poniedziałek, 27 lipca 2009

OKO, DZIESIĄTKA, OKO, DZIESIĄTKA, OKO, DZIESIĄTKA



"Geniusz i utracjusz"
("Magazyn Futbol", sierpień 2009)

Lewą nogą "wiązał krawaty", gwiazdom Bundesligi zakładał "siatki". Był królem ateńskich dyskotek i poznańskich pubów. Mirosław Okoński na boisku i w kasynie zawsze grał o całą pulę, zawsze stawiał na "dychę". Bóg dał mu talent, życie zabrało miliony, ale legendą polskiej piłki i tak zostanie...

Z Okoniem rozmawiałem przy piwku o ósmej rano, co opisałem już przy okazji rankingu 25. zmarnowanych talentów, w których Oko zajął u nas pierwsze miejsce.

ZYCH: "Okoński? Najlepszy lewonożny piłkarz w historii Bundesligi" - tak mówili niektórzy niemieccy dziennikarze. "Lewa noga znaczyła dużo więcej niż u niektórych dwie" - to opinia o panu Kazimierza Górskiego. Skąd to pokrętło w lewej nodze?

OKOŃSKI: - Nauczyłem się tego w szkółce Gwardii Koszalin, jako ośmioletni chłopak. Po mnie był tam też m.in. Mirek Trzeciak. Ojciec miał pretensje, że wybrałem Gwardię, czyli klub milicyjny, a nie Bałtyk, klub budowlany. Jako ośmiolatek wygrywałem turnieje strzelców, pięcioboje piłkarskie polegające na odbijaniu futbolówki lewą nogą przez paliki, prawą, głową. Grałem dzień w dzień na podwórku. Już wtedy spokojnie podbijałem piłkę trzy tysiące razy.

Słyszałem, że umiał pan "gasić" na nodze podrzuconą w powietrze monetę, która spadała płasko na but.

- Dziś mało komu nie spadłaby piłka ze stopy! Jak poszedłem do Legii, to w szatni niektórzy sobie podbijali piłkę. Stefan Majewski i inni. Ale oni, by ją podbijać, musieli wstawać, a ja podbijałem futbolówkę siedząc. Kochałem technikę od dziecka, do dziś ją mam i nawet na meczach oldbojów wciąż zdarza mi się dostać sporo braw! Mam 50 lat, a kibice wciąż mówią, że to jest nieprawdopodobne. Dzięki technice zauważył mnie Guenter Netzer. To ona otworzyła mi drzwi do kariery. Netzer, po obejrzeniu meczu Lecha, powiedział do trenera-legendy Ernsta Happela: "Słuchaj, mam jednego zawodnika, dziesiątka na koszulce". Happel, po obejrzeniu mojej gry, odpowiedział mu: "Jak nie przywieziesz mi Okońskiego, możesz w ogóle nikogo nie kupować". Pięć razy do Poznania i Warszawy przyjeżdżał Netzer, który pracował nad tym transferem. Przyjeżdżał i wyjeżdżał. Nic z tego - mówiono mu. Problem był taki, że oni - ludzie z Zachodu - w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że u nas jest przepis, iż piłkarz musi mieć 30 lat, by pozwolono mu wyjechać. Ja miałem wtedy 28. Pomogło jednak pismo, które wysłałem do PZPN.

Kto jeszcze przyjeżdżał oglądać Okońskiego?

- Chociażby wysłannicy Paris Saint Germain, gdy miałem 21 lat. Wtedy sponsorem paryżan był słynny aktor Jean-Paul Belmondo, niesamowity kibol tego PSG. Przyjeżdżał więc kilka razy do Poznania, gdzie mieszkał w hotelu "Merkury". Chciała mnie również Admira Wacker Wiedeń. Też się nie dało. Dopiero po moim liście otwartym, gdy spytałem: kiedy wy chcecie zarobić na mnie pieniądze? Gdy na rencie będę? W 1986 roku trafiłem więc do HSV.

Tam upokarzał pan obrońców.

- Na treningach musiałem grać przeciw Manfredowi Kaltzowi, najlepszemu obrońcy Bundesligi, w której rozegrał ponad 600 meczów. Happel wystawił mnie na lewą pomoc, więc grałem przeciwko niemu, bo on był prawym obrońcą. Kolega, który grał w Olimpii Poznań, stał z boku i mówił mi: graj to, co grałeś w Poznaniu. Siłą rzeczy musiałem doszlifować umiejętność dryblingu. Ośmieszałem Kaltza strasznie, kiwałem go jak psa, z uśmiechem na buzi. Dziwię się skąd miałem tyle werwy w sobie. Jak on musiał mnie nienawidzić? Albo moja bramka roku w Europie, gdy okręciłem w polu karnym pięciu obrońców Fortuny Duesseldorf. Wpadałem w amok, gdy miałem piłkę u nogi. Skakałem pół metra, uciekałem przed ich faulami. W sezonie 1986/87 wychodziło mi wszystko, więc wybrano mnie drugim w plebiscycie na najlepszego piłkarza Bundesligi, za Uwe Rahnem, a przed Lotharem Matthaeusem.

Szkoda tylko, że trzy mundiale uciekły…

- W 1978 złapałem kontuzję, gdy mieliśmy jechać do Argentyny. Hiszpania 1982 mi uciekła, bo trenerem był Antoni Piechniczek. To był układ łódzki, Piechniczek miał tam swoich ulubieńców. A taki Łazarek, gdy był selekcjonerem, popełniał błędy. Powoływał trzech lewonożnych piłkarzy, w tym mnie i Włodka Smolarka. Graliśmy wszyscy obok siebie, między innymi w pamiętnym, bezbramkowym meczu z Cyprem. Wcześniej kibice mieli pretensje: jak to - Okoń, najlepszy piłkarz Bundesligi, nie jest powoływany? Dostałem więc powołanie. Co z tego, skoro Łazarek nie umiał odpowiednio mnie wykorzystać.

W rankingu "MF" na stu najlepszych polskich piłkarzy w historii zajął pan 19. miejsce. Czemu nie wyższe? Miał być pan skrzyżowaniem Deyny z Lubańskim.

- Gdy byłem mały, to na boisku udawałem Włodka Lubańskiego. Wszedł mi w głowę jego sposób gry i zawsze próbowałem go naśladować. Z kariery jestem zadowolony, choć mogłem osiągnąć więcej. Może nie powinienem odchodzić z HSV? Zadzwonił do mnie Felix Magath, po odejściu Netzera menedżer HSV, i mówi: "Przyjeżdżaj do klubu". Przyjechałem, a ten mi mówi: "Przyjmujesz obywatelstwo niemieckie, żeby zwolnić miejsce dla obcokrajowca". A ja mu mówię: "Co? Mam 30 lat i teraz mam się w to bawić? Mam rodziny nie zobaczyć przez pięć lat?". Wówczas niechybnie na tyle zabroniono by mi wjazdu do Polski. Zagotowałem się: dlaczego ja, Polak, mam przyjmować obywatelstwo niemieckie? Niech zrobi to Duńczyk Nielsen, albo ten austriacki stoper. Dzwonię do domu Magatha. Mówię: "Dzień dobry". A tam, z drugiej strony, jego żona… Polka! I mówi: "Proszę?". "Czy można z Feliksem?" - pytam. "A kto mówi?" - ona na to. "Mirek Okoński w sprawie transferu…" - mówię do niej. "Ich verstehe nicht" - ona nagle oświadcza, że nie rozumie po polsku! Jaja! O tym, że chcą, bym odszedł do AEK, dowiedziałem się o pierwszej w nocy, gdy obudzono mnie na zgrupowaniu. Zadzwoniłem tylko do żony, a o ósmej już leciałem do Aten na badania. Szybka akcja, zdecydowałem, że w Grecji nie będą mnie tak traktować jak w Hamburgu. Na lotnisku w Atenach rano było już ponad trzy i pół tysiąca ludzi czekających na Okońskiego.

Żadnych zmartwień w Atenach?

- Bardzo nieelegancko jako Polak zachował się Jacek Gmoch, trener Olympiakosu Pireus. Prezydent tego klubu, zresztą taki mały mafioso, bardzo mnie chciał pozyskać. Powiedział Gmochowi: "Pojedź do Niemiec na turniej i przywieź dziesiątkę z HSV, czyli Okońskiego". O tym dowiedziałem się znacznie później. W tym turnieju, w którym grał Bayern, HSV, Borussia Moenchengladbach i Eintracht, zostałem wybrany najlepszym piłkarzem. A Gmoch ani słowa do mnie nie powiedział, zaczął rozmawiać z Lajosem Detarim, węgierską "dziesiątką" z Eintrachtu. Tak potraktował Polaka. Później przyjechał do mnie prezydent AEK i szybko załatwiliśmy transfer. Gazety pisały: "Jak to? Okoński miał być w Olympiakosie". Okazało się, że Gmoch nie chciał brać "kaleki" do Pireusu! Jak mi tłumacz powiedział co napisano w gazecie, byłem w szoku. Rzekomo miałem być po pięciu operacjach. Gmoch nie przypuszczał, że jednak trafię do Grecji i to się wyda. Czeski film! No to powiedziałem: "Zróbcie nam wspólną konferencję – z Gmochem, ze mną i Detarim, który przeszedł do Olympiakosu. Wyłożę nogi na stół, a Gmoch niech pokazuje ślady po operacjach! Wszystko Gmochowi na tej konferencji wyrzuciłem. Na koniec sezonu pożałował. 90 tysięcy kibiców na trybunach, mecz o mistrzostwo. AEK wcześniej nie zdobył tytułu przez 10 lat. Na ławce Dusan Bajevic, ściągnięty wtedy, gdy ja przychodziłem. Końcówka meczu. Trzech rywali okiwałem, zrobiłem zamach, pozorując, że strzelam, minąłem bramkarza, podałem do kapitana, pach, pach, gol. Zdobyliśmy mistrzostwo Grecji. Gmocha zwolnili. Pięć operacji miałem, tak?

Może Gmoch nie chciał Okońskiego, bo pan - wrzucony w ramy i schematy - tracił połowę wartości?

- Gmoch w kolejnym sezonie poszedł trenować zespół z Rodos. Dostał od nas dwójkę. Jedną brameczkę strzeliłem ja. Jeśli wcześniej bał się, że rozłożę jego zespół, no to rozłożyłem. Dużo luzu na boisku dawał mi Ernst Happel w HSV. Mówił: "Nie cofaj się, zostań w ataku". Obserwował mnie w czasie meczu i gdy tylko przekraczałem połowę boiska, wracając się, z całą siłą gwizdał i krzyczał: "Okoński do przodu!". W ten sposób mój talent mógł zostać najlepiej wykorzystany. Kiedyś w reprezentacji był Matysik od czarnej roboty. Jak straciłem piłkę, on mnie asekurował. Dlatego szło mi tak dobrze. A czemu Gmoch po mistrzostwach świata w Argentynie uciekł z Polski do Skandynawii? Uciekł przed polskimi piłkarzami. Mieliśmy spotkanie w Victorii. Były pieniądze z FIFA do podziału. Okazało się, że poszły do jego kieszeni. Teraz przyjęli go do komentowania. Jak patrzę co on robi w tej telewizji, gdy maże po monitorku - tu strzałka w tę, inna - w tamtą, to śmiać mi się chce. Nie ma to żadnej merytorycznej wartości. Mówi, że tu powinni stać ci, tamci tu. Jeśli jest taki mądry, czemu dalej nie pracuje jako trener? Powiem czemu: bo to już nie jest ta sama piłka. Nikt go nie przyjmie. Lech oddał mistrza, ale grał dobrą piłkę, nawet w meczach z Udinese. Czy Lech chciałby Gmocha? Niech dalej maże punkciki w TVP. Podczas niedawnego meczu Brazylii już ich nie mogłem słuchać, przełączyłem na SAT 1.

Ocenia to pan, Brazylijczyk w polskiej skórze, którego Bóg wrzucił w ligową szarzyznę?

- Mnie brazylijska piłka imponuje. Dla mnie siła, typowy angielski futbol, to jest dno. Z Manchesteru United odszedł Cristiano Ronaldo, za chwilę odejdzie ktoś inny i znów dominować będzie techniczny futbol z Hiszpanii. Hiszpanie grają piłką. Marzyłem o ich lidze, tam mój talent by się spełnił. Nie udało się przez ten głupi przepis, że można wyjechać w określonym wieku. Dajcie mi teraz 20 lat, dajcie mi te możliwości, jakie są dziś… To była dla mnie tragedia. Lepiej powiodło się Zbyszkowi Bońkowi. Wyjechał, gdy miał 26 lat.

Swoje pan zarobił, swoje wydał... Talent miał pan nie tylko do piłki, ale i do zabawy. Podobno kiedyś był pan na weselu do piątej nad ranem, dwa promile we krwi. O jedenastej mecz, 2:0 dla Lecha. Kto strzelił? Okoński.

- Niczego nie żałuję, to było królewskie życie. Ale do każdego meczu byłem przygotowany. Graliśmy mecz z Pogonią Szczecin w Poznaniu. Pogoń mieszkała w hotelu "Merkury", o czym nie wiedziałem. Trenerem Pogoni był Leszek Jezierski, a ja trochę przypadkowo się tam znalazłem… Dyskoteka, nie dyskoteka - wiadomo. Coś tam już wypiliśmy. A że wesele było w drugiej salce… Tam mnie nie było. Nie, nie. Tak było tłoczno, że piłkarze Pogoni nie mieli nawet gdzie zjeść kolacji, zostali w pokojach i tam jedli. W barze siedziałem, spotkałem trenera Jezierskiego. Mówię mu: "Panie trenerze, zapraszamy na lufkę". On mi mówi: "Ale jutro mecz! Nie grasz?". Powiedziałem, że mam kontuzję. I… kolejka, lufka. Posiedzieliśmy sobie, powspominaliśmy. Do czwartej rano. Przyjechała po mnie żona, odwiozła do domu. O 8:30 była zbiórka na stadionie. A tu zaskoczenie, bo - mimo kontuzji - trener wstawił mnie do składu. Do przerwy strzeliłem jedną bramkę, potem drugą. 2:0. Jezierski wparował do szatni i mówi: "Idźcie wy w p…u! Okoń do czwartej rano siedział w barze, a wy odpoczywaliście w pokoju, kolacyjkę przyniesiono, wuzetki, telewizorek. Okoński o świcie do domu wraca i jeszcze wam dwie bramki strzela? To ja wolę takiego jednego Okonia, niż was dziesięciu!".

A jak było w Grecji?

- Media ciągle pisały, że Okoń pije. Czemu się dziwić, skoro miałem w Atenach prezesa Giannapoulosa, który ciągle mnie zapraszał do swojego lokalu? W Atenach miał ich trzy - jeden w centrum na dwa tysiące ludzi. A że mieszkałem jakieś pięćset metrów od tego lokalu, to wie pan… cały czas tam byłem. Balowałem do czwartej czy piątej nad ranem, ale mogłem, bo treningi mieliśmy o 17-18. Wysypiałem się więc, szedłem na trening, a po nim do baru. Jednak nikt mi nie powie, że sobie balowałem przed meczem. Przed każdym, dwa dni wcześniej, mieliśmy zgrupowanie. Tam byliśmy pod kluczykiem.

Nie wierzę, że nic pan na to nie wymyślił.

- Szczerze? Raz, ale naprawdę tylko raz. To było w Pireusie, graliśmy z Olympiakosem. Prezes przyjechał z małżonką. Czuło się presję. Zamknęli nas szczelnie w hotelu. Siedzieliśmy wszyscy przebrani w dresy, żebyśmy się wyróżniali. Żaden z nas nie mógł wyjść. Patrzę przez szybę, w holu stoi prezes, trener Bajevic, wszyscy. Normalnie piguła mi już wychodziła, tak bardzo chciałem pograć w kasynie. Poszedłem więc do szatni w hotelu, dałem szatniarzowi trochę pieniędzy i mówię mu: "Daj mi swój garnitur". Przebraliśmy się, dałem mu swój dres. Nikt mnie nie poznał w tym garniturze, więc wyszedłem z hotelu. Wpadłem do kasyna i - zza pleców prezesa AEK - stawiałem na te same numery co on. Wygrałem pięć tysięcy marek, kiedy wypaliłem: "Prezesie, serdecznie panu dziękuję". Ten się zerwał z krzesła: "Co ty tu robisz? Skąd masz ten garnitur?" – wykrzyknął. "Ja tu tylko na dziesięć minut, spokojnie". Prezes: "Okoń, szybko do góry! Do siebie!". Tej nocy nie piłem jednak żadnego alkoholu. Kasyno to była moja większa miłość niż alkohol.

Gdzie wygrał pan więcej – w Atenach, Poznaniu, czy Hamburgu?

- W ruletce stawiałem na "dziesiątkę", bo taki numer miałem na plecach. Raz wygrałem sporo dzięki temu, ale nie w Atenach, tylko właśnie w Poznaniu. "Dziesiątka" wpadła mi cztery razy z rzędu. Rozbiłem bank. "Oko - dziesiątka, Oko - dziesiątka, Oko - dziesiątka" - powtarzał krupier. Gdy w nocy nie szło mi w Poznaniu, wsiadaliśmy do taksówki i jechaliśmy do Warszawy grać w hotelu "Marriott". Gdy nie szło w Warszawie, nad ranem wracaliśmy do kasyna w Poznaniu. Po takiej nocy musiałem podtrzymywać sobie powieki zapałkami, żeby nie zasnąć. Ale nigdy nie piłem przed meczem i nie odpuszczałem treningów. Inni po libacjach narzekali na żołądek. Mówiłem im: "Niepotrzebnie mieszaliście". Z alkoholem radziłem sobie świetnie. Gorzej szło przy stole. W życiu zarobiłem jakieś dwa miliony niemieckich marek. A że rozrzutny byłem i żyłem w luksusie, to - gdy wróciłem do Polski - zostało mi jakieś 600 tysięcy. Wtedy zaczął się jednak zjazd. Potrafiłem w 24 godziny przegrać sto tysięcy! Pan rozumie? Sto tysięcy! Wszystko - Blackjack, jednoręki bandyta. Potrafiłem siedzieć w kasynie kilka godzin przed treningiem. Po treningu - aż do północy. Gdy wróciłem do Polski w 1992, po roku nie miałem już prawie nic.

Z czego pan dziś żyje?

- Mam swoje interesiki… Ale nie chcę o nich mówić. Do tego coś zawsze spadnie z gry w oldbojach Lecha, Orłach Górskiego. Był moment, że trenowałem i grałem razem z reprezentacją hip-hopowców. Był Mezo, Liber. Zawsze ktoś mnie poratuje.

Wracając do dawnych czasów - odpuszczaliście czasem mecze?

- Przyjechali do mnie kiedyś przedstawiciele pięciu klubów i obiecywali nagrodę, jeśli wygralibyśmy ostatni mecz w sezonie z Bałtykiem Gdynia. Przy naszym zwycięstwie lub remisie, spadał Bałtyk. Dlatego pięć klubów chciało nas zmotywować, a Bałtyk od nas kupić mecz. Wziąłem kasę od Bałtyku, ale szybko oddałem, bo reszta zespołu powiedziała, że nie chce. Wziąłem więc pieniądze tylko od pięciu zespołów, które chciały nas zmotywować żebyśmy meczu z Bałtykiem nie przegrali. Minęło kilka dni. Piątek. Patrzę na tablicę, gdzie zamieszczany był skład - kto jedzie, kto nie. A tam mnie nie ma! A przecież to miał być mój ostatni mecz w Lechu! Wszystkich zaprosiłem do hotelu na pożegnanie, gdy okazało się, że w meczu nie zagram, bo trener Jakubowski chciał dać szansę młodym piłkarzom. W Gdyni Lech zremisował 1:1. Piłkarze wrócili i o pierwszej w nocy pukają do mojego mieszkania. Z rana wszystko podzieliliśmy.

Dziś nawet to jest nielegalne. Jednym z zarzutów, które postawiono innej legendzie Lecha, Piotrowi Reissowi, jest to, że przyjął pieniądze od innego klubu za grę fair, za zwycięstwo. Z kolei w lidze hiszpańskiej ten proceder kwitnie na zakończenie każdego sezonu.

- Nie widzę w tym nic złego. Dostaliśmy pieniądze nie tylko od Lecha za zdobycie punktu, ale i od pięciu innych klubów. Zostaliśmy zmotywowani do dobrej gry. No, tak czy nie?

To było powszechne w latach 80.?

- Dam panu inny przykład. Lech Poznań grał z Panathinaikosem Ateny. Ja w tym czasie byłem już piłkarzem AEK. W pierwszym meczu było 3:0 dla Lecha. Na rewanż w Atenach wziąłem na stadion prezesa AEK. Lech mieszkał w hotelu, 500 metrów ode mnie. Trenerem był Jerzy Kopa, który już siedział tam dwa tygodnie nad morzem, na wczasach i kombinował… jak tu sprzedać mecz Panathinaikosowi. Kopa to zawsze była k…. Wiedział, że od Panathinaikosu dostanie więcej niż od działaczy Lecha. Coś jednak nie wyszło. Kolejorz wygrał 2:1. Wziąłem więc swoje prywatne pieniądze i dałem Markowi Rzepce. Powiedziałem: "Zrobiliście mi przyjemność, że tego meczu nie oddaliście. Podziel to między chłopaków. Jako premię motywacyjną". Później się okazało, że Kopa zabronił chłopakom z Lecha spotykać się ze mną! Jak go zobaczyłem w hotelu, to wypaliłem mu w twarz: "Kopa, ty frajerze… Jak możesz chłopaków namawiać przeciwko mnie? To ja ich motywuję, ja się cieszę, że wygrywają!". I splunąłem mu na buty. Później okazało się, że Kopa musiał zmienić zdanie. Wszystko przez to, że samolot się zepsuł, gdy startował z piłkarzami Lecha w podróż powrotną. Zadzwonili do mnie i mówią: "Mirek, słuchaj, samolot się zepsuł, pomóż!". No to pomogłem – załatwiłem hotel, wezwałem dyrektora LOT–u, zjedli u mnie śniadanko. Chciałby pan zobaczyć minę Kopy?

Z Legii do Lecha wykupili pana poznańscy biznesmeni. Co z nimi?

- Czym się zajmowali? Prowadzili interesy. Złożyło się na mnie tylu kiboli, że głowa mała. Pieniądze potrafili wyciągnąć spod ziemi. To byli bogaci ludzie, poznańscy rzemieślnicy. Wille pobudowali, furami się wozili po mieście. Dostawałem od nich premie za mecze. Warto było grać za te pieniądze. Gdy razem popiliśmy, płacili za mnie kary, które nakładał klub. "Lulek" trochę podupadł, żona go wykiwała, trochę przegrał w kasynie. Dwóch umarło. Jeden miał dwanaście sklepów. Cieszę się, że mnie wykupili z Legii, bo w przeciwnym razie długo bym jeszcze posiedział w Warszawie. W klubie strasznie musieliśmy się wykłócać z generałami. Jeden mnie wziął do fryzjera i fochy stawiał: "Ma pan się ostrzyc". A ja na to: "Proszę? No, na pewno, już... Mam trening!". Włosy sobie zmoczyliśmy, czapki nałożyliśmy i było po sprawie. Nikt nie widział, że mamy kudły. Był też taki numer, że chciano mnie ukarać za to, że nie było mnie na Legii, gdy akurat ktoś uderzył milicjanta. "Kogo nie ma? Okońskiego!". Przyjechali po mnie i za karę, że mnie w tym czasie nie było, kazali mi sprzątać. Pomyślałem: "Co? Ja?". Załatwiłem to tak, że wynająłem sprzątaczkę z hotelu. Wezwali nas na apel i dowódca mówi: "Widzieliście jak szeregowy Okoński posprzątał u siebie? Idźcie, zobaczcie, weźcie z niego przykład!".

Czuje się pan przywiązany do dzisiejszego Lecha?

- Tak szczerze? To nie jest już Lech. To jest Amica! Obserwuję, ale stoję z boku. Szanuję obecnych działaczy, lecz nie powinni sprzedawać ikon klubu. To one napędzają tłumy na trybuny. Lewandowski to najlepszy przykład, dobry chłopak. Liczę, że go jeszcze rozwinie obecność Andrzeja Juskowiaka w sztabie szkoleniowym. On musi zostać, żeby wypełnić Bułgarską, tak jak w latach 80. ściągnięto mnie. Trochę jestem sfrustrowany, że odszedł Rafał Murawski. Kto jeszcze odejdzie? Nie ma młodych piłkarzy, sami Jugole.

Ilu jest zdolnych chłopaków w niższych klasach?

- Wielu, ale mało któremu uda się tak, jak Lewandowskiemu. Chwilę byłem trenerem. Z przedostatniego miejsca wyciągnąłem Czarnych Żagań na piąte miejsce. I dostałem jeszcze przykaz, żeby wystawiać do składu pięciu młodych. Wystawiałem ośmiu! To samo zrobiłbym w polskiej lidze - usunął z niej wszystkich szemranych i wstawił młodych. W Żaganiu, zanim tam przyszedłem, na treningi chodziło trzech - czterech piłkarzy. Kiedy objąłem zespół, zaczęło przychodzić dwudziestu. Robili wszystko, żeby być na treningu.

Nie mogę pojąć dlaczego nie wykorzystuje się pana w Lechu. Kto ma uczyć techniki młodych piłkarzy, jeśli nie Okoński?

- Kiedyś, przez pół roku, uczyłem. Nie wyszło. Ale jestem umówiony z dyrektorem Markiem Pogorzelczykiem na spotkanie w tej sprawie. Kłopot jest jeden - teraz treningi młodych Lecha są we Wronkach, a tam nie chce mi się dojeżdżać.

piątek, 24 lipca 2009

ONI ZMARNOWALI ŻYCIE

Oto kolejność naszego rankingu, który dziś ukazał się w sierpniowym Magazynie Futbol. Ostatecznie odstrzeliliśmy kilkanaście nazwisk. Długo zastanawialiśmy się czy nie zmieścić w nim Dariusza Zawadzkiego i Filipa Burkhardta. Czy Łukasz Madej i Rafał Grzelak to już zmarnowane talenty? I czy nie oczekiwaliśmy od nich zbyt wiele?

W ostatniej chwili odpadł Andrzej Fischer, trzeci bramkarz polskiej kadry na mistrzostwa świata w 1974. Braliśmy również pod uwagę Wiesława Korzeniowskiego, pomocnika Legii w latach 70., na dodatek Jana Karweckiego, Janusza Srokę, Ryszarda Pera (obrońca Stali Mielec z lat 70), Witolda Wenclewskiego, Jerzego Zawiolana, Henryka Szymborskiego, Wiesława Pytlosa, Dariusza Wdowczyka, Janka Karasia, być może Ryszarda Stańka, Sławomira Wojciechowskiego…

Uff.

Na razie zamieszczam tylko zajawki pierwszej trójki, dużo więcej znajdziecie w sierpniowym Futbolu.

25. Zdzisław Puszkarz

24. Sylwester Janowski

23. Mariusz Piekarski

22. Grzegorz Więzik

21. Marcin Burkhardt

20. Kazimierz Buda

19. Piotr Skrobowski

18. Michał Wróbel

17. Jan Matysek

16. Kazimierz Górski

15. Edmund Kowal

14. Kamil Kuzera

13. Mirosław Pękala

12. Grzegorz Król

11. Fryderyk Monica

10. Maciej Terlecki

9. Władysław Grotyński

8. Stanisław Terlecki

7. Wojciech Kowalczyk

6. Dariusz Dziekanowski

5. Marek Citko

4. Igor Sypniewski

3. Dariusz Marciniak
Połowa lat 80. Budynek klubowy Śląska Wrocław. W jednym z pokoi stacjonuje kontrolujący sytuację w klubie kapral wojska polskiego. Któregoś dnia Marciniak przyprowadza dziewczynę i wiedzie ją do pokoju położonego na piętrze. - Halo, gdzie tu, gdzie państwo... Kim jest ta pani? Tu nie mogą przebywać cywile – mówi surowo kapral. – Spier…! – odpowiada mu bez namysłu Marciniak. – Kto to był? – pyta po chwili dziewczyna. – Jakiś portier – odpowiada Darek.

To był nasz George Best, ale bez szczęścia Besta. Dariusz Marciniak przez wielu uznawany jest za największy talent piłkarski, jaki urodziła polska ziemia. Porównywalny ze Zbigniewem Bońkiem? Być może. Co symptomatyczne dla Polski – talent zmarnowany. Skala jego talentu łączyła się z humorem, gra w piłkę przeplatała z zabawą i nakładanymi karencjami, a dar, którym został obdarzony, stał w rażącym kontraście ze słabością charakteru. (…) Przemysław Zych

2. Andrzej Iwan
Kopaniem piłki zarabiał na życie już jako dziesięcioletni chłopak. Nic dziwnego, że potem mało kto mógł mu dorównać. Andrzej Iwan był jednym z najbardziej utalentowanych piłkarzy w Europie na przełomie lat 70. i 80. Jako jedyny Polak (nikomu innemu później się to nie udało!) trafił na okładkę prestiżowego "World Soccera". Było to w roku 1982, który kończył z 9 golami w kadrze, jako najlepszy snajper Starego Kontynentu. Dwie z tych bramek, strzelone w Barcelonie, dały biało-czerwonym jedyne w historii zwycięstwo nad Hiszpanią. Miał wtedy 21 lat… (…) Paweł Zarzeczny

1. Mirosław Okoński
- Jedyny taki! Najlepszy! Nasz! – zachwalał umiejętności Mirosława Okońskiego „Lulek”, jeden z poznańskich biznesmenów, którzy w 1982 roku zrzucili się na wykupienie „Okonia” z Legii Warszawa. – Nie było lepszego niż on! – dorzucił ktoś ze stolika, przy którym siedział również Bogusław Pachelski, inna legenda Lecha Poznań. Na początku lipca w jednym z poznańskich hoteli spotkaliśmy się z „Okoniem”. Ósma rano. Piwo na stole. – Pan się napije, panie redaktorze?

Naprzeciwko - „Mozart futbolu”, jak go nazywają koledzy, „Paganini piłki nożnej”. Człowiek, który boiskową mizerię potrafił przemienić w widowisko, tego dnia nudny poranek przemienił w wesołą imprezę. Kilkanaście lat po tym, gdy przestał na co dzień zajmować się robieniem obrońców w balona, z taką samą swadą i zacięciem opowiedział mi o swojej karierze i życiu. (…) Przemysław Zych

(wkrótce wrzucę sam wywiad z Okoniem!)

środa, 22 lipca 2009

NA CO ZASŁUGUJEMY?

"Jeśli i tę szansę stracimy, to powiedzmy sobie szczerze - zasługujemy jedynie na grę na szkolnych boiskach w RPA" – tak Zbigniew Boniek jakieś sześć tygodni temu ocenił ewentualne konsekwencje odpadnięcia Wisły z eliminacji Ligi Mistrzów.

Dlatego Wisła nie może dać dziś plamy, bo obrazi się Boniek. Co taka porażka może oznaczać dla polskiej piłki? Trzęsienie ziemi. Wierzę jednak, że do niej nie dojdzie (może jednak dojść powinno?).

W lipcowym Magazynie Futbol pisałem o starcie mistrza Polski w Lidze Mistrzów, większość jest wciąż aktualna (być może wszystko aktualne przestanie być około 19:48), dlatego dziś wrzucam ten tekst.

Już sześć tygodni temu wiadomo było, że i w tym roku transferów nie będzie, że Wisła szuka oszczędności i wkrótce pozbędzie się np. Andrzej Niedzielana. Wisła pozytywnie zaskoczyła natomiast z zakupem Andraża Kirma. Poza nim Biała Gwiazda wzmocniła się jednak piłkarzami, których do klubu polecili sami agenci piłkarza.

Zresztą sam Kirm swego czasu, gdy pisałem o bałkańskich talentach, znalazł się na mojej liście piłkarzy „do wyjęcia” przez polskie kluby. Traf chciał, że w wydaniu na papierze zmieściły się tylko trzy państwa, z których polecaliśmy piłkarzy (Chorwacja, Serbia i Bośnia), a zabrakło Słowenii, także więc samego Kirma… Trudno, dobrze, że chłopak miał dobry start.

"Teraz albo nigdy"
("Magazyn Futbol", lipiec 2009)

- Jezus Maria, co się dzieje! Kończ panie, panie Ahmed Cakar, ten mecz! – tak w 1996roku krzyczał do mikrofonu rozemocjonowany Tomasz Zimoch, komentując mecz Broendby – Widzew i ostatni awans polskiego klubu do Ligi Mistrzów. Wiele wskazuje na to, że w sierpniu z telewizorów w całej Polsce może znów rozlec się podobny okrzyk. – Bo większej szansy na awans do Ligi Mistrzów w erze Bogusława Cupiała jeszcze przed Wisłą nie było – ocenia Marek Citko, który trzynaście lat temu był jednym z tych, którzy wprawili Zimocha w ekstazę.

- Miejsce w Lidze Mistrzów musimy wywalczyć sobie grą na boisku. Bo UEFA w żaden sposób nam nie pomoże. Dlaczego ktoś miałby zmieniać zasady dla nas? – w ten sposób wiele lat temu Zbigniew Boniek wyraził sprzeciw wobec powszechnemu wtedy w Polsce myśleniu, że naszemu krajowi - jako wielkiemu rynkowi zbytu - miejsce w elitarnych rozgrywkach należy się odgórnie. – Wtedy nie przewidziałem jednak, że mój przyjaciel Michel Platini zostanie prezydentem UEFA i będzie chciał wyrównać wszystkim szanse. Jednym dać choćby grę w fazie grupowej Ligi Europejskiej, innym w Lidze Mistrzów – mówi dziś Boniek. Europejscy działacze w końcu bowiem sami doszli do wniosku, że stworzony przez nich w 1997 roku moloch zaczął zabijać futbol w biedniejszych krajach. A to ograniczyło zyski. Dlatego, choć działacze UEFA miejsc z góry wciąż nie rozdają, to znaleźli rozsądniejsze rozwiązanie. Także dla siebie. A zajęło im to aż trzynaście lat. Tyle, ile my wspominamy radiowy klasyk Tomasz Zimocha i mecze Widzewa z Broendby Kopenhaga. – Teraz dopiero okaże się, czy polska piłka stoi w miejscu i się nie rozwija, czy jednak jakoś idziemy do przodu. To będzie test. Okaże się, czy interesują nas pojedyncze wyskoki w Pucharze UEFA i gra o pietruszkę, czy o coś poważnego – dodaje Boniek.

Powrót do punktu wyjścia
Od nowego sezonu w życie wchodzą nowe zasady. UEFA postanowiła stworzyć jedną drabinkę kwalifikacyjną dla mistrzów lig sklasyfikowanych na miejscach 14-53 (a więc i dla mistrza Polski) i drugą, osobną dla wicemistrzów oraz zespołów z trzecich i czwartych miejsc z najbogatszych lig Europy (sklasyfikowanych na miejscach 1-13). Wcześniej, przez długie lata dochodziło do sytuacji, w których mistrzowie słabszych krajów walczyli w kwalifikacjach z czołowymi zespołami ligi włoskiej czy angielskiej. A że to bezsens i jedynie pozorowanie rywalizacji pokazało przed rokiem zestawienie mistrza Polski z trzecim zespołem ligi hiszpańskiej FC Barceloną. Ta na koniec okazała się w ogóle najlepszym zespołem całych rozgrywek. Teraz Liga Mistrzów ma szansę znów nabrać zapomnianego smaku dla ubogich krewnych Zachodu, których w dużej mierze wykreował właśnie system obowiązujący w latach 1997 – 2008. - Wróciliśmy do punktu wyjścia, etapu, na którym reprezentujący nasz kraj mistrzowie ostatnio znajdowali się w 1996 roku, gdy Widzew trafił na Broendby. Wtedy eliminacje, w których mogliśmy zmierzyć się z mistrzem Szwecji czy Danii, zachęcały właścicieli do kupowania piłkarzy. System obowiązujący od tego czasu, czyli prawdopodobne potyczki z czołówką najlepszych lig europejskich – nie za bardzo – ocenia Boniek.

Zezowate szczęście
Będzie łatwiej, to oczywiste - każdy nabierze tego przekonania, gdy spojrzy na kogo z całą pewnością mistrz Polski nie trafi. Paradoksalnie dzieje się to w momencie, w którym Polska w rankingu krajowym UEFA zajmuje rekordowo niską pozycję, a krakowski klub ma najniższy od lat wskaźnik w rankingu klubowym. I to akurat teraz Wisła ma największą szansę wylosowania najłatwiejszego rywala od czasów Broendby Kopenhaga. Paradoksów walki mistrza Polski o Ligę Mistrzów jest jednak więcej. Od wielu lat problemem polskiej piłki jest brak synchronizacji zdarzeń – kiedy mamy dobrego mistrza Polski, wylosujemy Real Madryt. Kiedy zostaje nim zespół złożony z przeciętniaków, dostajemy Anderlecht. Gdy Radosław Sobolewski zdoła oddać strzał życia, najlepszego dnia nie będzie miał sędzia Mike Riley. Gdy ułatwieniu ulega droga do Champions League, mistrz Polski nie może grać na własnym stadionie. To zezowate szczęście to rzecz charakterystyczna dla naszych zmagań o Ligę Mistrzów. Obyśmy więc teraz nie trafili na najtrudniejszego rywala z możliwych, czyli Olympiakos Pireus, bo wówczas hasło „jeszcze nigdy nie było tak łatwo” okaże się wierutną bzdurą. – Nikt jednak nie mówi, że dzięki zmianom musimy awansować już w tym roku. Ten system będzie obowiązywał jeszcze przynajmniej kilka sezonów. Musimy to wykorzystać – mówi Boniek.

Łatwiej, ale nie łatwo
Łatwiej nie znaczy więc łatwo, bo nawet z rywalami o porównywalnym poziomie Wisła Ligę Mistrzów już przegrywała. Rany z porażek z wcześniejszych eliminacji jeszcze się nie zaleczyły. Proces przekonania się, że znów nadszedł nasz czas, szczególnie w Wiśle Kraków, wyjątkowo pokaleczonej porażkami w eliminacjach, musi jeszcze trochę potrwać. – Czy to źle, że nie pompujemy tego balona? Przegraliśmy pięć podejść do Ligi Mistrzów, oczywiste jest więc, że patrzymy już na kolejne kwalifikacje trochę inaczej, trochę ostrożniej. Pracujemy po cichu. Ale zespół, który wciąż mamy był przecież zdolny rok temu do wygrania jednego meczu z Barceloną (1:0). To może wystarczyć na teoretycznie słabszych rywali – dyplomatycznie odpowiada rzecznik Wisły Adrian Ochalik. – Wydaje mi się, że droga przed nami będzie jednak równie trudna jak w latach poprzednich. Trzeba zakasać rękawy i odpowiednio się do tego wyzwania przygotować – przekonuje z kolei prezes Wisły, Marek Wilczek, który nie zamierza popadać w hurra optymizm. Mało kto przy Reymonta zamierza, skoro Maciej Skorża po zdobytym tytule bardziej ochoczo mówi o „siedmioletnim planie”, który sobie wyznaczył, niż awansie do Ligi Mistrzów w sierpniu tego roku. Wiadomo bowiem, że Bogusław Cupiał nie będzie szastać pieniędzmi na rynku transferowym, przynajmniej tak długo, jak trwa rozbudowa stadionu. Dlatego łatwiej mówić o tym, co będzie za kilka lat niż za dwa miesiące. To trochę studzi zapędy kibiców. Oczekiwania są wciąż duże, ale nikt nie traktuje Ligi Mistrzów tak emocjonalnie, jak przy pierwszych podejściach.

Jeśli sprzedadzą, będą transfery
Wszyscy w Krakowie zdają sobie sprawę z wielkiej szansy, mało kto jednak, że cała Europa też zwietrzyła szansę i czeka na te eliminacje już od wielu miesięcy. – Też o tym słyszałem. A kto się nie wzmacnia, ten stoi w miejscu. Wisła już od dłuższego czasu stoi w tym samym. Tak samo chyba będzie teraz, bo nie wydaje mi się, by właściciel Wisły rzucić jakąś kwotę na transfer. W ostateczności sprzeda Pawła Brożka i za to kupi 2-3 piłkarzy. Denerwuje mnie, że w Polsce zespoły buduje się właśnie w ciągu okienka transferowego. Na tydzień, czy dwa przed startem – mówi Juskowiak. Recepta na sukces? – W 1996 roku Widzew czuł przed eliminacjami, że ma za słaby skład by odnieść sukces więc zagrał va banque - zadłużył się i kupił kilku piłkarzy – opowiada były napastnik reprezentacji. - Nie ma teraz recepty na sukces i awans do Ligi Mistrzów. Nie jestem Leo Beenhakkerem by taką komukolwiek dać. Jeśli Wisła dostrzeże, że ma jakieś luki w składzie i je uzupełni, to jasne, z tych rywali może ich przejść – ocenia z kolei Boniek. Wisła luk w składzie ma już jednak kilka, czasu na uzupełnienia niewiele, szanse na to małe. Po odejściu Marcin Baszczyńskiego i Marka Zieńczuka w kadrze jest tylko jeden prawy obrońca i właściwie żadnego lewoskrzydłowego. To paradoks, że za Zieńczukiem, zawodnikiem nieprzystającym poziomem do wymagań eliminacji Ligi Mistrzów, który nie umie dryblować, a jedynie wrzucać piłkę, jeszcze w Wiśle mogą zatęsknić. Bo znalezienie piłkarza o nawet podobnej charakterystyce nie jest na polskim rynku proste, a efekty pracy Jacka Bednarza przychodzą, ale po wielu miesiącach. Tym razem będzie podobnie, chyba, że do Wisły sam zgłosi się agent wolnego piłkarza. Powód? Pustka w klubowej kasie. – Dostaliśmy cynk, że na tą chwilę Wisła żadnej kasy ekstra z Tele-Foniki nie dostanie. Jeśli dojdzie do jakichkolwiek transferów, to tylko w przypadku sprzedaży Brożka lub Marcelo. To, co ugrają sami, to będą mieli - opowiada jeden z agentów współpracujących z Wisłą. - Priorytetem jest jednak odchudzenie budżetu. W klubie raczej myśli się o tym, że na pozbyciu się Andrzeja Niedzielana, Tomasza Dawidowskiego czy Mauro Cantoro można zaoszczędzić około 800 tysięcy euro na transfer Dawida Nowaka. To jednak wątpliwe posunięcie, przynajmniej w tym okienku – dodaje nasz informator. Dla innych brak wzmocnień nie musi oznaczać przekreślenia szans Wisły. – Może być i tak, że Wisła bez żadnych wzmocnień awansuje. Nie panikujmy. Są tego i plusy, zespół jest zgrany, zawodnicy odporni na stres z doświadczeniem w reprezentacji i pucharach. Jeśli właściciel uzna, że awans to tylko kwestia psychiki, dobrego dnia, łutu szczęścia, pomyłki sędziowskiej, to wcale nie musi kupować piłkarzy – mówi Citko.

Byle nie Salzburg
Biała Gwiazda w eliminacjach prawdopodobnie więc wystąpi w takim składzie, jakim dysponuje w chwili obecnej. To musi wystarczyć na trzy rundy, które będzie musiała przebrnąć. W dwóch pierwszych mistrz Polski będzie rozstawiony, do czego wystarczy mu wskaźnik w rankingu klubowym (9,5 pkt). O ile w drugiej rundzie kwalifikacji (14/15 i 21/22 lipca), Wisła nie powinna mieć problemów, to te mogą się zacząć, gdy poprzeczka zostanie podniesiona. W trzeciej rundzie Biała Gwiazda może już bowiem trafić na bardzo niebezpieczny austriacki Salzburg, jak i na szwedzki Kalmaar, norweski Stabaek, cypryjski APOEL (28/29 lipca i 4/5 sierpnia). – Nie przewiduję jakiejś wpadki na tym etapie. Wydaje mi się, że na kogo by nie trafiła Wisła, tu jej obowiązkiem jest zwycięstwo. Paweł Brożek, Rafał Boguski, Radosław Sobolewski – tym piłkarzom nie wolno przegrywać na takim etapie – komentuje Andrzej Juskowiak. Warto przy tym jednak pamiętać, że jeśli mistrz Polski w tym momencie odpadnie, to trafi do czwartej rundy eliminacyjnej LE. Rok temu na porównywalnym etapie eliminacji LM Wisła, jako mistrz Polski 2008, trafiła na najtrudniejszego spośród rywali – izraelski Beitar Jerozolima, a mimo to awansowała (1:2, 5:0).

Zaczynają się schody
Dopiero po przejściu dwóch pierwszych rywali, gra rozpoczyna się na serio. 18/19 i 25/26 sierpnia Wisłę czeka najsilniejszy rywal, lecz na pewno nie tak mocny jak FC Barcelona czy Real Madryt, z którymi zespół z Krakowa trzykrotnie już mierzył się w eliminacjach do LM (2001, 2004 i 2008 rok). Tym razem skończy się jedynie na mistrzach krajów sklasyfikowanych w rankingu krajowym UEFA na miejscach od 14 w dół. Dlatego Wisła zagra co najwyżej z mistrzem Grecji (Olympiakos Pireus), Czech (Slavia Praga), Danii (FC Kopenhaga), Bułgarii (Levski Sofia) czy Serbii (Partizan Belgrad) albo z klubami pokroju Maccabi Hajfa czy Dinamo Zagrzeb. Czy ich też powinien obawiać się mistrz Polski? – Każdy zespół będzie wydawał się mocny, jeśli Wisła się nie wzmocni – znów kładzie nacisk na transfery Juskowiak. Szanse jednak faktycznie są większe niż w latach poprzednich. - Najważniejsze jednak jest to, że Wisła podchodziłaby do rywalizacji z nimi w końcu jak równy z równy. Tak samo jak w 2003 i 2005 roku, gdy udało się wylosować rywala o podobnym poziomie sportowym, czyli zespoły Anderlechtu Bruksela i Panathinaikosu Ateny. A że wtedy też się nie udało? Z Panathinaikosem było naprawdę blisko, a skoro raz było, to w końcu się uda. Wtedy zabrakło tylko parę minut – przekonuje Citko. - Chodzi właśnie o to, aby przed pierwszym gwizdkiem krakowianie nie zostali spisani na straty, żeby w zespole była ta faktyczna żądza tej Ligi Mistrzów, żeby piłkarze naprawdę wierzyli w to, że przejdą rywala i usłyszą hymn Ligi Mistrzów na meczach w Krakowie – opowiada Juskowiak. A czy lepiej kogoś uniknąć? - Dobrze byłoby nie wylosować Olympiakosu i Partizana Belgrad, bo już potrafię sobie wyobrazić, że Wisła pokona Kopenhagę czy Slavię Praga. Teraz zespoły czeskie są na porównywalnym poziomie – tłumaczy Mirosław Szymkowiak, z Widzewem uczestnik Ligi Mistrzów. – Jeśli Slavia – tak, jeśli Wisła natomiast trafi na Olympiakos, to nie sądzę by awansowała. Przecież w ciągu miesiąca oni mogą dokupić 3-4 piłkarzy i ich siła jeszcze wzrośnie – dodaje Juskowiak.

Liga Mistrzów w Chorzowie?
W Krakowie niektórzy kibice już martwią się jednak na zapas - co będzie jeśli Wisła awansuje i będzie musiała rozegrać łącznie dwanaście spotkań w eliminacjach i fazie grupowej Ligi Mistrzów? Tymczasem wciąż nie jest pewne, gdzie Wisła rozegra same mecze eliminacyjne. Mimo wielkiej szansy na awans, nikt w Krakowie nie zdecydował się na wstrzymanie budowy stadionu przy Reymonta. Poszukiwania obiektu wciąż sprowadzają się do tego samego wyboru: Sosnowiec, Lubin czy Chorzów? - W dokumentach licencyjnych jako stadion, na którym będziemy rozgrywać mecze ligowe zgłosiliśmy obiekt Zagłębia Sosnowiec. Tak samo będzie w przypadku meczów drugiej i trzeciej rundy kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów. W czwartej i - ewentualnie - w Lidze Mistrzów nasz zespół wystąpi w Lubinie na stadionie Zagłębia – tak jeszcze niedawno mówił prezes Marek Wilczek. – Kpina – odpowiadali kibice Wisły. Po ich protestach znów coraz bardziej prawdopodobny jest wariant z użyciem Stadionu Śląskiego.

Jak nie: boiska w RPA
Stadion Wisły miał przecież powstać do 2002 roku, w Lidze Mistrzów Wisła miała zadebiutować w najgorszym wypadku rok później. Cupiał okazał się jednak jak na Ligę Mistrzów za mało konsekwentnym graczem, w dodatku od 2004 roku balansującym na pograniczu piłkarskiej schizofrenii – z jednej strony wciąż oczekującym od Wisły wiele, z drugiej – wstrzymującym jakąkolwiek sensowną aktywność transferową. Od tego czasu Wisła musi radzić sobie sama, czasem dryfując totalnie (lata 2005-2007), czasem jak ostatnio brnąć uparcie gdzieś do przodu, ale wciąż w nie do końca sprecyzowanym kierunku. Dlatego dziś Biała Gwiazda jedynie aspiruje do miana europejskiego średnia. Aspiruje, ale jeszcze nim nie jest. Nowe zasady eliminacji Ligi Mistrzów mogą ją ku temu popchnąć szybciej niż jakiekolwiek długoletnie plany nakreślone ołówkiem na papierze. Wystarczy 180 minut meczu z rywalem w jej zasięgu. - Jeśli i tę szansę stracimy, to powiedzmy sobie szczerze - zasługujemy jedynie na grę na szkolnych boiskach w RPA – ocenia surowo Boniek. Bo i nieumiejętność wykorzystania takiej szansy, może w końcu negatywnie odbić się na Wiśle Kraków, spychając ją do pozycji obserwatora wydarzeń. Z dalszego fotela. Na to w Wielkopolsce czeka już Lech.

PRZEMYSŁAW ZYCH

poniedziałek, 29 czerwca 2009

ZIELAKI



Z Jackiem Zielińskim spotkałem się jakieś trzy tygodnie temu w jego domu w Tarnobrzegu. Sprawa była o tyle prosta, że bardzo dobrze znam się z jego synami – Maćkiem i Tomkiem, a moja mama i chrzestna od najmłodszych lat z jego żoną. Wiadomo - Tarnobrzeg.

Z Maćkiem chodziliśmy do tego samego liceum, dostaliśmy się na te same studia w Krakowie (Maciej - niezapomniana pozycja numer 1., ja 63.). Dzięki mnie Maciek trafił na łamy któregoś z listopadowych "Przeglądów Sportowych" (mecz z Arką, 0:0), gdy polonijna dwójka z "PS" pospiesznie szukała czegoś do „lupy”, czy jakiś tam rameczek. Było więc o synu, który pierwszy raz przyjechał obejrzeć zespół ojca.

Wspólnie z Maćkiem od dawna utrzymujemy, że za kilka lat "będziemy razem trząść polską piłką”. Wciąż w to wierzymy (wierzymy?). Tomek z kolei kończy liceum i poszedł w trochę inną stronę - robi hip hop.

Dzięki temu dobrze znam „background” kariery JZ. Sam, jako mały smyk stałem w kolejce do niego po autograf (miałem ich kilka!). To były czasy, w których walczyłem też z nienośnymi dziećmi z Sikorskiego o koszulkę, uprawniającą do podawania piłek na meczu Pucharu Polski z Cracovią Kraków (1:0? dzięki bramce Andrzeja Białka z karnego? ktoś pamięta?); czasy, w których Paweł Kapsa, jako 16-letni bramkarz KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, na turnieju halowym w Tarnobrzegu, robił zakłady z Wojciechem Małochą. O co się zakładali się piłkarze KSZO? Chodziło o mnie. Spróbujcie zgadnąć.

Na Małochę i Kapsę spuśćmy na razie zasłonę milczenia. W moim zeszycie z autografami znalazły się bowiem jeszcze lepsze kwiatki. Jak dwóch ówcześnych piłkarzy Siarki, którzy kilka lat później rozwozili już po mieście pizzę i z pudełkiem w rękach zadzwonili kiedyś do moich drzwi. Inny – sześć lat później podbijał do mojej obecnej dziewczyny. Tak to się niestety kończy. Z Jackiem Zielińskim było trochę inaczej. Jego autograf po latach ma swoją wartość.

Rozmowa:

Lata 70. Pański ojciec jest kierownikiem Siarki Tarnobrzeg, jej trenerem - stawiający pierwsze kroki w zawodzie Orest Lenczyk, a pan, jako dziecko, kopie z nim piłkę. Prawda czy fałsz?

Prawda. Ciągle kręciłem się wtedy przy zespole, gdy Siarka wchodziła do drugiej ligi, jeździłem na mecze. Zawsze byłem więc blisko piłki, od najmłodszych lat miałem szansę tym trochę przesiąknąć. Pamiętam, że jako mały chłopak byłem na przykład na zgrupowaniu w Nowej Dębie, ale surowy pan Lenczyk na szczęście patrzył na mnie, małego Zielińskiego, przychylnym okiem. Na tamten okres datują się więc początki mojej znajomości z dzisiejszym nestorem polskich szkoleniowców. A pan Orest dziś wspomina z sentymentem fakt, że kręciłem się wtedy na jego treningach. Teraz, po latach, możemy spotkać się już na ławce trenerskiej, wspólnie jadąc na tym samym trenerskim wózku.

Lata studiów na warszawskim AWF i karty z Bońkiem?

Wesołe czasy. Faktycznie tam poznałem Zbyszka. Ja studiowałem dziennie, on zaocznie. To były czasy słynnej afery na Okęciu i jego dyskwalifikacji. Boniek był wtedy poza kręgiem profesjonalnego futbolu, odstawiony na żądanie opinii publicznej i mediów. W tym czasie miał więc sporo czasu, by nadrabiać zaległości na uczelni. Byliśmy blisko na obozie żeglarskim, graliśmy też w karty. „Studenciki”, „naukowcy” – tak często wypomina się AWF trenerom, ale to nie do końca jest na miejscu, bo dzięki temu mamy akurat dogłębną wiedzę, potrzebną do trenowania. Tak się składa, że te lata dały mi akurat najwięcej jeśli chodzi o to, jakim trenerem dziś jestem. Późniejsza szkoła trenerów daje już tylko taki szlif, w przyśpieszonym trybie. A przecież my też graliśmy w piłkę, i to jak. To był sezon 1982/83 - jako AZS walczyliśmy o awans do drugiej ligi z Hutnikiem Warszawa, z Jerzym Engelem na ławce. Studiował z nami wtedy Ryszard Kuźma, który teraz w Lechu będzie moim asystentem, do niedawna trener Motoru Lublin. Później grałem jeszcze w Siarce, nawet w ekstraklasie na początku lat 90, choć to był jedynie epizod, piętnaście meczów, właściwie tylko jedna runda. Liga wyglądała wtedy jednak zupełnie inaczej niż w tej chwili, było więcej dobrych i klasowych piłkarzy. Dziś zdarzają się przypadki, że niektórych zawodników przychodzących do ekstraklasy trzeba uczyć podstaw. Z drugiej strony, kiedyś w lidze - mimo wyższych umiejętności grało się bardziej anonimowo. Nie można było zobaczyć tych meczów. Kiepskiej jakości, bo źle zmontowane, bramki leciały w telewizji. Dziś liga jest fajnie opakowanym produktem, ale słabszym sportowo. Choć wydaje mi się, że za kilka lat znów będziemy dobrą ligą europejską.

No i został pan trenerem. Niemal na samym początku trenerskiej kariery spotkał pan 13-letniego Pawła Strąka, któremu dał szansę trenowania w trzecioligowym zespole seniorów…

To było w Alicie Ożarów, klubie z województwa świętokrzyskiego, który trenowałem przez trzy lata. Klubie – trzeba to dodać - rozwijającym się w trybie przyśpieszonym i bardzo wesołym. Przebieraliśmy się w baraczkach, a po trzech latach, gdy już odchodziłem, stały tam murowane szatnie. Małe miasteczko, fajni, porządni ludzie. Był tam i Paweł, z którym miałem problem. Chłopak był piekielnie zdolny, ale miał tylko 13 lat. Nie odważyłem się dać mu szansy gry w trzecioligowej drużynie seniorów. Gdybym wrzucił go do tego młyna, chyba by mu kości poszły. Byłem wtedy temu pomysłowi przeciwny, ale chłopak trenował z seniorami, co i tak jest wyczynem fenomenalnym, bo radził sobie znakomicie. Od tego czasu nie spotkałem się z nikim tak zdolnym w tak młodym wieku. Błyszczał w reprezentacji szkoły w każdej dyscyplinie – lekkiej atletyce, koszykówce, piłce ręcznej. Karierę mógł zrobić jeszcze większą, ale po meczach Wisły Kraków z Lazio Rzym coś u Pawła się zahamowało.

Innym piłkarzem, którego talent objawił się tak wcześnie był Mariusz Kukiełka w Siarce, ale zbuntował się jego organizm, nadmiernie eksploatowany. Gdy miał 16 lat, wrócił z kadry juniorskiej z Wenezueli i Kolumbii i od razu zagrał w ekstraklasie z Ruchem Chorzów, przeciwko Jackowi Bednarzowi.

Debiut w ekstraklasie, Łęczna, Groclin, Polonia, teraz Lech. Zanim do tego doszło, uczył się pan zawodu w kilku mniejszych klubach. W Siarce Tarnobrzeg był pan Aleksem Fergusonem, odpowiadał w klubie za wszystko, a w wyśmiewanych przez całą drugą ligę Tłokach Gorzyce stworzyliście swoje Old Trafford – nikt z Gorzyc nie mógł wywieźć punktów.

W Siarce to była prawie misja niemożliwa, czasy, gdy już całkowicie wycofał się ze sponsorowania Siarkopol. Gdy w styczniu 1998 roku przyszedłem do trzecioligowego klubu, trwała reforma rozgrywek, spadało pół ligi, a po rundzie jesiennej strata wynosiła kilkanaście punktów do siódmego, dającego utrzymanie, miejsca. Nie mieliśmy sponsorów, nie mieliśmy nic. To były takie dzikie czasy. Było się omnibusem - organizatorem, załatwiało się wszystko. Musiałem sam ogarnąć wiele spraw. Paru znajomych wciągnąłem też wtedy do piłki. Na wiosnę zdobyliśmy 40 punktów, utrzymaliśmy się, stworzyliśmy zespół, który - mimo biedy - tak się zahartował, że po roku w tym samym składzie awansowaliśmy do drugiej ligi. Grając ofensywną, fajną piłkę, strzelając dużo bramek. To był wielki sukces, bo sztuką jest zrobić coś z niczego. W drugiej lidze mieliśmy akurat pecha. To był rok reorganizacji rozgrywek, sezon 1999/2000, grały 24 zespoły, aż osiem spadało bezpośrednio. To były chyba najcięższe rozgrywki w historii, a na ławce tylko kilku rezerwowych na krzyż. Do tego wyjazdy – do Szczecina, Gdańska. Nie udało się, spadliśmy. Murowanym kandydatem do spadku w drugiej lidze byliśmy też przez dwa lata w Tłokach. „Klub ze wsi” – jak nas pogardliwie nazywano – zalazł za skórę paru zespołom, przegrywała z nami cała czołówka. To była ogromna satysfakcja.

Był pan nauczycielem wychowania fizycznego. W środowisku nie brakowało komentarzy, że Zieliński - bezpośrednio ze szkoły - przeniósł się na trenerską ławkę.

Złośliwych ludzi nie brakuje, a prawda była inna. Moje wykształcenie i zawód - to trener piłki nożnej. Jednak pracując w niższych ligach mogłem też pracować w szkole. Zostałem poproszony, by w czyimś zastępstwie zająć się chłopakami. Ciekawie było. Sporo wyciągniętych wniosków, fajny kontakt z młodzieżą na poziomie szkoły średniej. Ta młodzież garnie się do sportu, ale nie ma go gdzie uprawiać. Tak było w mojej szkole. Teraz warunki się zmieniają, budowane są sale. Jednak najważniejsze są i lekcje w-fu w podstawówkach, one fizycznie kształtują młodzież. Tam zaczyna się ważny proces, lecz niestety właśnie wtedy zajęcia z wf prowadzą ludzie nieodpowiedni - nauczyciele innych przedmiotów, kompletnie pozbawieni wiedzy na ten temat. Praca w szkole to był tylko epizod. Po Siarce i Tłokach przyszedł czas na pierwszą pracę w dobrze zorganizowanym, wypłacalnym klubie – GKS Bełchatów. Nie pozwolono mi długo pracować. Po kilku kolejkach zapadł wyrok: Zieliński dokonał złych transferów. A przecież dopiero co ściągnąłem do klubu Marcina Chmiesta oraz Łukasza Gargułę, za którym już wtedy jeździło pół Polski.

Jeśli Bobo Kaczmarek mówi, że wychował połowę polskiej ligi, to o kim w ten sposób mówi Jacek Zieliński? O Gargule i Chmieście?

Ja akurat nie będę mówił, że wychowałem połowę polskiej ligi, tych chłopaków tylko sprowadziłem. Uczciwie mówię, kto przeszedł przez moje ręce, ale bycie czyimś wychowankiem to już coś więcej. Widziałem i trochę pomogłem kilku zdolnym piłkarzom. Paweł Strąk w Alicie, Jacek Kuranty i Dariusz Papierz w Siarce. Ci chłopcy mieli smykałkę do piłki. Idąc dalej, w Łęcznej Grzegorz Bronowicki, Sebastian Szałachowski, Mariusz Pawelec – ci chłopcy poszli przy mnie do góry. Do Piasta Gliwice ściągnąłem Adama Banasia, był Tomek Podgórski - tyle, że on aż do tej pory nie wykorzystał swojego dużego potencjału. Wojtek Skaba w Odrze. Dopiero w Groclinie/Polonii było już trochę inaczej, bo moimi podopiecznymi byli już zawodnicy ukształtowani piłkarsko. Ale choćby takiemu Tomkowi Jodłowcowi zmieniłem pozycję, co też mu wyszło na dobre.

Przyczepiono panu łatkę człowieka, który trochę stoi na uboczu, nie udziela się w mediach. Skąd to wynika?

Nigdy nie ma problemu, by ze mną porozmawiać, ale nie zamierzam się lansować w mediach. Jeśli przez to coś tracę, to trudno. Nie muszę być w każdej gazecie - na siłę i bez przerwy. A są przecież tacy, którzy po otwarciu każdej gazety wyskakują codziennie ze szpalty. To nie dla mnie. Nie jestem też tym typem trenera, który załatwia sobie u dziennikarzy wywiady. Nigdy tego nie robiłem i nie mam zamiaru. Są trenerzy, którzy mają świetne relacje z dziennikarzami, taki Czesiu Michniewicz, fajny i wesoły chłopak, który ma inny niż ja styl bycia. Takie podejście czasami jest dobre, ale często w niego uderza. Teraz może się wyciszył, bo do pewnych spraw podchodzi już z dystansem. Żeby nie było – ja też cenię pewnych dziennikarzy. Są tacy, którzy robią profesjonalną i rzetelną robotę, choć jeden zalazł mi za skórę.

(Dużo więcej w lipcowym "Magazynie Futbol" )

piątek, 26 czerwca 2009

STAMBUŁ ATRAKCJI

Wyjazd do Stambułu udał się, choć właściwie nie powinien. Sporo szczęścia i akcja typu: „wrzutka na aferę”, zapewniła temu wyjazdowi powodzenie. Niemal rzutem na taśmę. I ocaliła pewnie moją głowę, bo Jacek Kmiecik „na łączach” przebąkiwał już: „Zychu, ty już lepiej zostań w tej Azji...”. A jednak. Ktoś kiedyś powiedział, że Zych jest jak gówno. I tak wypłynie na powierzchnię. There you go.

Prezydent Fenerbahce? Poważny facet, dobrze mówi po angielsku. Wydaje się gościem, który o piłce może wiedzieć wszystko. Gdyby nie pomoc towarzyszącego mi przy tej rozmowie tureckiego dziennikarza, musiałbym pewnie - zgodnie z życzeniem Jacka - starać się o azyl w Turcji (tak w ogóle, to na ulicach mówiono do mnie po kurdyjsku). Pomysł Rafała Lebiedzińskiego - w Stambule sprzedawałbym dziś kebaby.

"Zdemoralizowani Ligą Mistrzów"
("Magazyn Futbol", lipiec, 07/2009)

Były deweloper. Człowiek, który trzęsie najlepszym tureckim klubem od jedenastu lat. Piekielnie ambitny, despota, autokrata, który nie powstrzyma się od wyrzucania na zbity pysk członków zarządu, a niesprzyjających mu kibiców poza stadion. Rządy twardą ręką opłaciły się. Fenerbahce to dziś europejski klub, niedawny ćwierćfinalista Ligi Mistrzów o solidnych podstawach finansowych i z nowoczesnym stadionem Sukru Saracoglu. Aziz Yildirim jeszcze przez przynajmniej najbliższe trzy lata będzie zarządzać Fenerbahce Stambuł.

Pod koniec maja został pan wybrany na szóstą kadencję, jakie są jej największe sukcesy wcześniejszych dziesięciu lat u steru Fenerbahce? Jak zmieniło się Fenerbahce odkąd objął pan stery w klubie?

AZIZ YILDIRIM: Gdy zostałem wybrany prezydentem po raz pierwszy w 1997 roku, Fener było czołowym klubem tureckim, ale miało niewielką renomę w Europie. Ktoś słyszał wtedy o Fenerbahce? W dodatku było z klubem z małym stadionem na kilkanaście tysięcy miejsc. Start z tego pułapu nie był łatwy, a jednak zdołaliśmy pozyskać środki i wybudować stadion Sukru Saracoglu. Wychodziliśmy ten stadion, prosząc sponsorów i rząd o pieniądze. Choć obecny premier Turcji Recep Tayyip Erdogan i pół jego rządu kibicuje naszemu klubowi, to wtedy nie było nam tak łatwo. Dziś mamy 55 tysięcy pojemności i obiekt, który zalicza się do grona kilkunastu najnowocześniejszych w Europie. W dodatku należy do klubu, a nie państwa. Drugą istotną zmianą była struktura budżetu. Gdy przychodziłem zarząd był pełen ludzi, którzy nie odróżniali podstawowych pojęć ekonomicznych, a budżet w ponad siedemdziesięciu procent był finansowany poprzez umowy sponsorskie i prawa medialne. Odwróciliśmy proporcje, a trzecim ważnym elementem klubowych zasobów są kibice - sprzedaż biletów i gadżetów. Tak, jak w klubach pokroju Manchesteru United. Już dwa lata temu, przed naszym udziałem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, dostaliśmy oficjalne zaproszenie do G-14, grupy zrzeszającej najmożniejszych w Europie. Teraz dajemy sobie dziesięć lat na to, by stać się klubem absolutnie topowym. Paradoksalnie nasz postęp zaczął się w momencie, gdy Galatasaray zdobyło Puchar UEFA, czyli w 2000 roku. Psioczę na nich i denerwuję się, że odbierają nam kibiców w Stambule, a więc i wpływy, jednak silna konkurencja jest gigantyczną motywacją do pracy. Tego potrzebuje każda liga.

Mistrz Polski Wisła Kraków, podobnie jak Fenerbahce, też miał stadion na 10 tysięcy. Teraz trwa budowa nowego ponad trzykrotnie większego obiektu. Czy zmobilizowanie ogromnych rzeszy fanów i sprzedanie im wszystkim oryginalnych koszulek jest wystarczające, by zbudować silny klub?

- Równie ważna jest pomoc otoczenia. Nam, mówię to w imieniu wszystkich klubów w Turcji, bardzo pomógł rząd, w połowie lat dziewięćdziesiątych oddłużając zadłużone kluby. Ale z drugiej strony część z nich oduczyło to myślenia, dziś na nowo się zadłużyły, nie wykorzystały szansy. Co do Wisły, to mogę się śmiać, bo znam ten klub chyba najlepiej dlatego, że co roku widzę ich w eliminacjach do Ligi Mistrzów. I nigdy w fazie grupowej. Ale każdy wielki klub zawsze odczuwa niezaspokojenie. Mnie na przykład codziennie boli to, że przez dziesięć lat nie udało się nam zdominować ligi, zdobyliśmy tylko cztery tytuły, ten sezon kończymy na odległych miejscu. Jesienią nie będzie nas w Lidze Mistrzów. To nasza wielka porażka, ale są i podstawy do optymizmu, wliczając w to bazę treningową, stadion, kibiców. Jeśli to zbudujesz, to na kilkanaście lat masz spokój. W sezonie 2006/07 sprzedaliśmy sto tysięcy kart członkowskich. Nie wszystko można mierzyć miarą sukcesów na boisku.

(Dużo więcej w lipcowym "Magazynie Futbol")
UMOWA PZPN ZE SPORTFIVE



Oczywiście, tak jak sugerowaliśmy, sprawy w mediach już nie ma.

Spośród ludzi, z którymi rozmawialiśmy najbardziej zadziwił mnie brak jakiejkolwiek wiedzy o umowie samej Elżbiety Jakubiak. A rozmawialiśmy dwa tygodnie po tym, gdy umowę PZPN ze Sportfive podpisano. Szefowa komisji sportu, była minister, nie wiedziała za bardzo, że taka umowa istnieje. „Coś słyszała”. To za mało, by zbudować podstawy normalnie działającego kraju, społeczeństwa. Wymagajmy od polityków więcej.

Inni, poza wylewnym Robertem Kaczyńskim i samograjem Janem Tomaszewskim, też próbowali cedzić słowa. Przynajmniej oficjalnie. Roland Sprung, kiedyś handlujący prawami telewizyjnymi, grał z kolei na czas. W końcu, aby sprawę móc w ogóle poruszyć, kazał przysłać kilka oświadczeń. Na chwilę podniosła się wrzawa. I opadła..

Tekst wspólnie z K. Stanowskim i R. Lebiedzińskim.

"Te miliony śmierdzą"
("Magazyn Futbol", czerwiec, 32/2009)

Jak to możliwe, że prezes PZPN leci na wycieczkę do Afryki z przedstawicielem firmy, z którym kilka dni po powrocie w dziwnym pośpiechu podpisuje gigantyczny kontrakt? Czy to zrozumiałe, iż największa transakcja w dziejach związku nie jest poprzedzona żadną analizą prawną i marketingową? Jak wytłumaczyć, że do rozmów nie dopuszczono innych kontrahentów, którzy – jak sami deklarują – byli w stanie zapłacić zdecydowanie więcej? Czy to nie śmieszne, że za umową głosowali ludzie, którzy… nie mieli pojęcia, co tak naprawdę zawiera warty kilkaset milionów złotych kontrakt?

Zasady gry są jasne i od dawna ustalone – jakikolwiek kontrakt podpisany przez PZPN musi zostać sklasyfikowany jako „podejrzany”, bo piłkarski związek solidnie zapracował sobie na miano instytucji wątpliwego zaufania. Ale ze wszystkich podejrzanych umów, żadna jeszcze nie wzbudzała aż tak wielkich kontrowersji. Tuż po parafowaniu dokumentów Grzegorz Lato wystąpił na konferencji prasowej, by ogłosić, iż PZPN właśnie zarobił 100 milionów euro. Dlaczego skłamał? Szybko wyszło na jaw, że tak naprawdę chodzi o 60 milionów plus ewentualne bonusy. Dlaczego skłamał także mówiąc, że rozpatrywane były dwie oferty, skoro do złożenia drugiej nigdy nie dopuszczono?

Najpierw cofnijmy się trochę w czasie i przeanalizujmy gorące (i to dosłownie) dni w życiu Grzegorza Laty. Na początku kwietnia grupa w składzie Lato, Kręcina, de Zeeuw i Placzyński leci do Republiki Południowej Afryki. Skład grupy zaskakuje – jeśli celem rzeczywiście była organizacja czerwcowego zgrupowania kadry, to wystarczyłby sam de Zeeuw. Tymczasem w Kapsztadzie spotykają się najważniejsi ludzie w polskim futbolu. Czy naprawdę po to, by dogadać się z lokalnym uniwersytetem, na terenie którego miałaby zagrać nasza reprezentacja? Wątpliwe. Andrzej Placzyński, nazywany szarą eminencją naszej piłki, niewątpliwie chciał zacieśnić kontakty z nowym prezesem PZPN. Znaleźć wspólny język, jak to się ładnie określa. Z poprzednim – jak wiadomo – dogadywał się doskonale. Nie jest tajemnicą, że kluczowe sprawy omawiał z Michałem Listkiewiczem w saunie. Ale „Listek” to już melodia przeszłości – obecnie kasę trzyma Lato.

W RPA – gdzie za każdym krzakiem nie czają się wścibscy paparazzi – zapadają najważniejsze ustalenia dotyczące 10-letniego kontraktu między SportFive i PZPN. Miejsce rozmów skutecznie odcina nie tylko media, ale także konkurencję. - Byliśmy z prezesem Latą w stałym kontakcie. Wielokrotnie przyjeżdżałem do Warszawy. W lutym zaprezentowaliśmy nasze pomysły na współpracę. Po raz ostatni spotkałem się z prezesem PZPN trzy tygodnie temu w Kopenhadze podczas kongresu UEFA i pytałem kiedy zostanie ogłoszony przetarg. Zapewnił mnie wówczas, że na pewno zostaniemy powiadomieni. Tak się jednak nie stało, a w środę dotarła do nas wiadomość o podpisaniu umowy – mówi wzburzony Nokilaus von Doetinchem, szef UFA.

Rekord Europy
Kiedy więc Lato i Placzyński (Kręcina i de Zeeuw stanowili tło) wsiadają do samolotu powrotnego z RPA, wszystko już jest jasne. Wkrótce potem w czasie obrad zarządu PZPN wniosek o podpisanie kontraktu przyjęto pod głosowanie. Na kpinę zakrawa fakt, że w głosowaniu brały udział osoby, które nie miały pojęcia, co tak naprawdę jest w umowie. - Umowę czytała komisja. Trzech ludzi z zarządu, w tym ja. I do tego osoby z kancelarii prawnej – bagatelizuje Rudolf Bugdoł, niegdyś masażysta Ruchu Chorzów, a dziś wiceprezes PZPN ds. organizacyjno-finansowych. Tylko, że trzy osoby to za mało, skoro w głosowaniu uczestniczyło aż 15 członków zarządu. 12 było za. Wniosek prosty – co najmniej dziewięciu działaczy poparło dokument, którego nawet nie przejrzeli. A co dopiero mówić o znajomości każdego przecinka.

Zresztą, my tu o przecinkach, a tak naprawdę do dziś nikt nie potrafi powiedzieć, czego tak naprawdę dotyczy kontrakt. Podstawa to prawa telewizyjne w latach 2010-2020, które SportFive odsprzeda stacjom telewizyjnym (i odpowiednio na tym zarobi). Te prawa to podstawa – 60 milionów euro. Ale to nie wszystko. Bugdoł mówi: - Sportfive będzie również zajmował się sprzedażą gadżetów, koszulek, szalików w czasie Euro 2012. Za jakąś prowizję. Nie wiem, jaką dokładnie. Ale większość dostanie PZPN.

Bugdoł – który przed chwilą zapewniał nas, jak starannie został ten kontrakt przeanalizowany – mówi o „jakiejś prowizji”. Ciekawe. A właśnie ta „jakaś prowizja” ma dać brakujące – bo Lato mówił o 100 milionach – 40 milionów euro. Czy więc SportFive dostanie procent od każdej biało-czerwonej pamiątki sprzedanej w czasie Euro 2012? Jeśli tak, to jakiego rzędu będą to pieniądze? Czemu nikt nie zlecił badań, ile federacja może w czasie finałów mistrzostw Europy zarobić? No i przede wszystkim – czy PZPN potrzebuje pośrednika, żeby sprzedać kibicowi koszulkę z orzełkiem albo szalik? Czy na każdej maskotce musi zarobić pośrednik?

Ale pytań jest więcej. Najważniejsze brzmi – czemu umowa jest aż 10-letnia, skoro tak długiej nie podpisała… żadna inna federacja w Europie! - Nikt nie wie co tam jest, może nazwa stadionu, kwestia sprzedaży koszulek. A co do praw telewizyjnych… Czy chodzi o mecze reprezentacji w Polsce, czy też poza? Prawdopodobnie sprzedano pośrednikowi domowe mecze kwalifikacyjne do wszystkich imprez i domowe mecze towarzyskie. Odpowiednia ocena wartości tego kontraktu zależy jednak od tego, z kim Polska w latach 2010 - 2020 będzie grać. Jeśli z Andorą i Łotwą to gwarantowane 60 milionów euro to bardzo dużo, a jeśli z Niemcami, Włochami i Anglią to bardzo mało – mówi Roland Sprung, zajmujący się od lat marketingiem w sporcie.

Ręki „za” kontraktem nie podnieśli dwaj przedstawiciele nowej fali – Jacek Masiota z Lecha Poznań i Marcin Animucki z Widzewa Łódź. – Jestem człowiekiem biznesu, a nie piłki, dlatego trudno mi zaakceptować takie metody działań, przez które jawnie traci się pieniądze. Jeśli negocjacje za pomocą przetargu prowadzi się jawnie, z otwartą przyłbicą, gdy występują strony, które przedstawiają oferty, to oczywiste, że to są warunki, w których można ugrać najwięcej. W podpisaniu tej umowy brakowało jakichkolwiek zasad transparencji i reguł biznesowych – powiedział nam Masiota. Natomiast Animucki, który z kolei wstrzymał się od głosu, jeszcze dodał: - Nie podano nam analizy zysku, strat, zabrakło analizy finansowej. Trudno podejmować decyzję, gdy nie widziałem całego kontraktu, pokazano mi jedynie jej elementy, a kwestie szczegółowe nie były rozwinięte.

Innym to jednak zdecydowanie nie przeszkadzało. Działacze chętnie chwalili się, że przyszłość PZPN nigdy nie rysowała się w tak wesołych kolorach. Mało tego – w przypływie euforii niemal o 100 procent podniesiono pensję Lacie, na czym automatycznie zyskał też Kręcina. Pierwszy zarabia około 50 tysięcy złotych miesięcznie, drugi blisko 40 tysięcy. Podniesiono też diety członkom zarządu. Masiotę i Animuckiego potraktowano jako odszczepieńców. A przecież to, o czym mówią, to abecadło. Chcesz coś sprzedać? Najpierw dowiedz się, ile to jest warte. Bo się okaże, że sprzedałeś zbyt tanio. Tutaj nikt takimi szczegółami głowy sobie nie zawracał.

Napisać, iż ta sprawa brzydko pachnie – to nic nie napisać. Lato tłumaczył, że sprzedawać trzeba było szybko, bo kryzys, co jest całkowitym zaprzeczeniem sztuki biznesowej. Wiedzą o tym nie tylko maklerzy, ale choćby zwykli właściciele mieszkań – nie pozbywają się ich teraz, tylko czekają na lepsze czasy, na okres prosperity. Ale co Lato – z całym szacunkiem dla liczby strzelanych przez niego goli – może wiedzieć o mechanizmach finansowych? W piłkarskiej szatni tego nie uczą, w niej się można dowiedzieć co najwyżej, jak sprzedać mecz, a nie prawa telewizyjne i marketingowe. A już sprzedanie najcenniejszego towaru w czasie krachu to biznesowy kretynizm.

Ale przyjrzyjmy się, kto oprócz Laty podejmował decyzje. Janusz Matusiak, ojciec piłkarza Radosława, w związku odpowiada podobno za marketing, ale na temat kontraktu nie potrafił powiedzieć nam słowa. Ma teraz inne sprawy na głowie – zastanawia się, jak wytłumaczyć, że podpisywał dokumenty w imieniu klubu, w którym podobno już nie pracował. Antoni Piechniczek świetnie czytał taktyki 25 lat temu, ale to trochę co innego niż skomplikowany, gigantyczny kontrakt. To samo zresztą można napisać o Stefanie Majewskim. Bugdoł, jak wcześniej napisaliśmy, zajmował się masowaniem zmęczonych piłkarzy. Do tego Jan Bednarek, czyli technik instalacji sanitarnych oraz Kazimierz Greń, którego wykształcenie nie jest jasne – w wersji optymistycznej, ale mniej prawdopodobnej średnie, w wersji bardziej realnej - zasadnicze zawodowe. I tak dalej… Czy to normalne, że osoby bez jakiegokolwiek biznesowego doświadczenia, a nawet niedouczone i bez choćby elementarnych kompetencji przesądzają o podpisaniu umowy kilkaset milionów złotych? W praktyce naprawdę wykształceni członkowie zarządu PZPN (Masiota, Animucki oraz prawnik Zbigniew Lach) kontraktu nie poparli. Ale takie prawa demokracji – byli w mniejszości.

Co by się stało, gdyby posłuchano argumentów tej trójki? Zacytowany na wstępie von Doetinchen od razu zapowiedział, że jest w stanie w minutę przebić ofertę SportFive co najmniej o 10 milionów euro. Dodał jednak, że jest zszokowany działaniami PZPN. Ale to nie koniec – udało nam się dotrzeć do przedstawiciela jednej z największych firm na świecie, który stwierdził, że byłby w stanie zaproponować polskiemu związkowi nawet 20 milionów euro rocznie (czyli 200 milionów przez 10 lat), ale nie mógł tego zrobić – bo skąd miał wiedzieć, że PZPN chce coś sprzedać? Zazwyczaj w takich momentach sonduje się rynek, rozpuszcza wieści, zaprasza do rozmów potentatów. W praktyce niewiele różni się to od sprzedaży samochodu, kiedy warto umieścić ogłoszenie chociażby w Internecie. Prosta informacja – „sprzedam”. Albo jeszcze inaczej – porównajmy to do piłkarskiego transferu. Czy to możliwe, żeby Wisła Kraków po cichu sprzedała na przykład Pawła Brożka do Grenoble, nie zważając, że są w Europie kluby, mogące (i chętne!) zapłacić zdecydowanie więcej? Jednak giganci rynku praw telewizyjnych o podpisanym 10-letnim kontrakcie PZPN ze SportFive dowiedzieli się z mediów, po fakcie. Zbigniew Boniek kpił: „UFA, Kentaro, Infront, co o tych firmach może wiedzieć Lato? Pewnie myśli, że to nazwy stacji benzynowych”.

Nasz informator mówi: - Żadna inna grupa medialno-marketingowa oprócz SportFive nie mogła złożyć oferty, bo nie została poinformowana ani o terminie, ani o procedurach. PZPN nie posiadał nawet wycen oferty. W normalnych warunkach tak poważnego partnera jak UFA nie ma prawa się ignorować. Ale nie tylko jego. Inne liczące się na rynku mediów i marketingu agencje – jak IMG czy Infront – złożyłyby swoją ofertę PZPN, gdyby zostały zaproszone do udziału w przetargu. Przecież rywalizacja handlowa takich podmiotów miałaby bardzo pozytywny wpływ na PZPN, który mógłby znacznie podwyższyć cenę swojego produktu.

Ostrych słów nie boi się Robert Kaczyński z firmy Go & Goal, mający doskonałe rozeznanie w branży. - Jaka może być ocena tego wszystkiego? Oczywiście, że negatywna. Mówimy o korupcji w futbolu, dziennikarze piszą o sędziach, piłkarzach, a ta korupcja przez duże „K”... We wszystkim trzeba mieć rozsądek i umiar. Z formalno-prawnego punktu widzenia wszystko wydaje się jednak w porządku – związek miał prawo sprzedać prawa i je sprzedał, ale to katastrofa z punktu widzenia finansowego, wskazuje na nią forma sprzedaży. Odpowiedzialni za to ludzie za cztery lata ustąpią ze stanowisk, ale oni wiedzą, że przez podpisanie umowy akurat w takim trybie nic im się nie stanie… I mówi dalej: - Dlaczego podpisano dziwny kontrakt akurat ze Sportfive? A z kim można taki podpisać, jak nie z ludźmi, których się zna od lat? Placzyński nigdy żadnemu działaczowi jeszcze krzywdy nie zrobił, więc dlaczego, jeśli chce się już podpisać jakiś dziwnie wyglądający kontrakt, to nie podpisać go z nim? Jeśli działacze PZPN świadomie biorą taki kontrakt i aferę, która - to oczywiste - po jego podpisaniu nastąpi, to chyba nie za darmo? Koszt medialny tego jest spory, wizerunek związku na tym straci, więc przyjęcie tego "na klatę", musi na coś wskazywać. Ewidentnie na możliwości, no, wie pan...

Kim jest Placzyński?
Smaczku sprawie dodaje osoba Placzyńskiego, o którym od lat pisze się dużo. Już w 2005 roku ujawniono, że to były porucznik SB, a w latach 80. oficer wywiadu PRL (zarejestrowany jako Andrzej Kafarski). „Wprost” donosił: „Placzyński w latach 80. przebywał w Wiedniu jako wicedyrektor Instytutu Polskiego. Nieoficjalnie pracował dla XIV wydziału I Departamentu MSW. - To była wydzielona jednostka do zadań specjalnych. Oficerowie z tego departamentu uczestniczyli w najtrudniejszych grach operacyjnych polskiego wywiadu - mówi Paweł Piotrowski z IPN. Nazwisko por. Kafarskiego znajduje się m.in. w aktach sprawy ojca Hejmy. Jak ustaliliśmy, do Kafarskiego spływała część informacji dotycząca pracy agenta o pseudonimach Hejnał i Dominik. Część notatek operacyjnych była przez Kafarskiego (czyli Placzyńskiego) podpisywana. - Dzień wczorajszy już minął, nie chcę o tym rozmawiać - usłyszeliśmy od Andrzeja Placzyńskiego”.

Faktycznie – dzień wczorajszy minął. Dziś Placzyński jest raczej nazywany „Plackiem”, z jego twarzy nie znika uśmiech. W polskiej piłce nie ma nikogo, kto jawnie wytoczyłby mu wojnę. Podobno pociąga za wszystkie sznurki, nawet wyznacza selekcjonerów – choć nikt się do tego nie przyzna. Jego zażyłość z Michałem Listkiewiczem posuwała się tak daleko, że obu panom „Fakt” zrobił zdjęcia, jak całkowicie nadzy opalali się na basenie w Austrii.

Przeszłość rodem z PRL w polskiej piłce w niczym nie przeszkadza, natomiast może pomóc. W strukturach PZPN aż roi się od byłych agentów, niedawno jeden z nich zeznawał w sprawie Zyty Gilowskiej, inny działa w sekcji piłki halowej. Nikomu to nie przeszkadza. Znamienne są słowa samego Laty (niegdyś senatora z ramienia SLD), który niegdyś powiedział tak: „Ja co do lustracji mam takie samo zdanie jak biskup Pieronek - zabetonować to na sto lat i potem niech się historycy martwią”. Dlaczego by więc nie robić interesów z porucznikiem Kafarskim?

A więc robią. Już poprzedni kontrakt ze SportFive ważny do 2014 roku (bo ten nowy to tak naprawdę przedłużenie poprzedniego) był dziwny. – Jako szef Komisji Etyki przy poprzedniej umowie, właśnie tej do 2014 roku, złożyłem zawiadomienie do prokuratury Warszawa Praga Południe. Dawała ona Sportfive prowizję 29 procent, co wykracza poza jakiekolwiek standardy. 29 procent! Co mi powiedziano? Że jest dużo niedomówień i sprawę umorzono. Wobec tego prokuratura dała niejako przyzwolenie na podpisanie nowej umowy do 2020 roku i działania działaczy PZPN na szkodę własnej firmy. Wtedy nikt się tym nie zajął, więc teraz to nie mój cyrk, nie moje małpy – denerwuje się Jan Tomaszewski, etatowy krytyk PZPN. Na koniec pyta: - Co będzie jak na Euro 2012 reprezentacja zdobędzie na przykład trzecie miejsce? Przecież PZPN mógłby wtedy uzyskać znacznie więcej przy sprzedaży praw na kolejne lata. To na odległość śmierdzi.

Cytowany wcześniej Kaczyński dopowiada: - Nie będzie można wyjść z tej umowy. Równie dobrze mogłaby być to umowa na 110 lat, a nie na 10. To znana praktyka Sportfive, który kontrakty podpisuje w taki sposób, że później muszą one być przedłużane. Możemy być mistrzami Europy 2012 i świata 2014, ale kolejną umowę PZPN znów podpisze ze Sportfive. Może będą to wyższe umowy, ale dalej z tym samym partnerem, bez względu na wszystko.

Jak to jest gdzie indziej?
Wystarczył rzut oka na Placzyńskiego po podpisaniu kontraktu, by zobaczyć, jak bardzo się cieszy. A skoro on zrobił doskonały interes, to znaczy, że… PZPN zrobił kiepski. SportFive jest pewne, że zarobi krocie, co oznacza, że Lato sprzedał prawa do polskiej reprezentacji zdecydowanie za tanio. Postanowiliśmy sprawdzić, jak to jest w innych krajach.

Co ciekawe, włoska federacja (FIGC) w ogóle nie korzysta z pośrednika przy sprzedawaniu praw. W lutym 2007 roku sprzedała bezpośrednio prawa telewizyjne do meczów pierwszej reprezentacji Italii, U-21, kadr młodzieżowych, futsalu oraz kobiecej reprezentacji publicznemu nadawcy RAI. Nowy kontrakt obowiązujący do końca 2010 roku jest warty 154 miliony euro (rocznie telewizja płaci więc 38,5 mln) – to prawie 30 procent więcej niż wartość poprzedniej umowy, która opiewała na sumę 23,5 mln euro rocznie. W nowym kontrakcie ponownie znalazł się zapis o 28-procentowej podwyżce w przypadku przedłużenia umowy z RAI. Włoscy dziennikarze policzyli, że ich reprezentacja w 2008 roku rocznie wygenerowała (czy bardziej dosadnie - „zarobiła na siebie”) 78 milionów euro. Liczba ta wzrosłaby do ponad 90 mln gdyby piłkarze Squadra Azzurra wygrali Euro 2008. Ale odpadli w ćwierćfinale z Hiszpanami i premie z kasy UEFA przeszły im koło nosa. Co ciekawe te - 78 mln do aż 40 procent! więcej w porównaniu do 2006 r, kiedy przecież Włosi zostali najlepszą drużyną świata. To pokazuje w jak bardzo krótkim czasie może wzrosnąć wartość reprezentacji i co za tym idzie cena praw medialnych i marketingowych. Tym bardziej, że poważni sponsorzy najchętniej oferują dwuletnie kontrakty, ale z zastrzeżeniem, że okres ten przypada na mistrzostwa świata.

Smród wywietrzeje
Z kolei w Hiszpanii już od ponad 20 lat za sterami federacji stoi Ángel Maria Villar – w latach 70. solidny obrońca Athletic Bilbao, dziś wiceprezydent FIFA i UEFA. Villar na przestrzeni lat potrafił - niczym wytrawny polski działacz - stworzyć z hiszpańskiego związku swój prywatny folwark. W latach 1998-2004 prawa telewizyjne RFEF (spotkania reprezentacji Hiszpanii, Puchar Króla i Superpuchar Hiszpanii) były w posiadaniu publicznego nadawcy - stacji TVE. Za 6-letni kontrakt TVE zapłaciła 115 mln euro. W 2005 roku RFEF sprzedała prawa telewizyjne grupie medialnej Santa Monica Sports. Kwota wynegocjowana w umowie obowiązującej do 2010 r (czyli 5 lat) wyniosła 125 mln euro.

Nikt jednak – o czym wspomnieliśmy wcześniej – nie podpisał umowy aż na 10 lat, jak PZPN. To ewenement. Kiedy usłyszał o tym od nas przedstawiciel grupy Kentaro (mającej w swojej „stajni” reprezentację Anglii, Brazylii czy Argentyny), to aż złapał się za głowę: - Dziesięć lat?! Cztery to jest już bardzo dużo. Oszacowanie wartości praw na całą dekadę jest praktycznie niemożliwe.

Lato uważa, że podjął świetną decyzję, generalnie działacze PZPN są zachwyceni. O dziwo, mniej entuzjazmu wykazał przedstawiciel Centralnego Biura Antykorupcyjnego, gdy zapytaliśmy o to, czy z urzędu przeglądane są tego typu transakcje. Wiadomo – wycieczka do RPA, potem kontrakt, bez dopuszczenia konkurencji… Usłyszeliśmy, że odpowiedź uzyskamy dopiero wówczas, gdy złożymy zawiadomienie. No to złożyliśmy. CBA ma się sprawie przyjrzeć.

Natomiast Elżbiera Jakubiak, posłanka PiS, szef sejmowej Komisji Sportu, mówi: - Problemem tutaj jest fakt, że PZPN to stowarzyszenie, one nie są zobowiązane do przetargów. W dodatku PZPN jest stowarzyszeniem, które nie korzysta z funduszów państwa. Dlatego działaczom nikt nie może zabronić podpisania takiej umowy. Choć oczywiście jest to działanie na niekorzyść związku.

Co z całej sprawy wyniknie? Smród. Ale otworzy się okna, z czasem wywietrzeje. Ludzie zapomną. Będzie w końcu nowa afera, ciekawsza, bardziej na czasie. Prokuratura zatrzyma piłkarza, który w czwartej lidze sprzedał mecz za 500 złotych. Kto będzie pamiętał o jakichś prawach telewizyjnych i setkach milionów złotych?

Krzysztof Stanowski, Rafał Lebiedziński, Przemysław Zych

poniedziałek, 1 czerwca 2009

FELIX MAGATH, CZYLI ZMORA PIŁKARZY

"Po trupach do celu"
("Magazyn Futbol", czerwiec, nr 06/2009, 32)

W Polsce często słyszy się - dobry trener, ale bez wyników.
W Niemczech jest ktoś całkowicie inny - kiepski trener, ale z wynikami.


Kiepski, jeli wierzyć naszym zawodnikom, którzy mieli okazję z nim pracować. Magath właśnie dokonał niemożliwego - wprowadził na szczyt Bundesligi Wolfsburg, grając na nosie między innymi wielkiemu Bayernowi Monachium. A potem zaskoczył jeszcze bardziej - ogłosił, że po najlepszym sezonie w historii Vfl przenosi się do Schalke. Oto człowiek, który zaszokował całe Niemcy.

Myślisz Magath, widzisz pot, do tego jęczących piłkarzy i katorżnicze metody treningu. Postać nietuzinkowa, kultowa, która zostanie zapamiętana na długie lata. Nielubiany w gronie piłkarzy, a jednak konsekwentnie zatrudniany przez kluby. Z Arena auf Schalke słychać już krzyk rozpaczy. To wrzeszczą zawodnicy. Ale może za rok zamiast wrzeszczeć, będą świętować, bo Magath nauczy ich wygrywać.

W Polsce na głowę Magatha wylano kubeł pomyj, gdy po Mirosławie Okońskim w latach 80., rok temu na dobre odstawił od składu Vfl Wolfsburg Jacka Krzynówka. Magath o polskich piłkarzach ma jednak bardzo dobre zdanie. - Paweł Wojtala mógł być najlepszym obrońcą Bundesligi, a takiej lewej nogi jaką miał Paweł Kryszałowicz, do tej pory jeszcze nie widziałem - tak Niemiec w prywatnych rozmowach z Berdnardem Szmytem mówił o swoich polskich podopiecznych w HSV Hamburg, Werderze Brema i Eintrachcie Frankfurt.

- Nie jest uczulony na Polaków, dajcie spokój. Sporo razem rozmawialiśmy i wiem, że prywatnie ma bardzo dobre o nas zdanie. Przecież nie ściągał Polaków po ty, by ich dręczyć. Krzynówek przegrał rywalizację z lepszym piłkarzem, a co do Okońskiego, to wiem, że też zachwycał się jego umiejętnościami - mówi Szmyt, prywatnie przyjaciel Magatha, z którym poznał się przy transferach Polaków do zespołów Magatha. Niemiec Polakami się zachwycał, ale szans jednak jakby nie dawał. - Nie lubił Polaków, jestem o tym przekonany. Nie wiem czemu. Ściągnął kilku Polaków do swoich klubów i komu z nich dał szansę? Tylko Kryszałowiczowi - przekonuje Okoński.

Na cześć Saddama
Już sam rodowód Magatha jest zadziwiający. Matka z Prus Wschodnich, ojciec z Portoryko, który na terenie Niemiec służył w US Army. Jako piłkarz przede wszystkim czuł taktykę, był zdyscyplinowany jak mało kto. - Taki mały, lewonożny, rozsądny, niezły technicznie, z tej grupy niemieckich piłkarzy, która w latach 80. zdobywała puchary, też jeden kosztem mnie, był chyba najzdolniejszy - wspomina Zbigniew Boniek, którego właśnie gol Magatha w finale Pucharu Europy w 1983 roku pozbawił szans na trofeum.

- Wódz, lider. Konsekwentny, tak bym go scharakteryzował - opisuje Szmyt. Takim też odkąd został trenerem do dziś próbuje być w szatni. - Chciał mieć nieograniczoną władze, mało kogo słuchał. Gdy ktoś próbował mu cokolwiek wyperswadować, przekazać, odwracał się jak niepyszny i szedł w kierunku tablicy rysować taktykę - opowiada Wojtala, który w czasie swojej kariery dwukrotnie pod koniec lat 90. natrafił na Magatha trenera, w HSV i Werderze. - Z drugiej strony, jeśli już coś obiecał, to zawsze dotrzymywał słowa. Gdy miałem jakiś pozaboiskowy kłopot, to jednym telefonem potrafił postawić do pionu cały klub. Intensywność treningów - to zapamiętam jednak najlepiej - wspomina dziś Wojtala.

Nie przez przypadek nazwano go Saddamem, na cześć irackiego tyrana i dyktatora Saddama Husseina. Qualix - jego drugi pseudonim (od "die qual", "męczyć", "zadręcząć") też nie pozostawia żadnych wątpliwości, co do natury, jaką obdarzony jest niemiecki trener. - Nie miałem z nim styczności, bo kiedy przyszedłem do Hamburga, Magath właśnie odszedł. W szatni jednak czuło się ulgę, nowy trener Frank Pagelsdorf to była już jednak inna półka. Ciężki człowiek, ostry trening, dużo biegania - taki był Magath. Wydawało mu się, że skoro on mógł kiedyś tyle biegać, to i inni mogą tak samo - mówi Jacek Dembiński, w latach 1998-2000 piłkarz HSV.

Maratończyk
- Sam Magath sporo biega do dziś, nie tylko piłkarzom, ale i samemu sobie narzuca katorżnicze maratony. Szkoda tylko, że zapomina, że po takiej dawce, w czasie sobotniego meczu to on usiądzie na ławce, z której będzie przyglądał się wciąż biegającym - podsumowuje Andrzej Juskowiak. Jego zespoły jednak błyszczą na tle innych pod względem przygotowania fizycznego. - Gdybym miał wymieniać przyczyny sukcesów jego zespołów, to na pewno właśnie wytrzymałość u piłkarzy. Do tego żelazna ręka, o ile natrafi na odpowiednich piłkarzy, i przeszłość piłkarska. Jeśli uda mu się wygrać z Vfl tytuł, to będzie znaczyć na pewno więcej niż dwa tytuły Bundesligi z Bayernem razem wzięte - ocenia były napastnik kadry.

Wszędzie jednak gdzie był, stały za nim pieniądze. W taki sposób jest też trochę postrzegany w Niemczech. W Vfl Wolfsburg trafił na dobry okres, na szefów klubu, którzy byli gotowi wydać wielkie pieniądze na jego transferowe fanaberie. - Jakiś czas temu, gdy pisało się negatywnie o kadencji Magatha w Vfl, przeczytałem w niemieckiej prasie, że Magath gdyby mógł, w Wolfsburgu zmieniłby wszystko, a jedyne czego jeszcze nie tknął, to nazwa klubu. Gdyby on o tym decydował, też by ją pewnie zmienił. Lubi władzę i swój punkt widzenia, dlatego przez dwa lata w Wolfsburgu wymienił chyba ze dwa składy. W końcu to musiało się opłacić - opisuje Juskowiak, w przeszłości również napastnik Wilków.

Koniec wolności Okonia
O fanaberiach Magatha najlepiej przekonał się jednak Mirosław Okoński i Jacek Krzynówek. - Bardzo nieprzyjemny człowiek. Ja go po prostu nie lubiłem, a on mnie. Jestem za luźnym człowiekiem, żebym mógł się z kimś takim dogadać - wykłada kawę na ławę "Okoń", o którym w Poznaniu mówiło się, że gdy bawi się Okoński, bawi się całe miasto. Gdy w 1986 roku Okoński trafił do Hamburga, przejął po Magacie numer 10. na koszulce. Do momentu, gdy trenerem był Austriak Ernst Happel, a menedżerem Guenther Netzem, wszystko szło dobrze. Do tego stopnia, że legenda Wielkopolski zajęła nawet drugie miejsce w plebiscycie na piłkarza roku w Bundeslidze. Gdy do klubu w charakterze menedżera przyszedł rygorystyczny Magath, Okoński nie potrafił się odnaleźć.

- Był nieuczciwy wobec piłkarzy, najpierw podpisał ze mną dwuletni kontrakt, a potem zażądał zmiany obywatelstwa na niemieckie, tak aby w kadrze HSV zwolnić miejsce dla kolejnego obcokrajowca. Ja oczywiście się na to nie zgodziłem, bo po takim kroku nie miałbym możliwości wjazdu do Polski przez pięć kolejnych lat. Jak miałbym to powiedzieć żonie, dzieciom? Żeby mu to zakomunikować pojechałem nawet do jego domu. I wie pan co? Tam szok. Okazało się, że jego żoną jest Polka. Może stąd jego niechęć do Polaków? - zastanawia się Okoński.

Dwadzieścia lat później Magath nienajlepsze wspomnienia po sobie pozostawił również Jackowi Krzynówkowi. - To było kuriozum. Ani nie grał, ani dostawał szansy by odejść. Magath ma to szczęście, że pracuje w bogatych klubach, które na takie zagrywki mogą sobie pozwolić. Nawet próbował podbijać cenę za piłkarza, którego niszczył - mówi Juskowiak. Takie gierki Magath stosował również wobec innych graczy, niekoniecznie narodowości polskiej. - Jeden z bramkarzy Vfl miał wysoki kontrakt, a Magath nie widział go w składzie. Był więc nieustannie niszczony. Mógł przychodzić do klubu, trenować indywidualnie na bocznym boisku, a potem iść do domu. I tyle. Takimi psychologicznymi metodami Magath nie raz już próbował wypchnąć piłkarzy poza klub. To samo spotkało Jacka. A podpaść Magathowi nie jest trudno - mówi Jusko.

- Reguły są proste. Skomentujesz coś bez wiedzy Magatha, a nie daj Boże skrytykujesz, to następnego dni gnijesz w amatorach - mówił sam lewoskrzydłowy reprezentacji, gdy uwolnił się od Magatha, przechodząc do Hannoveru 96. Tylko może warto do tych wszystkich wad Magatha jednak się przyzwyczaić? W końcu właśnie dzięki niemu ten niszczony Jacek Krzynówek będzie mógł za kilka lat powiedzieć: - Byłem mistrzem Niemiec. PRZEMYSLAW ZYCH