprócz Salifa Diallo - poprosiliśmy także Ndiaye Khalifa, szefa sportu w senegalskim dzienniku „Le Soleil". Cóż prostszego niż pojechać do siedziby federacji i poprosić o stosowne dokumenty? Łatwo można sprawdzić, jaka data urodzenia widniała na certyfikacie Traore z Jaraaf - tego testowanego w Wiśle - i czy to ta sama osoba, co Traore z Zagłębia. Zarówno jednak Khalifa, jak i Diallo zderzyli się ze ścianą. Aż do 2007 roku liga senegalska była amatorska. Nie było mowy o żadnej komputeryzacji, większość klubów do dziś nie jest nawet podłączona do internetu. Liga nie jest transmitowana w żadnej telewizji. - Nikt się u nas nie zajmował takimi sprawami jak prowadzenie jakiejkolwiek bazy danych. Dopiero niedawno pojawiły się pierwsze komputery - tłumaczy Diallo.

Senegalska norma
- Problemem jest nawet ustalenie dokładnej liczby strzelonych goli. Nie jesteśmy w stanie ustalić jego daty urodzenia. Niektórzy mają tu dwa albo nawet trzy akty urodzenia. Kiedyś w Senegalu zdarzało się to bardzo często. Piłkarze czy koszykarze zmieniali swój oficjalny wiek, żeby mieć większe szanse na zrobienie kariery. W tej chwili jest trudniej, paszporty są biometryczne, ale cofanie licznika wciąż się zdarza - tłumaczy Khalifa, po czym dodaje, że jedyną możliwością potwierdzenia tożsamości piłkarza Zagłębia jest po prostu... pokazanie ludziom zdjęcia Traore na stadionie w Dakarze.

Nie odbierać
Żadna gazeta w Senegalu nigdy nie wydawała czegoś w rodzaju „Skarbu Kibica", o braku transmisji telewizyjnych już wspominaliśmy. Dlatego faktycznie jedynym źródłem informacji może być pamięć ludzi - chociażby podróżującego po kraju dziennikarza, jak właśnie Salif Diallo. Inni mają jedynie szansę na szczątkowe, porozrywane i nieukładające się w całość informacje o lidze. Część ruchów transferowych i daty urodzenia piłkarzy pozostają nieznane dla zwykłego kibica przez całą długość trwania karier piłkarzy. To idealne pole do przekrętów, odmłodzenia się o kilka lat po wyjeździe na inny kontynent. Znając trudności, które muszą pokonać poszukujący prawdy, nie trzeba nawet specjalnie się maskować.

Wystarczy się nie przyznać
Afryka Zachodnia, w tym Senegal, to zresztą miejsce, które od wielu lat podejrzewane jest o proceder fałszowania paszportów. Wśród podejrzanych znajdują się nazwiska znacznie większe niż Traore z Lubina.

- El-Hadjiego Dioufa (m.in Liverpool) oskarżano o to, że odmłodził się nawet o siedem czy osiem lat. Zanim wyjechał do Europy, mając rzekomo 17 lat, przez wiele sezonów grał bowiem na południu kraju - mówi jeden z dziennikarzy, który zastrzega sobie anonimowość. Ostrożność zachowuje zresztą każdy z rozmówców.

Traore na testy do Wisły przyjechał z Jaraaf. Wiele mógł wyjaśnić Lamine Dieng, który go wówczas ściągnął z Thies. - To jeden z najlepszych napastników, jakich kiedykolwiek miałem. W 2004 roku wygraliśmy mistrzostwo, a on grał w większości meczów. Później dostałem propozycję z marokańskiego klubu i wyjechałem. Wróciłem dopiero niedawno i już go nie spotkałem. Nie widziałem, że jest w Polsce. Straciłem z nim kontakt - przekonuje. Gdy pytamy o to, ile Traore ma lat, Dieng zaczyna sie jednak zasłaniać.- Nie wiem. Było tylu piłkarzy. Jestem starszym człowiekiem, mam 59 lat. Muszę najpierw zajrzeć do moich zapisków i się zorientować. Zadzwoń za dwie godziny - powiedział i już nigdy nie odebrał telefonu. Od dziesięciu dni odrzuca wszystkie połączenia, nieważne - z polskiego numeru kierunkowego, czy zastrzeżonego.

Może mi się pomylić
Problemy z otwartą rozmową o wieku Traore ma także Pape Samba Ba, od pięciu lat grający w Polsce (m.in. Lech Poznań) były reprezentant Senegalu.
- Może pan dać numer do pana brata Mamadou - pytamy.
- A po co?
- Grał z Traore w Jaraaf i kadrze olimpijskiej. Chcemy mu zadać kilka pytań. Prezentujemy sylwetkę Traore.
- Ja wam wszystko powiem! Śmiało. Też go znam doskonale - zapewnia.

Gdy jednak mówimy mu, że piłkarz Zagłębia twierdzi, że w Jaraaf nigdy nie grał, Ba traci rezon. - Co ty, książkę o nim piszesz? - pyta agresywnie. - Skontaktuj się z nim. On ci sam wszystko powie. Mogę coś pomylić. Może z moim bratem spotkali się tylko w kadrze, a nie w klubie? - myli tropy, a jedną z depesz agencji APS, w której na liście powołanych figuruje Traore i jego brat Mamadou (obaj z Jaraaf) nazywa „możliwą pomyłką dziennikarzy". Diallo, który przygotował tę notkę i oglądał Traore również w meczach reprezentacji olimpijskiej, zapewnia, że to nieprawda.

- Odmładzanie się przy wyjeździe do Europy to powszechna sprawa w senegalskim futbolu. Jeśli wyrobisz sobie nowe świadectwo urodzenia, masz prawo ubiegać się o nowy paszport - komentuje Tydiane Sy, dziennikarz z Dakaru. - Wątpię, by ktoś ci coś powiedział. Ludzie się tego wstydzą. Wszyscy wiedzą, że to się zdarza, ale wiedzą też, że to przestępstwo i sprawa dla policji.

Być może nigdy nie dowiemy się, jaka jest prawda. Rozwiązanie zagadki Mouhamadou Traore pewnie tkwi gdzieś na zakurzonych półkach w siedzibie senegalskiej federacji, których nikt nie dotykał od lat lub w zawartości notatek pierwszego trenera piłkarza Zagłębia Lubin. Czy jednak Lamine Dieng kiedykolwiek odbierze telefon?
KLAN TOLKA EKWUEME

(kiedyś wrzucę!)