wtorek, 10 sierpnia 2010

SYLWETKA JASMINA BURICIA, BRAMKARZA LECHA POZNAŃ.



CZYTAJ TEŻ:
Marek Pogorzelczyk najszybszy na sto metrów?
Gdzie jest miejsce Kolejorza? Goło i wesoło...
Kim jest Vojo Ubiparip?

"Przyjeżdżaj! Burić to mój sąsiad. Będę czekać na lotnisku w Sarajewie! Zabiorę cię do domu jego rodziców. To dobrzy ludzie, podobnie jak Jasmin. Nazywamy go "Libe", od dziecka. Tak po prostu, nikt nie pamięta już czemu i po co, ale tak już będziemy nazywać go na zawsze. Nie Jasmin, a "Libe". Daj znać kiedy będziesz w Sarajewie".

Tak brzmiał mail od Ademira, sąsiada z Zenicy, Jasmina Buricia, bramkarza. Nieważne, że nigdy wcześniej z Ademirem się nie spotkaliśmy, a on by odebrać mnie z lotniska w stolicy Bośni i Hercegowiny, musiałby jechać godzinę autem ze swojego miasta. Podobnie jak wszyscy krewni, przyjaciele Jasmina, z którymi udało mi się skontaktować, był bardzo chętny do opowiedzenia jakiejkolwiek anegdotki.

Tekst musiałem pisać "zza biurka", choć momentami wygląda jakbym naprawdę był w Zenicy. Dzięki długiemu, czasem męczącemu researchowi redakcja zaoszczędziła kilka tysięcy złotych. Swoje dorzucił tez Emir, daleki kuzyn. "Nie mamy wspólnego dziadka, ale w Bośni oznacza to sporą bliskość" - przekonywał.

Jasmin bramkarzem Lecha jest od półtora roku. Ostatnio stracił miejsce w składzie, w lutym typowaliśmy go do tych, którzy "Wstrząsną liga". I faktycznie - wstrząsnął, w niektórych meczach popisywał się fantastycznymi interwencjami. Na koniec wygrał mistrzostwo Polski.

Istnieją dwie wersje wydarzeń jak doszło do jego transferu do Lecha. Tego w końcu nie udało mi się wyjaśnić. Wersja z Wielkopolski - Buricia obejrzano w kilku meczach na żywo i latem 2008 roku zaproszono na kilka dni do Poznania. Wersja z Zenicy - przed testami Lech nigdy Buricia na żywo w Bośni nie oglądał, dopiero w kolejnych miesiącach, gdy już po przeprowadzeniu testów podpisano z nim umowę. Według Bośniaków Burić nie został znaleziony przez dział skautingu Lecha, a polecony poznaniakom przez menedzera, który rok wcześniej ściągnął do klubu Stilicia. Tego w tekście jednak nie znaleźliście. Czy tak wygląda mityczny scouting w Lechu? Możliwe.


Tu każdy chce być jak "Libe"
(PRZEGLĄD SPORTOWY, 22.02.2010)

Zenica bardzo zmieniła się po wojnie. Z rodzinnego miasta bramkarza Lecha wyjechali Serbowie, na ich miejsce przyjechali rdzenni Bośniacy z innych regionów kraju. Było ciężko, ludzie tracili pracę, ale rodzice Jasmina mieli dużo szczęścia. Mirsada pracuje w firmie Arcelor Mittal, Enver Burić aż do zeszłego roku był kierowcą autokaru, którym na mecze wyjazdowe jeździli piłkarze Celika Zenica - klubu, w którym wychował się Jasmin. Enver jeźdżił również wtedy, gdy w zespole grał jego syn, już wtedy najmłodszy bramkarz w historii ligi bośniackiej (17 lat), najmłodszy kapitan (19 lat) oraz - obok Hasana Salihamidzicia - najmłodszy piłkarz powołany do reprezentacji Bośni i Hercegowiny. Enver przeszedł teraz na emeryturę.

Siedzieli w piwnicy
Do czasów wojny niechętnie wraca Lejla, o kilka lat starsza siostra Jasmina. O pięknej siostrze chętnie opowiada każdy kolega bramkarza.
- Żaden chłopak w szatni nawet nie próbował się jednak z nią umawiać. Lejlą zawsze była oczkiem w głowie Jasmina. Jest z nie bardzo związany emocjonalnie. Nikt nie chciał mu się narazić - tłumaczy Nermin Sabić, dyrektor sportowy NK Celik Zenica, jeszcze do niedawna kolega klubowy Buricia, a w połowie lat dziewięćdziesiątych jeden z pierwszych reprezentantów niepodległej Bośni. Lejla w zeszłym roku skończyła prawo w Sarajewie, dziś pracuje w dziale kadr jednej z firm w Zenicy. Stara się zapomnieć o wojnie.

- Jedynym pozytywem tego, że przeżyliśmy wojnę, jeśli w ogóle mogę użyć tego słowa, było to, że w ogóle nie rozumieliśmy tego, co dzieje się wokół nas. To było straszne przeżycie, bardzo trudne dla naszych rodziców, tym bardziej, że byliśmy dziećmi. Nie było jedzenia, nie było wody. Pamiętam bombardowania, ludzi umierających codziennie, to że z Jasminem w tym czasie siedzieliśmy w piwnicy - mówi Lejla.

Traumą ich dzieciństwa był jednak głód, który nawiedził Zenicę w 1993 i 1994 roku.
- Nikt nie mógł opuścić miasta, bo niedaleko stacjonowała armia serbska. Nikt też do nas nie przyjeżdżał. Miasto kompletnie zamarło. To był największy dramat mieszkańców. Nie bomby i
granaty, bo przez Zenicę nie przebiegał front - opisuje Sabić.

Niewiele z tych strasznych czasów pamięta też Jasmin. Niektórym wydaje się, że jego charakter ukształtowały właśnie przeżycia z dzieciństwa, że to dlatego dziś ma nerwy ze stali.
- Byłem mały i nie do końca świadomy tego, co się dzieje - wspomina Burić. - Ceny były bowiem kosmiczne. Dla przykładu worek mąki kosztował między 500 a 600 euro. Kto miał w tamtych czasach takie pieniądze? Albo czekolada. Nikogo nie było stać na całą. Można było mieć kawałek, najwyżej pół, nie więcej. Czasami w Lechu rozmawiamy o tym z innymi piłkarzami z Bałkanów, ale raczej na zasadzie przywoływanie scen. Ivana Djurdjevicia jednak nie było wtedy w kraju, podobnie Semira Stilicia.

Treningi w parku
Wielki wpływ na Jasmina miały tak naprawdę dopiero skutki wojny, życie w nowej rzeczywistości. Gdy Nermin Sabić, przyszły dyrektor Celika, jako 20-letni chłopak grał w Chorwacji, zastanawiając się, co dzieje się z jego rodziną w Zenicy, na pierwszy trening w Celiku szedł właśnie sześcioletni Jasmin. Właściwie to na tak zwane Kamberovica Polje, rozległe boiska, na których wolny czas spędzali mieszkańcy Zenicy. Grał na nich z Fenanem Salcinoviciem, który rok temu wraz z Jasminem wyjechał z Zenicy i został piłkarzem Lecha Poznań. Nie poszczęściło mu się jednak tak jak przyjacielowi z młodości - Salcinović został oddany na wypożyczenie do norweskiego Sandefjordu. Dziś w rodzinnej miejscowości czeka na telefon z Poznania:

- Większość naszego życia spędziliśmy na tych boiskach w Zenicy. Były w strasznym stanie, szatnie jeszcze gorsze - wspomina Salcinović. - Mieszkałem pięć minut od Jasmina, codziennie chodziliśmy na kawkę, na ciasto zapraszała nas jego mama. Praktycznie codziennie spotykaliśmy się po treningach, choć Jasmin nie zawsze mógł przyjść nawet na zajęcia. Często musiał iść do szkoły.

Samouk
Tuż po wojnie w Celiku brakowało pieniędzy nie tylko na porządne boiska, ale i na trenera bramkarzy. Przez długi czas Burić sam ustalał jak ma ćwiczyć.
- Nie było tam nic, nawet bramek. Braliśmy dwie gałęzie, które służyły, jako słupki. Była tylko jedna piłka, którą po prostu graliśmy między sobą na dwie bramki. Były to jednak oficjalne treningi klubowe. Nawet podczas wojny, choć o lidze nikt wtedy nie myślał, Celik jakoś utrzymywał się na powierzchni. Udawało się przeprowadzać zajęcia, choć najwyżej 2-3 razy w tygodniu - przypomina sobie zawodnik Lecha.

Sposób, w jaki Burić trenował w dzieciństwie wyjaśnia dlaczego na boisku nie zachowuje się jak kolejny bramkarz wytrenowany w szkółce. W wielu boiskowych sytuacjach wyczekuje do końca, nie kładzie się na boisku. Wszystkiego nauczył się sam i po swojemu. Jesienią jego gra zdumiała fachowców w Polsce. Od początku wyróżniał się również w Bośni. Najpierw kibice zauważyli jednak jego czuprynę w kolorze siana, a dopiero później umiejętności.

- Mieszkańcy Bośni zwykle są brunetami i mają ciemną karnację. Jasmin był z kolei jedynym blondynem w całej lidze bośniackiej, dlatego od początku cieszył się dużą uwagą mediów. Wkrótce dostrzeżono też jego unikalny styl na boisku - jak na bramkarza grał bardzo agresywnie i nowocześnie. Wychodził bardzo daleko poza pola karne, często grał jak libero. Takiego zawodnika wcześniej w Bośni nie było - mówi Miralem Jaganjac, menedżer, który ściągnął go do Lecha Poznań.

W lidze bośniackiej Burić rozegrał 76 meczów. Do Lecha polecił go Stilić.
- Pytali mnie o Jasmina, czy to dobry bramkarz, od ilu lat gra Celiku. Poleciłem go - przypomina sobie Stilić. - Pierwszy raz usłyszałem o Buriciu siedem czy osiem lat temu. On grał w juniorach Celika, ja w juniorach Żeljeznicaru. Spytaj się go czy pamięta gola, którego strzeliłem mu z karnego? Na pewno pamięta. Był piękny. Wygraliśmy 1:0, a mój Żeljeznicar drugie miejsce w tabeli, jego Celik - czwarte.

Niewiele jednak brakowało, a Burić trafiłby do izraelskiego FC Aszdod, zamiast Lecha. Gdy był testowany w Poznaniu odrzucił jednak ofertę z Izraela.
- W Lechu uznano, że Jasmin się tak szybko nie zaadaptuje - mówi Jaganjcac. Ściągnięto więc Ivana Turinę, a Burić do końca roku został w Bośni.
Z brakiem zaufania dla młodego bramkarza Burić musiał zmagać się już wcześniej. Gdy w 2008 roku do Celika przyszedł trener Ivo Isztuk, od razu chciał sprowadzić starszego bramkarza.
- Gdy Jasmin miał 17 czy 18 lat niektórzy mówili: "Nie dawajcie mu szansy. Nie wygłupiajcie się, jest za młody". I teraz co? Gdy znów do tego doszło po kilku latach, był to dla Jasmina sygnał, że musi odejść. Wszyscy w klubie poza nowym trenerem wiedzieli, że to bramkarz nadający się do reprezentacji Bośni, a on chciał sadzać go na ławce. Relacje Buricia z trenerem były coraz gorsze, chłopak był bardzo ambitny i rozczarowany - relacjonuje Sabić.

Jesienią 2008 roku, gdy już wiadomo było że Burić trafi do Lecha, bramkarz został odsunięty od składu. Zagrał tylko w pięciu meczach ligowych. Wystawiano go do składu akurat, gdy pojawiał się na meczach skaut Lecha Hubert Małowiejski.
- Pierwszy raz oglądałem go w październiku w meczu ze Zvijezdą, tydzień przed meczem Lecha z Nancy. Popełnił w tym meczu ze dwa poważne błędy, które mogły zakończyć się utratą bramki,ale inne pojedyncze interwencje pokazywały klasę. Dziś takich błędów już nie popełnia. Później oglądałem go na żywo jeszcze raz. To były już oficjalne wizyty, w loży VIP-ów, obok dyrektora sportowego Celika. Nie kryliśmy się z naszym zainteresowaniem, nie chowaliśmy się już na trybunach.

Szrot Smudy
Burić trafił do Poznania w styczniu 2009 roku, wraz z całym bałkańskim zaciągiem Jaganjaca Salcinoviciem, przyjacielem Jasmina z boisk Kamberovica Polje, Harisem Handziciem oraz Chorwatem Gordanem Golikiem, sprowadzonym przez Danko Dikicia. Handzić okazał się piłkarzem przereklamowanym, wokół którego zrobiono dużo szumu w mediach. Salcinović trafił do Norwegii, Golik do Młodej Ekstraklasy. Trener Lecha, Franciszek Smuda wszystkich wrzucił do jednego worka z napisem "szrot" i zesłał do rezerw.
- Rozmawiałem z nim, gdy znalazł się w drugim zespole Lecha. Powtarzałem mu: "Masz czas, pracuj, nie bądź głupi i nie strać tego, do czego doszedłeś. Czekaj na swoją szansę w Lechu, nie odchodź z Poznania". Sam grałem w wielu zagranicznych klubach poza Bośnią i wiem jak to wygląda. Niektórzy miejscowi piłkarze nie życzą sobie nieznajomych w zespole, obcokrajowców, którzy mogą namieszać w składzie - mówi Sabić.
- Był czas, że wielokrotnie mówił mi, że nie dostaje szans w Lechu, trochę narzekał, ale Dimitrije Injac powiedział mu, żeby się wziął w garść i nie odpuszczał na treningach - przypomina sobie Stilić.

Po sześciu miesiącach na trybunach, Burić przyjechał na letnią prezentację Lecha. Był trzecim, a może nawet czwartym bramkarzem. Wyszedł na scenę, wziął mikrofon i powiedział, że będzie pierwszym. Trochę się z niego śmiano, ale sytuacja zmieniła się błyskawicznie. Po dziesięciu miesiącach pobytu w Poznaniu w końcu wszedł do bramki w spotkaniu z Arką Gdynia, później zagrał kapitalny mecz z Wisłą Kraków. Miejsca nie oddał już do końca rundy.

Chodzący spokój
Burić mógł wyjechać z Zenicy już wcześniej. - Jeden z moich przyjaciół, menedżer piłkarski, kiedyś przyjechał do Zenicy i mówi mi: - Zabiorę go do włoskiego klubu! Nie wiem, o jaki klub chodziło. Ostatecznie nic z tego jednak nie wyszło, ale ludzie rozpoznawali talent Jasmina. W Celiku zagrał wiele świetnych spotkań, przez te trzy czy cztery lata wybronił nam wiele meczów. Ludzie powiedzą, że to tylko liga bośniacka, ale tu też są dobre spotkania - przekonuje Sabić.

Nastoletni Jasmin zmagał się w Zenicy z presją, która w Poznaniu nie jest dla niego niczym nowym. Celik to obok FK Sarajewo i Żeljeznicaru największy klub w Bośni. - Na mieście ciągle tu słychać tylko: Celik, Celik, Celik. Do Sarajewa na mecze potrafiło jeździć dziesięć tysięcy ludzi. Zresztą tu ciągle za dużo mówi się o kibicowaniu, a za mało o samej piłce - narzeka Sabić. Na głęboką wodę Buricia wrzucono w wieku 17 lat, gdy w jednym z meczów wszedł na ostatnie 10 minut. - Wiedziałem, że zrobi karierę, kiedy tylko wyjedzie z Zenicy. Był szybki, ambitny, generalnie dobrze było go mieć w szatni. Wprowadzał do niej spokój, był rozsądny, łatwy w obyciu - mówi nam 20-letni Adnan Zahirović, rozgrywający Celika.

To właśnie dzięki tym cechom charakteru - rozwadze i spokojowi - już w wieku 19 lat został kapitanem Celika. Małowiejski dodaje: - Mimo tego, że zdaje sobie sprawę ze swojego talentu jest pokorny, skromny, cichy.
Podobnie jest na boisku. Burić emanuje spokojem. - To jest taki mój styl, że zachowuję po prostu do końca zimną krew. Emocje gotują się we mnie, w środku, ale na zewnątrz jest spokój -mówi piłkarz.
Może to z powodu wojny, a może dlatego, że ojciec, którego wszyscy nazywają Eno, zawsze miał go pod kontrolą? Jako kierowca autokaru Celika zawsze był z młodym bramkarzem na wyjazdach.
- Znam dobrze rodzinę Jasmina, wiem, w jakiej atmosferze się wychował, że to dziś prawdziwy zawodowiec. Ma przed sobą wielką przyszłość. Może rok pogra w Lechu, czy dwa lata, i pójdzie dalej. Gra w Niemczech czy Holandii już teraz nie byłaby dla Jasmina żadnym problemem -uzupełnia Sabić.

Było ich tylko dwóch
Sławę Buricia w rodzinnym miasteczku w końcu wyjaśnia Salcinović: - Po wojnie tylko dwóch stąd wyjechało. On i ja. Poza nami w ostatnich kilkunastu latach żaden inny piłkarz z Zenicy nie wyjechał do zagranicznego klubu! Lokalne gazety pisały tylko o nas.
Sabić, który o Jasminie usłyszał dopiero wiele lat po wojnie, dziś często rozmawia z nim przez skype'a. I martwi się o Celik. - Powoli stajemy na nogi, wszystko próbujemy naprawić. Liczymy na wychowanie kolejnych Buriciów i Salcinoviciów - przekonuje, ale klub, któremu od dziecka kibicował Jasmin jest dziś w dramatycznej sytuacji. Broni się przed spadkiem.
- W Zenicy prowadzę również swoją prywatną szkółkę piłkarską. Ośmiolatkowie, którzy występują w niej na pozycji bramkarza podchodzą do mnie i ciągle mówią mi: - Chcę być tak dobry jak "Libe". Tak bowiem wszyscy tutaj go nazywamy. Nie pamiętam nawet dlaczego, ale tak już zostało - kończy Sabić.
PRZEMYSŁAW ZYCH

poniedziałek, 24 maja 2010

WYWIAD Z ŁUKASZEM ZAŁUSKĄ



„Przypadki Łukasza Załuski”
(Magazyn Futbol, marzec 2010)

CZYTAJ TEŻ:
Serbskie marionetki, czyli piłkarze w mackach mafii i podstawionych dziewczyn
"Kokosanki, Kokosanki", czyli WALKA GIGANTÓW: Polakow kontra Łazarek
Mirek Okoński opowiada jak przegrał życie z uśmiechem na twarzy...

ZYCH: Całe życie miałeś pecha, ale na koniec uśmiechnęło się do Ciebie szczęście – jesteś w Celticu Glasgow. Możemy tak powiedzieć?

ZAŁUSKA: To, co mam zawdzięczam temu, że się nie poddałem, że pracowałem dwa razy więcej niż reszta, i to nawet wtedy, gdy mnie odstrzelili i wysłali do rezerw Korony Kielce. Ale widocznie tak musiało być. Tyle, że ja nie żałuję niczego, co się wydarzyło. Mam teraz kochającą rodzinę, jestem w wielkim klubie.

Pech polegał też na tym, że na swojej drodze spotykałeś nieodpowiednich ludzi.

Rzeczywiście do pewnego momentu tak było. Na przykład Veselina Djokovicia. Byliśmy dobrymi kumplami, wynajmowaliśmy wspólne mieszkanie w Kielcach, podczas gdy moja żona była w Białymstoku, a jego rodzina w Serbii. Któregoś razu Veselin chciał kupić ode mnie samochód, nie miałem nic przeciwko. Szybko się dogadaliśmy, wziąłem pierwszą ratę. Jednak nie spisaliśmy umowy, bo to przecież był kumpel. Zapłacił mi dziesięć tysięcy, a resztę miał później. Któregoś dnia powiedział: - Załucha, syn mi się w Serbii rozchorował, muszę jechać, przysięgam na jego życie, że za tydzień jestem! No i już nigdy w życiu nie zobaczyłem ani jego, ani pieniędzy. A samochód był żony, był jej pierwszym takim prawdziwym autem. Ale nie o tym pewnie mieliśmy rozmawiać...

No właśnie - chodziło raczej o sytuacje, które spowolniły karierę piłkarską.

Gdy byłem piłkarzem Legii, to miałem zostać wypożyczony do Polonii Warszawa. Wszystko było dograne, ale w ostatnim dniu okienka transferowego Polonia wyrzuciła mnie z klubu. Za co? Za to, że przyznałem się, że byłem kibicem Legii. Praktycznie zostałem na lodzie. W ostatniej chwili przygarnęła mnie Legia. Wróciłem więc do szatni Legii, przebieram się z chłopakami, wchodzi trener Dariusz Kubicki i nie wiedząc o tym wszystkim, zaskoczony mówi: - O, a co ty tu robisz? Mówię: - Wróciłem.

W Koronie Kielce to w ogóle niewiele poszło tak jak miało, miałeś jedną dobrą rundę, kilkanaście meczów w lidze, i właściwie tyle.

Był początek listopada. Pojechałem na mecz rezerw, którym zostało tylko jedno spotkanie do końca rundy jesiennej. Tyle, że w meczu dostałem czerwoną kartkę… Musiałem pauzować dwa spotkania, a następna kolejka była dopiero w kwietniu… Stałem się bezużyteczny dla klubu na sześć miesięcy przez głupi przepis PZPN-u. Nie pozwalał on na grę w pierwszym zespole aż do momentu, gdy się nie odcierpi kary w rezerwach. Byłem więc członkiem pierwszego zespołu, a musiałem pauzować w rezerwach. Totalny bezsens… Dla Ryszarda Wieczorka i trenera bramkarzy, Piotra Wojdygi, których nie byłem ulubieńcem, była to więc dobra okazja, żeby mnie skasować. I skasowali, wyrzucając do rezerw. Z perspektywy czasu mogę im tylko podziękować – jako niepotrzebny klubowi zawodnik rezerw odszedłem do Szkocji praktycznie za darmo.

Czas spędzony w rezerwach – po prostu szkoła życia?

Nigdy nie odpuściłem. Indywidualnie trenowałem z Robertem Dziubą. Rezerwy trenowały na dramatycznych boiskach, a ja gdzieś z boku, w rogu boiska. Byłem chodzącym kłębkiem nerwów. I dlatego dziękuje Robertowi, że okazał dla mnie tyle cierpliwości. Dzięki temu doszedłem do formy i przygotowałem się do testów w Dundee United. Ale gdyby wtedy ktoś powiedział mi, że trafię do Celticu, uznałbym go za szaleńca... To był ciężki okres także dlatego, że w tym czasie w Kielcach panował wielki boom na piłkę. Na każdym meczu był pełny, nowy stadion, transmisje w telewizji, światła, piękna otoczka, a człowiek siedział na ławce albo na trybunach. A następnego dnia w południe trzeba było już zasuwać w meczu rezerw z Piaskowianką Piaski na starym stadionie przy ulicy Szczepaniaka w Kielcach... Patrzyłem na to wszystko - siedmiu czy ośmiu kibiców na trybunach, nierówne boisko, zespół, który, niestety, nie rzucał na kolana - i tak się zastanawiałem: - Kurwa, czy to wszystko już zawsze tak będzie wyglądać?

Ale był moment, że w pierwszym zespole grałeś z Grzegorzem Piechną, piłkarzem nie do zdarcia.

Niesamowity napastnik, ale na treningach totalny dramat. Tyle, że przychodził mecz i „Kiełbasa” zawsze ratował nam dupę. Praktycznie, co mecz, to gol. Pamiętam jedno spotkanie w Pucharze Polski, z bardzo mocnym wtedy Groclinem. Byliśmy w drugiej lidze, a Piechna był lekko kontuzjowany i miał nie zagrać. Dzień meczem zdawał maturę z Arkadiuszem Kaliszanem, a po wszystkim dyrektor szkoły zaprosił ich do gabinetu. Wody tam nie pili… W dniu meczu mieliśmy rozruch, przychodzi Grzesiek, no cóż, mocno zmęczony i pewny, że nie zagra. Trenerzy zdecydowali jednak, że go potrzebują: - Masz wziąć zastrzyk i zagrać. I „Kiełbasa” przez godzinę zagrał, strzelił dwie bramki. Bardzo dobry napastnik.

Z Kielc i rezerw Korony udało Ci się jednak uciec, tylko, że na starcie w Dundee United znów pech!

Mój transfer do Dundee United wymyśliły trzy osoby – Dariusz Wdowczyk, Mariusz Piekarski i Raymond Sparks, a ja w Szkocji już po kilku treningach złamałem kość w stopie! Było to praktycznie na tydzień przed ligą i dwa dni przed meczem towarzyskim z Barceloną. Następnego dnia w klubie był już Grzesiek Szamotulski, który zastąpił mnie na czas mojej nieobecności. Pauzowałem cztery miesiące, ale już wtedy miałem plan, żeby trafić do Celticu.

Jak to myślałeś o Celticu?

Żona, która studiowała psychologię, całymi dniami wbijała mi do głowy, żeby Dundee United traktować, jako odskocznię do lepszego klubu. To pomogło. Pamiętam, że na jednym z pierwszym treningów po wyleczeniu kontuzji o tym, że trafię do Celticu powiedziałem trenerowi bramkarzy w Dundee United. Szkot popatrzył na mnie jak na durnia. Ale wróciłem do formy, zacząłem grać i któregoś dnia zadzwonił telefon. Numer nieznany. Odbieram. – Dobry wieczór, Gordon Strachan – powiedział rozmówca. Uśmiechnąłem się do siebie i pomyślałem: - Jest, kurwa, dobrze. Ubrałem się w garnitur i pojechałem do Glasgow podpisać kontrakt.

Wcześniej, gdy siedziałeś na ławce w Koronie, przeszła Ci obok nosa jedna szansa. Na horyzoncie pojawił się transfer do Anglii.

Byłem z Marcinem Wasilewskim na tygodniowych testach w Stoke City. Po nich trener Tony Pulis powiedział, że chce nas obu. Wróciłem więc do Polski, myśląc, że wszystko jest okay, że chwyciłem pana Boga za nogi. Wieczorem po powrocie zadzwonił do mnie agent, który wówczas zajmował się transferem. Powiedział mi, jakie są warunki kontraktu, który proponuje Stoke, podał długość tej umowy, po czym przez kilka kolejnych dni w ogóle się nie odezwał. Czekałem spakowany w Kielcach. W końcu zadzwonił: - Nie przejmuj się, Anglicy są flegmatyczni, wszystko jeszcze będzie okay, nie denerwuj się! No i tak do dziś czekam na odpowiedź Anglików i transfer do Stoke.

Wielu kibiców kojarzy Cię jeszcze z pierwszoligowego Stomilu Olsztyn.

Stomil Olsztyn to był mój taki pierwszy prawdziwy zespół. Liga, poważne mecze. Wtedy spadliśmy z ekstraklasy - dziś wiem, że nie wszyscy w drużynie chcieli utrzymać ligę w Olsztynie. Szkoda gadać.

Ale zanim trafiłeś do Stomilu, to przez trzy lata chodziłeś do szkoły w Szamotułach. Kojarzyłeś z korytarza Łukasza Fabiańskiego?

Oczywiście, że tak, ale kumplami to my tam nie byliśmy. Ja byłem z najstarszego rocznika w szkółce, on z najmłodszego. Mieliśmy innych znajomych, a wspólnie w szkółce byliśmy tylko przez sześć miesięcy. Po latach Celtic brał udział w londyńskim turnieju „Wembley Cup”. Łukasz przyjechał do mnie do hotelu, zjedliśmy obiad, pokazał mi miasto, a przy okazji mogliśmy powspominać stare, dobre czasy ze szkoły w Szamotułach. Kilka razy mieszkaliśmy też w jednym pokoju na zgrupowaniu reprezentacji.

A z którym z obecnych piłkarzy żyłeś najlepiej w Szamotułach?

Z Jakubem Wawrzyniakiem, zapalonym kibicem żużlowym zespołu z Piły, mieszkaliśmy przez długi czas w jednym pokoju, a czasami nawet urządzaliśmy sobie sparingi bokserskie.

A co z resztą Twoich kumpli, z którymi mieszkałeś w Szamotułach?

W pokoju było nas czterech, wszyscy chodziliśmy równocześnie do tej samej klasy. Dziś jeden z nich waży 120 kilo, żaden nie gra w piłkę. Szkoda, bo mieli papiery, by grać chociażby w lidze polskiej. Odchodząc z Szamotuł do klubów seniorskich mieli jednak ważniejsze sprawy, niż trening. Pamiętam, że jeden z trenerów w Szamotułach Bernard Szmyt ciągle nam powtarzał: - Wszystko jest dla ludzi. Trzeba wiedzieć kiedy, z kim i ile. Większość z nich nie wzięła sobie tych słów do serca.

Kiedyś słyszałem różne historie ze szkółki Wisły Kraków. To był po prostu obóz przetrwania. Tak samo było w Szamotułach?

Gdy mieszkaliśmy ze sobą, to był okres, gdy buzowały nam hormony. Mieliśmy po kilkanaście lat. Zdarzało się, że ktoś w środku zimy otwierał okno, a reszcie duma nie pozwalała go zamknąć. Padało hasło: - Kto zamknie okno, ten frajer. Albo dochodziło do innej sytuacji – ktoś zapalał światło, rzucał to samo hasło i każdy próbował sobie udowodnić, że nim nie jest. Spaliśmy całe noce przy zaświeconym świetle! Gdy ktoś otworzył okno, to fakt, z łóżka się wstawało, ale nie po to, by je zamknąć, ale po to by ubrać wełnianą czapkę, szalik, cieplejsze spodnie i z tym otwartym oknem nie zamarznąć! Męska duma nie pozwalała.

Trenowaliście codziennie, ale cały czas musieliście chodzić do szkoły?

Często nie chodziliśmy. Rano jeden z chłopaków pytał: - Łukasz, idziemy do szkoły? Brał monetę, i mówił: - Orzeł czy reszka? Podrzucał do góry. Wypadał orzeł. Nie idziemy. I znów kładliśmy się spać. Po czterech miesiącach nas rozdzielili i przenieśli do innych pokoi. Odtąd zamieszkałem między innymi z Radosławem Cierzniakiem i Jakubem Szmatułą.

Czy ktoś Was w ogóle kontrolował, Wasze oceny w szkole?

Z Andrzejem Dawidziukiem trenowaliśmy codziennie po kilka godzin, i to on sprawował pieczę nad bramkarzami, czuł się za nas najbardziej odpowiedzialny. Patrzył na to, co robimy na boisku, ale i poza nim. Któregoś razu chciał podsumować półrocze w szkole, sprawdzić jak wygląda nasza sytuacja z nieusprawiedliwionymi godzinami. Zawołał mnie, Szmatułę i Cierzniaka. Siedzimy we trzech. Pierwszy mówi Szmatuła: - Dziesięć godzin nieusprawiedliwionych. Dawidziuk: - Jest nieźle, ale oczywiście może być lepiej. Drugi Cierzniak mówi, że ma tych godzin z sześć czy siedem. – No Radek, można powiedzieć, że jest dobrze, ale zawsze może być jeszcze lepiej. No i na końcu byłem ja z moimi siedemdziesięcioma nieusprawiedliwionymi godzinami... W końcu dyrektor liceum w Szamotułach powiedział, że najlepiej będzie jak odejdę, żebym się nie męczył ani ja, ani oni. Wyrzucili mnie więc po roku z liceum w Szamotułach i musiałem ogólniak kończyć zaocznie w Poznaniu. Ale dzięki temu miałem jeszcze więcej treningów, bo w ciągu tygodnia nie chodziłem do szkoły. Dla mnie to było idealne rozwiązanie, a Dawidziuk widział, że paliłem się do treningów, a do szkoły wręcz przeciwnie.

Kibic Legii znalazł się w Poznaniu! Chodziłeś na mecze Lecha Poznań na Bułgarskiej?

Byłem na jednym czy dwóch. Zapamiętałem spotkanie z Widzew. Mecz skończył się wynikiem 5:3 dla łodzian. Byłem nastolatkiem, przyjechaliśmy wraz z innymi podopiecznymi ze szkółki obejrzeć mecz ekstraklasy, zobaczyć dobry futbol, poczuć, na czym polega ta pierwsza liga, a tu po jednym strzelonym golu któryś z piłkarzy Widzewa podbiega do ławki Lecha, nad którą siedzieliśmy, i krzyczy: - Widzew nigdy się nie sprzeda! Nigdy kurwa! Mecz był strasznie dziwny, karne, czerwone kartki. Miałem 17 lat, ale wiedziałem, że coś tu nie gra. Patrzymy na Dawidziuka, który nas zabrał na ten mecz. Pytamy: - O co w tym w ogóle chodzi? Pokręcił głową, że nic takiego ważnego. Powiedział: – Oglądajcie mecz.

Jeździłeś na Legię, jako nastolatek?

Pierwszy mecz ligowy Legii, jaki widziałem w życiu miał miejsce w Białymstoku z Jagiellonią. Szczęsny w bramce, Kowalczyk w ataku. Siedziałem tam z otwartą buzią, a Legia przegrała 1:3. Jeździłem też na mecze Ligi Mistrzów z IFK Goeteborg, Blackburn Rovers i Panathinaikosem Ateny. Zawsze z ojcem, zawsze na żylecie, zawsze kupowaliśmy bilety od koników, bo do Warszawy przyjeżdżaliśmy trzy albo cztery godziny przed meczem.

Do Wielkopolski Legia też przyjeżdżała. Miałeś blisko z Szamotuł.

Byłem kiedyś na meczu we Wronkach, Amica – Legia. Trener Dawidziuk załatwił nam wejściówki pod szatnię, gdzie zrobiłem sobie zdjęcie z kilkoma piłkarzami Legii, między innymi z Szamo, teraz moim bliskim kumplem, z którym mam codzienny kontakt. Byłem zresztą na tyle fanatycznym kibicem Legii, że gdy Widzew grał w Lidze Mistrzów, to kibicowałem grupowym rywalom łodzian - Borussii Dortmund, Atletico Madryt czy Steaule Bukareszt! Mój pokój był cały wypełniony plakatami Legii. Teraz już z tego wyrosłem, zobojętniałem, ale gdyby ktoś zapytał mnie, komu kibicuję w Polsce, to odpowiedziałbym, że Legii.

A pamiętasz taki mecz z 2001 roku, Stomil – Legia 1:6? Zagrałeś w bramce Stomilu przeciwko klubowi, któremu kibicujesz i wpuściłeś sześć goli! W Legii z ławki wszedł Mariusz Piekarski, który dziś jest Twoim agentem. W sumie to dość zabawne.

Dla mnie to nie było takie zabawne. Przez tydzień chodziłem kompletnie zdołowany i załamany. Jak sobie przypomnę ten mecz i pomyślę o tym bramkach, to aż nie mam ochoty do niego wracać. To był dopiero mój drugi mecz w lidze… Myślę, że gdyby teraz „Piekario” chciał mnie gdzieś wytransferować, to kontrahentom raczej nie pokazałby kasety wideo z tego meczu…

Niedługo później trafiłeś jednak do Legii i byłeś jednym z najmłodszych piłkarzy w drużynie. Tak naprawdę niewielu w ogóle pamięta, że przy Łazienkowskiej grałeś.

Bo ja tam nie grałem, tylko przez półtora roku po prostu byłem. Konkurencja była naprawdę mocna. Radostin Stanew był pierwszym bramkarzem. Artur Boruc drugim. Ja – trzecim. Dziś z perspektywy czasu mogę się przyznać, że Warszawa trochę mnie zgubiła, wciągnęło mnie miasto. Za dużo było dziewczyn, zbyt wiele wieczornych wyjść. Miałem 20 lat i gdy któryś z chłopaków chciał wyjść na miasto, to do kogo dzwonił? Oczywiście, że do Załuchy. Cieszę się, że tak szybko poznałem Magdę, moją żonę, i w wieku 22 lat byłem już żonaty. Po pewnym czasie przeczytałem wywiad ze Zbigniewem Bońkiem i on w nim mówi: - Jeśli chcesz coś osiągnąć w piłce, musisz szybko się ożenić. Po latach zgadzam się z nim w stu procentach.

Od dwóch i pół roku mieszkasz w Szkocji. W Polsce praktycznie nie dostałeś szansy. Czy w kraju są w ogóle jacyś trenerzy, których dobrze wspominasz?

Dobrze współpracowało mi się z Adamem Nawałką w Jagiellonii Białystok. To bardzo dobry trener i człowiek z klasą. Z kolei na kadrze poznałem Rafała Ulatowskiego i myślę, że również praca z nim w klubie byłaby wielką przyjemnością. Jak na to patrzę z dystansu, to wydaje mi się, że po prostu miałem wiele szczęścia, że w tak młodym wieku trafiłem na takiego trenera bramkarzy jak Andrzej Dawidziuk. To on nauczył mnie praktycznie wszystkiego, podstaw. Przez półtora roku w Legii pracowałem też z Krzysztofem Dowhaniem, kolejnym świetnym fachowcem i wielkimi pasjonatem tego, czym się zajmuje.
ł
A teraz, gdy patrzysz z boku na ligę szkocką, to okay - cieszysz się, że tu jesteś, ale nie zastanawiasz się czasem jak wyglądałaby ona bez Rangersów i Celticu?

Myślę, że byłaby to liga trochę lepsza niż irlandzka. Gdy w Dundee United przez sześć miesięcy miałem złamaną nogę, to mogłem na spokojnie przyjrzeć się tej lidze. Jeździłem na mecze, jako kibic, oglądałem, żeby wiedzieć, na co się przygotować. Ale podoba mi się tu. Gdy sześćdziesiąt tysięcy ludzi zaśpiewa „You’ll never walk alone” to zawsze mam gęsią skórkę, a na każdy nasz mecz wyjazdowy jeździ kilka tysięcy kibiców. Wypożyczonego z Tottenhamu Robbiego Keane’a o północy witało pięć tysięcy kibiców. To trochę więcej niż na meczu rezerw Korony Kielce...

Rozmawiał w Glasgow Przemysław Zych, twitter: @PrzemZych


WYWIAD Z PATRICKIEM M'BOMĄ


Patrick M’boma (piłkarz roku w Afryce w roku 2000, dwukrotny zwycięzca Pucharu Narodu Afryki 2000 i 2002, król strzelców PNA 2002 i 2004, dwukrotny uczestnik mistrzostw świat 1998 i 2002, złoty medalista igrzysk olimpijskich w Sydney 2000; obok Rogera Milli i Samuela Eto’o jeden z trzech najlepszych w historii piłkarzy kameruńskich)
Rozmowa ukazała się w styczniowym "Futbol News".

Czy w czerwcu tego roku afrykański zespół po raz pierwszy w historii może wygrać mistrzostwo świata?

W najlepszym wypadku zespół z Afryki znajdzie się w pierwszej czwórce świata, ale czy jest w stanie wygrać? Największe szanse na to ma Wybrzeże Kości Słoniowej, po prostu jakość graczy tego zespołu jest najwyższa. Od czterech lat grają w tym samym składzie, co tydzień występują w swoich klubach, dobrze zarabiają. Jeśli zaś chodzi o reprezentację Kamerunu, to wylosowaliśmy bardzo ciężką grupę. Holandia, Dania, Japonia - każdy z tych zespołów gra inaczej. Najważniejsze teraz, żebyśmy dzięki udziałowi w Pucharze Narodów Afryki nabrali pewności siebie, zgrali skład. Gwarantem dobrego przygotowania się do mundialu byłby w PNA awans do półfinału. To cel minimum.

PNA w Angoli wisi jednak na włosku. Jak bardzo wydarzenia w prowincji Kabinda, ostrzelanie autokaru z piłkarzami Togo, zepsuje mistrzostwa Afryki, a może też mistrzostwa świata w RPA?

To tragiczna rzeczywistość. Takie wydarzenia są niestety częścią tego, co dzieje się na całym kontynencie. Gdy dowiedziałem się co się zdarzyło, to od razu pomyślałem, że poza Togo również kilka kolejnych ekip wycofa się z turnieju. Czy jednak afrykańska federacja pozwoliłaby na to, wiedząc, że w FIFA może to zostać potraktowane jako oznaka słabości Afryki przed mundialem w RPA? Jeśli do końca turnieju nie nastąpi żaden wypadek, obawiam się jednak, że te mistrzostwa i tak będą wszędzie kojarzone tak jak igrzyska olimpijskie w Monachium. Będzie się na PNA patrzeć przez pryzmat tego zamachu. O ile kluby z Europy nie wycofają swoich piłkarzy, to PNA mimo wszystko może być ciekawym turniejem. Obawiam się jednak, że niestety teraz nikt w Europie tych mistrzostw nie będzie traktował poważnie, że nawet piłkarze będą robić wszystko, by na ten czas zostać w Europie, wymyślając jakieś kontuzje.

Wcześniej gracze afrykańscy, w tym kameruńscy, też narzekali na wyjazdy na mecze do Afryki…

Dla wielu piłkarzy to była po prostu zwykła impreza. Pomógł dopiero fakt, że kilku czołowych piłkarzy, na przykład Samuel Eto’o czy Didier Drogba zaczęło deklarować swoje przywiązanie do Kamerunu czy Wybrzeża Kości Słoniowej. To przekonało również innych, mimo że na co dzień zarabiają grą w Europie. Wiadomo, że tej imprezie nie pomaga kalendarz. Sam nie mogę zrozumieć dlaczego ten turniej rozgrywany jest w styczniu. Wygrałem go dwukrotnie, ale to nie znaczy, że nie mogę na niego narzekać.

Słyszałem chociażby o historii bramkarza reprezentacji Ghany, Sammy’ego Adjei. Dwa lata temu izraelski klub FC Aszdod szantażował go, że jeśli pojedzie na PNA, to straci pracę…

Sam miałem dwukrotnie taką sytuację, gdy zmieniałem klub. W jednym z nich chcieli mnie zmusić, żebym zobowiązał się, że gdy przyjdzie powołanie na mistrzostwa Afryki, ja odmówię. Zdecydowałem się nie przechodzić do tego klubu. Innym razem w Cagliari Calcio chcieli na mnie wymusić, żebym nie pojechał. Uparłem się, bo przecież po mojej stronie były przepisy FIFA. Na szczęście byłem na tyle silny psychicznie, miałem tyle odwagi i tak silną pozycję w klubie, żeby im powiedzieć co o tym myślę. Inni niestety nie są w tak dobrym położeniu. Czasami zależy to również od priorytetów piłkarza. Ja zawsze PNA stawiałem wysoko.

Co specjalnego ma w sobie ten kameruński zespół, który będziemy oglądać na Pucharze Narodów Afryki w Angoli, a później w RPA? Na przykład Ghana ma ośmiu zwycięzców mistrzostw świata U-20, a Kamerun?

Mamy Samuela Eto’o! Zespół ma też kilku utalentowanych piłkarzy w osobie chociażby Alexandre’a Songa z Arsenalu czy Stephana M’Bia z Olympique Marsylii, który świetnie grał już w poprzednim PNA. Ostoją zespołu pozostają jednak Rigobert Song, Geremi.
Teraz wszyscy grają w końcu z zacięciem, poprawili się w porównaniu do eliminacji.

Tak na dobrą sprawę to Kamerun na mistrzostwach świata nie osiągnął nic, odkąd… wszyscy zaczęli na was stawiać, czyli od ćwierćfinału na Italia 1990.

Od tego czasu ani razu nie wyszliśmy z grupy mistrzostw świata… Cztery lata po Italii, w USA piłkarze kameruńscy więcej energii poświęcali kłótniom o pieniądze niż grze. W 1998 roku do kadry weszło z kolei młodsze pokolenie, w tym ja sam, ale nie byliśmy wystarczająco doświadczeni, a federacja przeżywała ogromne kłopoty finansowe, przez co ciężko było zgrać zespół. Zawsze brakowało pieniędzy na jakieś bilety lotnicze, żeby ktoś mógł przyjechać na mecz towarzyski z Europy. Sukcesy przyszły dopiero na PNA i na igrzyskach olimpijskich w Sydney, ale na mundialu w 2002 do awansu z grupy zabrakło punktu. Z kolei do mundialu 2006 Kamerun nie awansował. W ostatnim meczu eliminacyjnym zremisował z Egiptem… Ale to już było beze mnie.

Co sądzisz o obecnym francuskim selekcjonerze Kamerunu Paulu Le Guenie? To dobry wybór?

Bardzo dobry. Znam go jeszcze z boiska, bo razem graliśmy w Paris Saint-Germain. Szczerze mówiąc to byłem zdziwiony, że przyjął propozycję prowadzenia Kamerunu. Zawsze uważałem, że jego mentalność, sposób myślenia, osobowość w żadnym wypadku nie nadaje się do pracy z afrykańskimi piłkarzami.

To jaką mentalność ma Le Guen?


Wiesz, on jest trochę trudny. Właściwie to kompletnie odmienny od tego jacy są Kameruńczycy. Dla nas ważna jest radość, zabawa, wyrażanie własnych emocji, śmianie się, rozmawianie. Paul z kolei lubi milczeć, jeśli cokolwiek mówi to jest to absolutne minimum. Na pewno Le Guen nie jest najbardziej radosną postacią, którą spotkałem… Ale udało mu się. Można powiedzieć, że włożył w ten zespół duszę. Gdy przyszedł, Kamerun był w kiepskiej sytuacji w eliminacjach. Z tylko jednym punktem w dwóch meczach. To Le Guen doprowadził do tej przemiany, wprowadził dryl i profesjonalizm. Kapitańską opaskę od Songa przejął Eto’o. Wszystko zakończyło się świetnie.

Ale Kamerun właśnie stracił Joela Matipa, utalentowanego 18-letniego piłkarza Schalke, który, mając ojca Kameruńczyka, matkę Niemkę, zdecydował się na grę dla Niemców… Nie chciał pojechać na tegoroczny PNA.

W ogóle nie zwracałbym uwagi na tego chłopaka. W Kamerunie jest tylu utalentowanych graczy, że to, że wybrał Niemcy w ogóle nam nie zaszkodzi. Pamiętajmy tylko, że jego serce nigdy w całości nie należało do Kamerunu, że w ciągu 18 lat życia spędził tylko dwa tygodnie w Kamerunie. On nie zna tego kraju.

Kiedyś powszechnie słychać było narzekania na afrykańskie związki piłkarskie, które nie były w stanie zagwarantować piłkarzom odpowiedniego standardu… Jak to wygląda dziś w przypadku Kamerunu?

Dzięki temu, ze w czerwcu odbędzie się pierwszy mundial w Afryce, reprezentacją zainteresował się rząd, który wszystkim się zajął. Piłkarzom przylatującym z Europy kupuje się teraz bilety w klasie biznesowej, podczas gdy wcześniej zdarzało się, że to sami piłkarze musieli płacić za przyjazd na mecze kadry. Hotele, w których mieszkają kadrowicze też w końcu mają odpowiedni standard. W czasie zgrupowań piłkarze są dobrze żywieni i odpowiednio traktowani. Teraz w Kamerunie wszyscy grają w tej samej drużynie – związkowi oficjele, piłkarze, członkowie rządu, dziennikarze. Ważne że po tym, gdy Kamerun był bliski odpadnięcia z eliminacji do mistrzostw, wszyscy się zmobilizowali. Wydarzenia oglądam z perspektywy Francji, gdzie mieszkam, ale śledzę co się tam dzieje, czasami dzwonią do mnie piłkarze obecnej reprezentacji i wiem, że jest zdecydowanie lepiej. Mam nadzieję, że tak już będzie na zawsze.

Patrick M’boma - jeden z najlepszych piłkarzy w historii kameruńskiej piłki pozostaje obecnie poza piłką?

Trochę tak, choć cały czas ją śledzę. Będę na przykład komentował mecze Pucharu Narodów Afryki dla francuskiej telewizji. Jakiś czas temu próbowałem coś zrobić dla piłki kameruńskiej. Podpowiadałem kameruńskiej federacji w jaki sposób powinni zorganizować związek. Dawałem rady, wskazówki, ale nikt nie chciał mnie tam słuchać. Mówili: „OK, Patrick, to naprawdę fajne rozwiązanie” po czym… nic z tymi nie robili. Dałem sobie więc spokój. To było marnotrawstwo czasu!

Rozmawiał PRZEMYSŁAW ZYCH


WYWIAD Z ANDRIEJEM ARSZAWINEM


Z rosyjskiem pomocnikiem Arsenalu spotkałem się w Londynie w czasie grudniowej imprezy, którą zorganizował Nike. Prawdopodobnie nikogo nie zainteresowałoby... odsłonięcie sznurówek, ze sprzedaży których cały dochód miał być przekazywany na walkę z AIDS w Afryce, gdyby nie pojawienie się kilku gwiazd światowej piłki. I możliwość przeprowadzenia 15-minutowego wywiadu.

Polska na rozmowę z Didierem Drogbą i Bono (ambasador akcji ) według obliczeń marketingowych speców nie zasługiwała. Z puli Javier Mascherano (Liverpool), Marco Materazzi (Inter), Andriej Arszawin, Denilson (obaj Arsenal) nasz wybór padł więc na Arszawina. Przede mną gwiazdora Euro 2008 i Arsenalu przepytywał dziennikarz „Daily Mail”, po mnie Włoch z „La Gazzeta dello Sport”. Takie życie. Na prywatną rozmowę nie ma szans.

W kolejce znalazł się też dziennikarz rosyjski, z którym Andriej ochoty rozmawiać nie miał. Kilka tygodni wcześniej Rosja przegrała walkę o mundial ze Słoweńcami, a krajowe media oskarżały swoich piłkarzy o sprzedanie spotkania. Andriej przewrócił oczami, ale zgodził się porozmawiać. A co, zobowiązania wobec sponsorów są najważniejsze. Kasa nie śmierdzi.

W czasie rozmowy potwierdziło się wszystko co wcześniej mówili i pisali o nim angielscy i rosyjscy dziennikarze. Kręcił oczami znudzony pytaniami o piłkę, ale gdy trzeba było, potrafił zmusić się do szczerej odpowiedzi. Zaczęliśmy od rosyjskiego, skończyliśmy na angielskim. Na szczęście wiedział coś o polskiej piłce, przy okazji obalając plotkę jakoby w 2004 roku miał trafić do Legii Warszawa.

Wywiad ukazał się w styczniowym "Magazynie Futbol".

Jak bardzo przeżyłeś odpadnięcie Rosji w eliminacjach do mistrzostw świata w RPA? Zrobiliście świetny wynik na Euro 2008, a tu taka wpadka.

ARSZAWIN: Nie potrafię na tyle dobrze wyrazić swoich uczuć, by opisać to, co czuję. Najlepiej w ogóle mnie o to nie pytajcie… Na pewno – ogromne rozczarowanie. Najbardziej jednak boli mnie, że w prasie rosyjskiej to ja zostałem uznany za kozła ofiarnego porażki ze Słowenią. Przyzwyczaiłem się jednak do tego… To na mnie wylewają dziś swoje żale, to ode mnie wymagają najwięcej. Rozumiem, że w żadnym z obu meczów barażowych nie zagrałem dobrze, że w kraju oczekiwania były wielkie, ale reakcje były przesadzone. Teraz na mundialu będę kibicował Brazylii albo Włochom.

Pomimo braku awansu, nie można jednak powiedzieć, że piłka rosyjska stoi w miejscu. Za kilka lat wasza reprezentacja może stale grać w ćwierćfinałach i półfinałach mistrzostw świata i Europy.

W lidze rosyjskiej jest teraz mnóstwo pieniędzy. Żeby jednak co dwa lata grać tak wysoko, pozytywne efekty muszą przynieść inwestycje, które dopiero poczyniono. Zbudowano boiska, szkoły piłkarskie dla dzieci. Być może da to rezultaty za dziesięć lat, ale nie teraz. Kiedyś w Rosji bardziej liczyło się to, by młodzieżowe zespoły wygrywały turnieje, niż wychowywały gwiazdy. Dziś coraz częściej jest inaczej. W Zenicie miałem trochę szczęścia, bo nigdy nie zabroniono mi dryblować. Dzięki temu moje umiejętności techniczne są dzisiaj tak wysokie, że pozwalają mi grać w Anglii. Problem polega też na tym, że liga rosyjska nie jest postrzegana jako dobry produkt, wciąż nie mamy takich stadionów jak na Zachodzie, boiska nie są w najlepszym stanie. Również z tego powodu chciałem już wyjechać z Sankt-Petersburga. W Rosji grywałem na w połowie zniszczonych stadionach, często na sztucznych boiskach. Nie lubiłem tego.

Czego nauczył was Guus Hiddink? W Polsce sami mieliśmy holenderskiego selekcjonera, Leo Beenhakkera.

Guus przede wszystkim dał nam wolność, ale taką poza boiskową… To wyrozumiały człowiek. Dzięki niemu teraz w Rosji nastała moda na holenderskich trenerów. Sam przecież w Zenicie pracowałem z Dickiem Advocaatem. Teraz, gdybym miał wybór, to w reprezentacji dalej wolałbym pracować z trenerem zagranicznym, a nie rosyjskim.

Praktycznie każdy polski piłkarz, gdy wyjeżdża za granicę, narzeka na zmęczenie, tempo meczów. Podobnie jest, jeśli chodzi o spotkania reprezentacji. Paweł Brożek, napastnik naszej reprezentacji, powiedział nawet, że jeden mecz w pucharach czy kadrze, to jak dwa mecze ligowe w Polsce. Jak było z Tobą. Trudno było się zaaklimatyzować do gry na Wyspach?

Znam to uczucie. Ja na przykład zawsze jestem zmęczony, szybko się męczę. Nigdy nie lubiłem zbyt dużo trenować… Na samym początku w Anglii było mi bardzo ciężko, przyjechałem z ligi, w której poziom nie jest jakiś niesamowicie wysoki. Musisz być bardziej skupiony, bo podaje i strzela się szybciej, niż gdzie indziej. Ale jak się już rozegrasz, wchodzi ci to w krew. Zaadoptowanie się w nowym kraju przychodzi znacznie łatwiej, jeśli jest się młodym piłkarzem, nie ma się dzieci, gdy nie ściąga się ze sobą całej rodziny. Teraz mogę powiedzieć, że właśnie się przyzwyczaiłem, zadomowiłem się. A przecież życie w Europie i w Rosji, szczególnie gdy jedzie się do Anglii, to dwie naprawdę inne sprawy. Wiele aspektów powodowało, że było mi ciężko. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale czasem było i śmiesznie, i strasznie. Życie zmieniło mi się kompletnie.

W Arsenalu kontrakty ma dwóch polskich bramkarzy, Łukasz Fabiański i Wojciech Szczęsny. Szczęsny jest bardzo pewny swoich umiejętności, udziela śmiałych wywiadów, Fabiański wydaje się inny. Co o nich myślisz?

Szczęsnego nie widywałem za często w klubie, jest młodym bramkarzem, który przebiera się jeszcze w innej szatni, z zespołem młodzieżowym. Zresztą został wypożyczony. Nie mogę powiedzieć wiele o nim, zagrał na razie tylko kilka spotkań. Łukasz z kolei faktycznie jest cichym człowiekiem, spokojnym. Nosi bluzę numer 21, ja mam numer 23, dlatego w szatni siedzimy blisko siebie. Podoba mi się to, bo Łukasz mówi trochę po rosyjsku i wspólnie możemy się porozumiewać. W Arsenalu panuje świetna atmosfera, jesteśmy sobie bliscy. Nie jest tak, jak gdzie indziej i po prostu kilka razy w tygodniu wychodzimy razem na miasto. Dlatego Łukasza poznałem całkiem nieźle. Wydaje mi się, że atmosfera jest nawet lepsza niż w Zenicie. Zagraniczny piłkarz przychodzący do mojego byłego klubu, miałby zdecydowanie trudniej niż ja miałem na początku w Arsenalu. Sam w Sankt Petersburgu nie miałem kłopotów, było mi o tyle łatwiej, bo to po prostu moje rodzinne miasto.

W United jest jeszcze jeden polski bramkarz, Tomasz Kuszczak. Co w ogóle myślisz o polskiej piłce? Spotykasz wszędzie tylko polskich bramkarzy, a nie piłkarzy…

Kuszczaka oglądam czasami w telewizji, kiedy akurat zagra. Nie potrafię jednak ocenić ich umiejętności. Moja robota to atak, ofensywa, dlatego nie powinienem oceniać piłkarzy na pozycji tak odmiennej od mojej. Znam też jeszcze innego… polskiego bramkarza, Wojciecha Kowalewskiego. Nie jakoś świetnie, ale gdy grał w Moskwie zdarzało się, że jedliśmy kolację w tej samej restauracji.

Teraz gra w Grecji.

Naprawdę? Oj, nie śledzę co się dzieje. Czasami tylko słyszę co słychać u niego od Władimira Bystrowa, mojego kumpla z czasów gry w Zenicie. Bystrow świetnie poznał Kowalewskiego, gdy razem grali w Spartaku Moskwa. Osobiście bardzo Kowalewskiego szanuję. Jeśli chodzi o sam polski futbol, to oczywiście znam takie kluby jak Legia, czy Lech, nie jestem ignorantem. Pamiętam też, gdy w meczu towarzyskim w Moskwie graliśmy z waszą reprezentacją i zremisowaliśmy 2:2. To, z czym kojarzy mi się polski futbol, to jednak nie tylko bramkarze. Zwykle polskie drużyny prezentują defensywny styl gry. To zapamiętałem.

Po tym, gdy zostałeś bohaterem Euro 2008 w Polsce pojawiła się pogłoską, jakoby w 2004 roku miałeś trafić do Legii Warszawa. Siedziałeś wtedy na ławce w Zenicie. Tak mówił Twój agent.

W 2004 roku? Bzdura. Na pewno nie mogło to być wtedy. Może w 2002 albo 2001 roku, bo w 2004 roku miałem za sobą świetny sezon, grałem już w reprezentacji Rosji.

W Zenicie wciąż gra Chorwat Ivica Kriżanac, który wcześniej występował w polskiej lidze, w Groclinie Grodzisk Wielkopolski i Górniku Zabrze. Trafi w końcu do porządnej ligi, na przykład angielskiej?


Oj nie, nie. On nigdy nie wyjedzie z Petersburga. Dostaje tam tak dobre pieniądze, że wątpię, by opłacało mu się kiedykolwiek stamtąd wyjechać. Jeśli taki Juventus miałby więcej pieniędzy niż Zenit, to pewnie by wyjechał, ale nie ma (śmiech). Ja też gdybym został w Zenicie, to zarabiałbym więcej niż teraz w Arsenalu... Mnie nie chodziło jednak o to. A Ivica lubi wszystko w Zenicie, bardzo mu się tam podoba. Dlatego nie ma powodu, by cokolwiek zmieniać. Myślę, że jeśli kiedykolwiek opuści Zenit, to po to, by wrócić do Chorwacji i zagrać w Hajduku Split. Bardzo go lubię, bo to dobry chłopak, cenię sobie jego charakter. Razem zdobyliśmy Puchar UEFA. Wspomnienia pozostaną nam na zawsze.

Jakiemu klubowi kibicowałeś w dzieciństwie?

Barcelonie! Od małego, ale właściwie tylko dlatego, że większość dzieciaków w Sankt-Petersburgu kibicowała Realowi Madryt. Nie mogłem tego znieść, a więc, by zrobić coś zupełnie odwrotnego, zacząłem kibicować Barcelonie. Podziwiałem grę Stoiczkowa, Romario. Dziś w Barcelonie też gra najlepszy piłkarz świata, czyli Leo Messi. On po prostu robi wszystko lepiej, niż reszta. Sam przyznałbym mu nagrodę FIFA.

Kiedyś dałeś się jednak sfotografować w koszulce Barcy!

Tak, ale tylko dlatego, że ten dziennikarz z Hiszpanii mnie o to prosił! Na pewno dziś nie żałuję, że jestem w Arsenalu. Kiedyś myślałem o graniu w lidze hiszpańskiej, wiadomo - słońce, pogoda...

Kiedyś w młodości, miewałeś napady złości w szkole. Gwiazdy takie jak Zinedine Zidane czy Diego Maradona zmagały się z podobnymi problemami. Skąd się to bierze?

Może stąd, że staramy się być zauważeni także poza boiskiem. Chcemy być pierwsi, odróżniać się gdziekolwiek jesteśmy?

Co dziś denerwuje Cię w piłce?

Niewidomi sędziowie. To jednak motywuję mnie jeszcze bardziej do gry, gram jeszcze lepiej, bo gdy się mylą muszę dać z siebie jeszcze więcej.

Co oznacza dla Ciebie akcja Nike’a z organizacją charytatywną Red przeciw AIDS? Zamierzasz w związku z tym zrobić coś w Rosji?

(w tym miejscu Andriej przewrócił oczami, popatrzył na rosyjską tłumaczkę, Anę, i powiedział: Что я могу сделать? („Co ja mogę zrobić?”). Uśmiech Any nakazał mu znów odpowiadać dyplomatycznie, grzecznie, tak jak nakazuje marka Nike, organizator imprezy i sponsor, amerykański producent obuwia...)

Jestem tu, na miejscu w Londynie, tu mogę pomagać. Ale chcę to robić, bo to, co dostałem od życia, teraz próbuję oddać z powrotem. Różnie bywało w moim dzieciństwie, więc to jest jakiś wkład.

Arsenal, jak co roku, znajduje się gdzieś blisko pierwszego czy drugiego miejsca, ale ostatecznie przegrywa. Chyba najważniejszy mecz pierwszej części sezonu, z Chelsea, łatwo przegraliście 0:3…

Nie poddaję się tak łatwo. Wciąż wierzę, że Arsenal wygra. Najtrudniejszym rywalem będzie Chelsea. Wyglądają bardzo groźnie, grają twardo. Bardziej zależałoby mi jednak na zwycięstwie w Lidze Mistrzów, niż w lidze angielskiej. Być może potrzebujemy wzmocnień. To jednak Arsene Wenger jest szefem, on o nich zadecyduje. Zapytajcie jego... Musimy jednak patrzeć na kluby typu Chelsea, Real Madryt i Manchester United. Oni mają dłuższą ławkę rezerwowych niż my. Dlatego powinniśmy kupować. Klub powinien być wzmacniany piłkarzami najwyższej klasy, bez względu na wiek. Takimi, którzy mogą poprawić poziom naszej gry. Indywidualnościami, które mogą zaskoczyć rywala w taktycznej układance. Podobnymi do mnie. Sam gdybym miał szansę trzymać piłkę u nogi przez 90 minut, to po prostu tak bym robił!

Rozmawiał w Londynie Przemysław Zych

sobota, 27 marca 2010

A TERAZ NUDA...



Pisząc ten reportaż spędziłem jakieś osiemnaście godzin w autobusach i pociągach, kilka kolejnych zagadując ludzi na ulicy w Tarnobrzegu (rodzinna miejscowość), Mielcu, Nowym Dworze Mazowieckim i Grodzisku Wielkopolskim.

Najsympatyczniej było w Mielcu. Pan Andrzej okazał się sypiącym anegdotami z rękawów żartownisiem, trochę już zmęczonym życiem, trochę, hmm, zakurzonym, mylącym się w zeznaniach, ale mimo wszystko zasłużył na nagrodę - dostał „dyszkę”.

To tekst o wspomnieniach zwykłych ludzi. Ukazał się w grudniowym Magazynie Futbol.

"A teraz nuda..."

- Pamięta pan czasy, gdy przyjeżdżał Widzew albo Legia?
– Nie chce mi się gadać.


Patrzę w lewo. Nuda. Patrzę w prawo. Nuda. Na rynku w Tarnobrzegu uwagę przykuwa plakat zapraszający na koncert Majki Jeżowskiej. To już wkrótce. Słupy reklamowe w byłym mieście wojewódzkim informują o barbórkowej dramie teatralnej i meczu tenisa.
- Od kilkunastu lat nic tu się nie dzieje. Nic – przekonuje ubrany w szarą kurtkę człowiek spotkany na parkingu przed stadionem Siarki Tarnobrzeg. Jerzy jest taksówkarzem. W Tarnobrzegu mieszka od trzydziestu lat.
- W latach 70 i 80 zawód taksówkarza w tym mieście to była żyła złota. Zakłady Siarkopolu, to było drugie miasto. Pościągali z całej Polski ludzi do pracy w zakładzie, oni osiedlili się, a teraz nie ma tu nic.

Stadion Siarki otaczają kramiki, wysuszone krzewy, pani sprzedaje skarpety. Obok chwieje się przechylony słup, kiedyś w tym miejscu musiał znajdować się przystanek autobusowy. W czasach, gdy w Tarnobrzegu mieszkali i grali Mariusz Kukiełka, Cezary Kucharski i Andrzej Kobylański po mieście jeździło kilkanaście linii autobusowych. Dziś zostały pojedyncze, a do Tarnobrzega nie dojeżdżają pociągi.
- To miasto emerytów i rencistów. Sklepy, banki, piwiarnie piwa. Śmieję się, że największy zakład przemysłowy u nas, to jest szpital. Tam najwięcej zatrudniają ludzi. Potentat! Wielkich atrakcji tu nie ma… – dodaje taksówkarz z marsową miną.

Wiosną 1996 roku Siarka spadła z ekstraklasy. Wygrała tylko trzy mecze, zdobyła piętnaście punktów. Spadła i nigdy już nie wróciła.
- Pamiętam jak nas kręcono. Arbiter Mirosław Milewski sędziował nasz mecz z Zagłębiem Lubin. Rzeźbił kutas pod Lubin! Podbiegł do Kałużnego z Zagłębia. Chciał mu dać żółtko, ale przypomniał sobie, że to będzie drugie, więc wyjął z kieszonki na piersi chusteczkę i wytarł czoło! Kałużny strzelił wtedy dwa gole dla nich. Wygrali 3:2 – opowiada pan Staszek w barze przy stadionie Siarki.
– To zresztą ten sam sędzia Milewski co na koniec tego samego sezonu uratował Bełchatów w meczu z Pogonią. Ten sam – zdecydowanie dodaje po chwili.

Rok po spadku z ekstraklasy, Siarka poszła na samo dno - do drugiej ligi. W 1998 roku omal nie znalazła się w czwartej lidze. Co się odwlecze… Dziś zespół z Tarnobrzega gra w tej klasie rozgrywkowej, dzięki reorganizacji, dumnie zwanej trzecią. A było jeszcze gorzej. W poprzednim sezonie tarnobrzeżanie grali w zasadzie w lidze… piątej.

- Jedni jeżdżą na wakacje na Kajmany, inni siedzą w domu. Tak jak w życiu. Realnie patrząc, to wydaje mi się, że w tej chwili więcej się nie da, na więcej Siarki nie stać – mówi Wojciech Jugo, kiedyś tarnobrzeski działacz, dziś przede wszystkim przewodniczący Wydziału Gier PZPN. Spotykam go w zadymionym, ciasnym pokoju budynku klubowego Siarki. Z kalendarza na ścianie spogląda na nas roznegliżowana blondynka.

- Gdybyśmy awansowali do drugiej ligi, tej podzielonej na dwie grupy, płacilibyśmy ogromne pieniądze na wyjazdy. Tak się nie da. W grupie wschodniej jest Elbląg, Olsztyn, Suwałki, Iława… Ale też nie ma co patrzeć wstecz. Jasne, fajnie było w ekstraklasie. No ale są dziś wciąż te atrakcje dla ludzi w mieście. Wciąż są mecze, ok trzecioligowe. Jest tenis, jest siatkówka – Jugo zamyśla się spoglądając na stadion, na którym jedną z dwóch trybun burzy koparka. Kiedyś kibice oglądali z niej jak warszawska Legia leje ich zespół 7:2. Dziś piękna bramka, którą wówczas z rzutu wolnego do bramki Janowskiego strzelił Leszek Pisz, to piękne wspomnienia.

- Ma powstać trybuna. Podobno dach będzie – komentuje budowę taksówkarz. - Kiedyś tu się działo. Miasto tętniło życiem. Siarka szła z kopalni, były pieniądze. Ludzie mieli Siarkopol, to byli zawodnicy i ekstraklasa. Był doping, hałas jakiś. Jak przyjechało kilkuset kibiców Legii to jakieś ożywienie wnieśli. Graliśmy przecież z dużymi klubami. Autokarami i i samochodami przyjeżdżali. O tu parkowali – wskazuje Jerzy.

– Teraz pusto. Pozamykali wszystko. Budują w miejscu kopalni dołek machowski, zalew stworzyli, jakieś regaty, żaglówki… Stworzyli bezcłową strefę, ale nikt tu nie chce inwestować. Nie wiem dlaczego… - mówi. Po chwili Jerzy, stojąc obok taksówki, krzywi się: - Gdy Siarka grała w ekstraklasie, wie pan ile taksówek jeździło po mieście? Odpowiadam: Siedemdziesiąt A wie pan ile dzisiaj? Dwanaście.

- Pali pan?
– Dziękuję nie palę.
- A ja mam jedno płuco, a palę!

Pana Andrzeja, kiedyś wiernego sympatyka Stali, spotykam w pracy na stadionie w Mielcu. Obok nas, jedną z dwóch betonowych trybun stadionu, podtrzymują drewniane belki. Na górną część trybuny nie można wejść już od kilkunastu lat. Grozi zawaleniem.

Obiekt wygląda jakby miał zaraz rozsypać się i wymazać obecność Stali Mielec z kart historii. W powietrzu unoszą się foliowe worki, na ziemi leżą przemoczone kartony. To właśnie one są obiektem zainteresowania pana Andrzeja.

– Tu raczej wielkiej piłki już nigdy nie będzie. Teraz to tylko starzy, którym się nudzi w domu, chodzą na to. Która to jest teraz liga? Ja nawet nie wiem. Czwarta? – w te słowa chwilę wcześniej spotkanego na mieście mężczyzny trudno teraz, patrząc na stadion, nie uwierzyć. Pusto, cicho. Po rozsypującym się pierwszym piętrze betonowej trybuny szwenda się kilku mężczyzn.

To koledzy z pracy Andrzeja. Ich życiowy upadek jest paralelą katastrofy, która spotkała klub piłkarski. Dziś zbierają kartony, Stal broni się przed spadkiem w czwartej klasie rozgrywkowej. Jeden z mężczyzn okazuje się być byłym trenerem Stali Mielec w piłce ręcznej. Uśmiecha się na moje pytanie.

– Piłka w Mielcu? Było i nima. Ja nic nie będę już mówił. Kiedyś powiedziałem coś do Super Expressu na Latę, to cały stadion mnie potem wyzywał, lżyli mnie! Wszystko napisali co powiedziałem, a w 1969 wprowadziłem Stal do pierwszej ligi – mówi ubrany w seledynową, zakurzoną kurtkę, brudną czapkę, pan – jak się okazało – Michalski.

Bardziej wylewny jest pan Andrzej. W pół godziny opowiada nam historię swego życia, mocno poplątanej z losami klubu piłkarskiego.
- Po co się chodziło na mecz? Ja chodziłem, żeby się napić z kolegą, on – podobnie jak wielu - też nie żyje. Pamiętam jak kiedyś wniosłem cztery wina - wtedy jeszcze wina piłem – to mnie po całym stadionie ganiali. W końcu wyszedłem, bo się nie mogłem spokojnie napić. Stadion zapełniony był wtedy zawsze. Pamiętam jak kiedyś dostałem pomidorem w głowę od innego kibica! Jaki byłem szczęśliwy! Dostało się, pomachało, pośmiało, otrzepałem się, nie ma sprawy. Dziś to każdy by się wkurwił, rzuciłby się na drugą osobę – opowiada.

- Po meczu chodziliśmy do hotelu Jubilat, dziś Hotelu Polskiego. Miałem wtedy pieniędzy w ch…., proszę pana. Tam często widzieliśmy się z Grzesiem Lato. Heniek Kasperczak też bywał. A teraz jak mam cztery piwa, to nie ma z kim się napić. Na osiedlu pusto. Dziadek trzymając laskę z babką idzie. I to wszystko. Żywcem nic. Kiedyś to się wsiadało w taksówkę i jeździło do Tarnobrzega kosy ostrzyc. A bo czemu nie tam? Tak się mówiło na picie alkoholu – pokazuje Andrzej, kiedyś pracownik WSK, mieleckich zakładów lotniczych, dobrodzieja klubu.

- Robiłem lotki od samolotów. Gdy dochodziło do meczu, cały zakład opustoszał! WSK kryło wszystkich, puszczali nas. Jedni szli na mecz, bo dostawaliśmy darmowe bilety, inni do knajpy, reszta do domu. Ale tylko ci, którzy mieli pierwszą zmianę. Ja zawsze taką miałem. I w WSK numer przepustki 44.

Do rozmowy, gdy mówimy o meczach dawnej Stali, podłącza się Mariusz. Na oko – w życiu wypił jeszcze więcej niż pan Andrzej. Spoglądając gdzieś w oddali z uśmiechem mówi: - Tak, kiedyś to fajnie było… Ścigaliśmy się z milicją między blokami. Kiedyś to na mecze do Mielca wszystko przyjeżdżało. Oglądać Stal. Z Tarnobrzega, Sobowa, Dębicy... A pamiętasz jak na boisku łapali Latę za koszulkę, żeby nie mógł uciec, a i tak się wyrywał. Teraz ma brzuch taki duży, żeby z ławki nie wstał. Widziałeś ostatnio Grzesia, nie? – uśmiecha się.

- On wódki nie pił i nie chciał na flaszkę pożyczyć. Pamiętam jak wrócił z USA, to ja mówię do niego: - Grzesiu, pożycz stówkę na flaszkę. On: - Na flaszkę? Nigdy. No to ja: - Na chleb, Grzesiu. I wtedy Lato dawał stówkę – opowiada Andrzej. Wiele obiecywało sobie miasto i klub po dawnym koledze z baru, kompanie z boiska, gdy Lato został senatorem. Odkąd Stal w 1996 roku spadła z ekstraklasy, nigdy do niej nie powróciła. Na chwilę nawet przestała istnieć.

- Lato obiecał, że jak zrobią go senatorem, to on Stal wyciągnie z trzeciej ligi, do pierwszej! Senatorem był, prezesem PZPN jest, a Stal gdzie jest? W czwartej lidze – mówi.
Gdy pytam Andrzeja o jego wspomnienia z dawnych meczów, jakby nie chciał mi sprawić przykrości wykrzykuje: - O matko boska! Co tu się nie działo. Pamiętam jak kiedyś Legia przyjechała i warszawiacy dostali 0:3! Życie w mieście było wtedy – przekonuje wymownie kiwając głową. Gdy dopytuję jakie konkretne wydarzenie utkwiło mu w pamięci, brodaty Andrzej się krzywi. Dopiero po chwili wyrzuca jak z armaty: - Utkwiło w pamięci jak obok stadionu do dziury w basenie wciągnęło lekarza!

- Widywał pan Wójcika?
- Częściej w telewizji, niż w klubie. Tak medialny był.


Cafe Olimp. Nowy Dwór Mazowiecki. To w tym miejscu kiedyś dzień spędzali kibice Świtu. Zespół złożony był z najemników spoza miasteczka, ale wygrywał, przez chwilę grał w ekstraklasie. Dziś mało kto do kawiarni zagląda. Półki uginają się od towaru.
- Jedynie w czasie meczu. Ale trzeba to przyznać, że gdy grali w ekstraklasie, więcej ludzi bywało… Byli dziennikarze, kibice, działacze. Jakiś prestiż dla miasta był. W czasie meczu można było zarobić przynajmniej tysiąc złotych. Dziś, gdy mało kto chodzi na mecze zespołu, góra sto.

Na parterze budynku klubowego Świtu dwóch mężczyzn gra w bilard. Podchodzę i pytam o nastroje w miasteczku.
- Dziś każdy narzeka. Macha ręką na to. Jakaś druga liga? Eee, kogo to obchodzi – tak mówią dziś ludzie. Na którym miejscu by oni nie byli, to i tak ludzie w tym mieście będą narzekać. No co tu mówić - rozbudzone apetyty były tą ekstraklasą – macha ręką jeden z nich. – To jakby panu telefon ukradli. Tak się czuję dziś ludzie. Nie da się ot tak szybko pogodzić ze stratą telefonu, prawda? – dodaje po chwili.

Świt po raz pierwszy awansował do ekstraklasy w 2003 roku. Od razu na skutek zaskakującego zbiegu wydarzeń. Okazało się, że w barażu ze Szczakowianką Jaworzno, siedmiu piłkarzy Świtu sprzedało mecz. Większość z nich dostało dożywotni zakaz gry w piłkę (potem skrócony), lecz to klub z Nowego Dworu Mazowieckiego znalazł się w ekstraklasie! Dlatego dziś Świt w całej Polsce kojarzony jest bardziej z korupcją, niż fajną przygodą małego miasteczka. Z ekipy, która w sezonie 2003/2004 próbowała uratować się przed spadkiem, kilku piłkarzy też zostało zatrzymanych z zarzutami korupcyjnymi.

– Tu nie ma szacunku jakoś dla piłkarzy. Mówi się: - A tam kopacze. Tak się ich pogardliwie nazywa – tłumaczy drugi z panów, Stanisław, który okazuje się stadionowym spikerem i wcześniej przez kilkadziesiąt lat trenerem ciężarowców w Świcie. – Ciągnie się za nami afera. Różne sytuacje niewyraźne były. Szymański niepotrzebnie włożył kij w mrowisko. Przypisano mu kilka spraw. To jest tak, że czterech kij niesie, a później okazuje się, że to tylko jeden. Tak sobie myślę, że gdyby Szymański został w Świcie, nie próbował przenieść zespołu z Bońkiem do Bydgoszczy, to byłby dalej szanowany.

- Trzeba to sobie powiedzieć, że od początku ambicje tu miano wielkie. Wszystko wskrzesił najpierw pan Nowakowski, który w całej Polsce miał fabryki pieczywa. Później kontynuował to Szymański, właściciel sklepów Lukullus. To dlatego za bramką był baner w postaci baleronu – mówi drugi z panów. Nowakowski w końcu jednak odsprzedał firmę Austriakom, dziś ma kilka sklepów w Warszawie. Szymański ma kilka zarzutów korupcyjnych. Na szatni Świtu wciąż wiszą naklejki Canal+. To ostatnie wspomnienie ekstraklasy. Będą tu pewnie jeszcze wisieć z dwadzieścia lat. Dziś Świt walczy o awans w nowej drugiej (trzeciej) lidze.

- Pamiętam, że gdy awansowaliśmy po raz pierwszy do dawnej drugiej ligi, to graliśmy w Mławie. Na wyjazd pojechało pięć wypełnionych kibicami autobusów. Tymczasem na stadionie w Nowym Dworze zebrało się półtora tysiąca osób! A ja – jako że bawiłem się w spikerkę – na bieżąco, będąc informowanym przez kierownika zespołu, przekazywałem zgromadzonym na stadionie wynik wyjazdowego spotkania. Gdy dali cynk, że to koniec i jakim wynikiem to się skończyło, rzuciliśmy się do malowania transparentu! W ruch poszła farba, pędzle! Jaka to radość była. Później pan Szymański dzwonił i mówił, że ekipa zbliża się do Płońska, że już nadjeżdża. Transparentem ich przywitaliśmy na rogatkach miasta – opowiada plastycznie Stanisław.

- Jak przyjechali, to na stadionie przez megafon wywoływałem z autobusu każdego piłkarza pojedynczo! Mieliśmy świetny sprzęt nagłaśniający. Gdy niedawno Dolcan grał w gościnie u nas, to jednak widziałem jaki to wydatek ta nowa pierwsza liga. Kabelki pół dnia rozwijali, monitoring, ochrona, a na trybunach trzech kibiców z Ząbek i pięciu z Nowego Dworu – wspomina.

– Dziś mało kto w Nowym Dworze chodzi na mecze. Wtedy ludzie tym żyli... Nie tylko jak była ekstraklasa, ale wcześniej. Jak w latach 90. na Puchar Polski przyjechała Legia. Wygrywaliśmy 1:0 do przerwy. Romanowski – właściciel Legii – ze zdenerwowania biegał po stadionie… Przyjeżdżał Górski, Listkiewicz… Ale odkąd spadliśmy z ekstraklasy, ludzie strasznie wybredni się zrobili – mówi. - Część kibiców poumierała. To też fakt – dorzuca drugi, trzymając kij od bilardu.

- Dobrych bramkarzy za to mieliśmy – zamyśla się pan Stanisław. – Arkadiusz Malarz mieszkał z trzema chłopakami z zespołu - o tu niedaleko, za torami, a teraz widzę jego zdjęcia z Grecji. Na nich on w przeszklonym apartamencie, piękne wnętrza, szafki, półki. Fajna sprawa, że tak szybko można się dorobić...

- Co się teraz dzieje w miasteczku?
- O 18 kończę pracę, wsiadam w auto i wyjeżdżam do Poznania. Nic więcej mnie nie interesuje.


Grodzisk Wielkopolski. Za kilka godzin reprezentacja U-23 gra tu mecz. Pusto. Szaro. Pada deszcz. Raz na jakiś czas między ulicami przemknie na rowerze starszy pan. To wszystko. Nic więcej tutaj się nie dzieje. Rozglądając się dookoła, wydaje się, że sam fakt, iż w ogóle deszcz pada, powinien wszystkim za atrakcję wystarczyć. Czasy, gdy Grodzisk wraz z Manchesterem City odwiedził Nicolas Anelka, wydają się odległym snem.

Czym zajmują się dziś mieszkańcy Grodziska? – Życiem codziennym i tym, by było co do garnka włożyć – odpowiada Stanisław Bamber, dyrektor klubu również w czasach wielkiego Groclinu. Zaprasza do gabinetu. Bawiąc się ołówkiem, powoli, ze smutkiem w głosie, opowiada o Dyskobolii.
- Nie ma przemysłu. Zredukowali załogę po tym, gdy Inter Groclin został przeniesiony na Ukrainę. Łącznie firma zatrudniała jakieś sześć tysięcy ludzi, ale nie tylko w Grodzisku, bo w całej Polsce. Mimo to w Grodzisku pracę straciły jakieś dwa, trzy tysiące ludzi. Zbigniew Drzymała zawsze zresztą mówił, że klub oparty jest o kondycję firmy. Był niski kurs euro, doszedł poważny kryzys… Groclinowi kibicowała właściwie tylko najbliższa okolica, bo reszta Wielkopolski wspierała Lecha Poznań. Nie było łatwo – tłumaczy.

Co dzieje się dziś w miasteczku? – pytam w zakładzie fryzjerskim w pobliżu torów kolejowych. – Nuda! – odpowiada śmiejąc się fryzjerka. – Psy szczekają, i to tyle. Młody chłopak, czekając w poczekalni na swoją kolej, kiwa głową.

Każdy kilometr przejechany od strony Poznania wydaje się uzasadniać decyzję Drzymały o sprzedaniu klubu, dodaje jakby kolejnego powodu i zrozumienia, dla którego organizowanie piłki w tak małych miasteczkach na dłuższą metę nie ma sensu. W przypadku Grodziska liczba wynosi czterdzieści siedem. Czterdzieści siedem kilometrów i powodów. Grodzisk od mijanych po drodze miasteczek różni się w zasadzie jednym - imperium Drzymały i… chodnikami. Imperium w szczerym polu. Dlatego w kawiarni klubowej wciąż czuć obecność dobrodzieja. Drzymała spogląda ze zdjęcia na pijących kawę z rakietą tenisową w ręce. Obok wiszą proporczyki RC Lens, Steauy Bukareszt i plakaty dawnego Groclinu.

– Bardzo dobrze wspomina się tu kilku zawodników. Chyba najlepiej Tomka Wieszczyckiego. Także Ivicę Kriżanaca i Radka Mynara. Oni z Grodziskiem zżyli się świetnie. Do tego Kozioł, Ptak, Liberda… Na początku, gdy tu przyjechali, piłkarze dawnego Groclinu mówili: - Co my tu robimy? Taka mieścina… Po pewnym czasie tak się związali z miasteczkiem, że dziś wciąż tęsknią. Niech się pan ich spyta na Konwiktorskiej w Warszawie o to, bo tu prowadzili bardzo wygodne życie. Blisko mieli szkoły, przedszkola dla dzieci, a jeśli chcieli rozrywki, jechali do Zielonej Góry albo Poznania. Część z nich swoją osobowością, sposobem bycia wywarło bardzo dobre wrażenie na lokalnej ludności. Byli częścią tej społeczności – mówi dyrektor, który świetnie pamięta, gdy do Grodziska przyjeżdżał nie tylko Manchester City, ale i Hertha Berlin.

W kuluarowych rozmowach w klubowej kawiarence ciągle przewija się nazwa Polonii Warszawa. To do niej, wraz z ekstraklasową licencją za dwadzieścia milionów, trafili zawodnicy Groclinu. Dlatego wielu mieszkańców Grodziska myślami jest dziś na Konwiktorskiej w Warszawie. To tam gra ich zespół. Gdzieniegdzie mówi się o kontuzji Igora Kozioła, zawieszeniu Jarosława Laty… Bo w Grodzisku o tym, co dzieje się w Polonii, wiedzą wcale nie mniej niż w samej Warszawie …

– Bardzo się życie w Grodzisku zmieniło. Nie ma czym żyć. Dzieciaki się trzymały ze sobą – mówi wielkopolskim dialektem pod barem jeden z trzech starszych mężczyzn. – Ale jest zespół tutaj – odzywa mężczyzna stojący obok. – No kadra jest tylko. – Co ty pierdolisz! Jest też czwarta liga! – rzuca.
- Mogli nam dać mecz reprezentacji z Rumunią. Tam w Warszawie na Legii było pięć tysięcy, i tu byłoby pięć tysięcy. Za to milsza atmosfera – mówią mężczyźni pod barem. Stoją na wyłożonym kostką chodniku. To też spuścizna po Drzymale.
- To od terenów wokół stadionu, dzięki pieniądzom Drzymały, rozpoczęły się remonty wszystkich ulic w miasteczku. Najpierw Drzymała uporządkował tereny dookoła klubu, potem sam zbudował drogę dojazdową z Zielonej Góry. W końcu burmistrz zaczął unowocześniać inne miejsca. Dzięki temu Grodzisk ma ładne chodniki i ulice – tłumaczy Bamber.

- Części ludzi jednak nie rozumiem. Gdy z nimi rozmawiam, mówią mi, że tęsknią za ligą, drużyną, ale gdy przyjeżdża reprezentacja U-21, seniorska kobiet, czy U-23, to na stadionie w Grodzisku są puste trybuny. Nie potrafię tego zrozumieć, bo prawda jest taka, że my dziś w miasteczku pracujemy głównie na użytek reprezentacji, zgrupowań, PZPN. Ale dobre i to. Choć cząstka, ślad z przeszłości. Pozostał obiekt. Dziś to najpiękniejszy stadion w czwartej lidze! Rywale przyjeżdżający do nas są zdumieni – opowiada.

Drużyna, która wciąż gra w Grodzisku, to dziś po prostu Dyskobolia. Tak jak dawniej. Wróciła też do miejsca, w którym była, gdy zaczynał się długi marsz Drzymały - do czwartej ligi wielkopolskiej (piąta klasa rozgrywkowa). Dziś gra w niej z Sokołem Pniewy, klubem o podobnej, ekstraklasowej przeszłości. Znajdziemy tam jednak też takich mocarzy jak Zjednoczonych Trzemeszno czy Sokół Damasławek. Drzymała wciąż pomaga - udostępnia budynki klubowe, które zbudował, boiska, stadion.
– W Dyskobolii grają obecnie młodzi chłopcy z miasteczka. Ci, którzy kiedyś się nie zakwalifikowali do drużyny, a przeszli u nas przez szkolenie. Część wróciła właśnie z powodów sentymentalnych. Chłopcy dotychczas grali w trzeciej czy czwartej lidze. Dopiero dziś wrócili do domu, do swojego Grodziska.
PRZEMYSŁAW ZYCH
CZEMU KARUZELA SIĘ NIE KRĘCI?

Spotkaliśmy się przy kawie w listopadzie czy grudniu 2009. Cel – pogadać o rynku transferowym. To mógł być Kowalski czy Nowak, Bolek czy Osuch, akurat nazywa się Jarosław Kołakowski, bo padło na niego. Licencję FIFA ma od 2001 roku, więc po drodze z mniejszymi czy większymi sukcesami i wpadkami, coś tam widział.

Są dziennikarze, którzy powiedzą: - Menedżer piłkarski! A fe! Dla mnie to norma, zawód jak zawód, w którym jak w wypadku innych chodzi o pieniądze. Spotkasz się z Kołakowskim? Przecież robisz mu reklamę. A czy gdy spotykam się z piłkarzem, co gorsza słabym, a wywiad idzie do gazety, to jak to nazwać, idąc tym tropem? To też reklama.

Z rozmowy płynie kilka ciekawszych wniosków, o które chodziło, o tym, jak funkcjonuje rynek i co wstrzymuje. Ja mam identyczne zdanie – polskiej piłki nie zabija to, że w składzie 10 czy 12 drużyn ekstraklasy dziewięciu piłkarzy jest słabych lub nijakich, ale fakt, że gdy pojawi się dwóch dobrych, to nie ma szans trafić do klubu czołówki. Rozmowa znalazła się w Futbol News.


Co w Polsce nie pozwala na dobre rozbujać się transferowej karuzeli? Na Zachodzie okienko, w którym można dokonywać zakupów, odbywa się z przytupem, jest świętem dla kibiców.

Ludzie zarządzający klubami w Polsce mają za mało elastyczne podejście. W Europie, gdy chce się sprzedać zawodnika lub gdy klub bogatszy nie jest w stanie wyłożyć pieniędzy na piłkarza, mają więcej rozwiązań. Jedynym sposobem sprzedaży nie pozostaje tylko wołanie za niego wielkich kwot. Na Zachodzie są gotowi na różnego rodzaju ustępstwa na przykład sprzedaż procentową, gdy nie sposób otrzymać od razu satysfakcjonującej kwoty transferowej. Przykładowo zawodnik przechodzi z klubu X do klubu Y i 50% udziałów dostaje klub stary, tyle samo ten nowy. Tego w Polsce nie ma. Druga rzecz to współpraca klubów. U nas to ciężka sprawa. Polskie kluby nie robią wyników w Europie także dlatego, że przykładowo Legię Warszawa czy Wisłę Kraków nie stać na kupienie piłkarza z klubu ósmego czy dwunastego w Polsce. Taki dwunasty klub chciałby sprzedawać swoich piłkarzy, ale do PSV Eindhoven… Czytam w tej chwili, że nie tylko piłkarze Ruchu Chorzów, ale nawet Polonii Bytom, mają iść do tego PSV. Pisze o tym dziennikarz, który transferował Sławomira Szarego do Primera Division. To jest także ośmieszanie gazety, w której takie artykuły są drukowane. Niestety są dziennikarze, którzy wypisują takie dyrdymały i działacze, którzy je sprzedają. To tylko podtrzymuje ich w przekonaniu, że takie są realia. Pamiętam, że kiedyś mówiło się, że Michałem Zielińskim zainteresował się AEK Ateny, teraz mówi się o PSV Eindhoven. No szczerze powiedzmy sobie, że to są bajki. Kluby, które na całą działalność dysponują milionem euro czy dwoma, myślą, że będą otrzymywać równowartość rocznego budżetu za któregokolwiek ze swoich piłkarzy. Nie ma szans.

Na czym polega brak tej współpracy między klubami?

Problem polega na tym, że te małe kluby nie są w stanie dogadać się z klubem większym. Każdy klub u nas w Polsce ma jakieś ambicje, czy to chce grać w pucharach, czy o mistrzostwo. Ostatnio byłem w jednym klubie, w którym mam zawodnika. Prowadziliśmy rozmowę na temat przejścia tego piłkarza do innego klubu. Jestem w stanie przynieść do klubu ofertę na milion złotych czy więcej za tego piłkarza, ale dla klubu to jest wciąż za mało. Ale żeby dołożyć piłkarzowi do pensji tysiąc złotych, to jest problem. Kogoś kupić, to też problem.

Skąd to się bierze? Z braku pieniędzy?

Taka jest rzeczywistość. Dopóki nie będzie szczelnych przepisów, które pokazują, że klub w momencie, gdy działa niezgodnie z przepisami - na przykład nie ma pieniędzy na działalność, nie prezentuje budżetu przed sezonem - dopóty będą takie sytuacje a nie inne. W Anglii jeśli klub w sposób zabroniony sprowadzi pieniądze do budżetu, nie tak, że mu zabrakło, tylko że nawet załata ten budżet w niewłaściwy sposób, to może z tego tytułu dostać karę degradacji albo minus ileś punktów.

Często to jest mentalność działaczy?

Nie mentalność. Działaczy po prostu często przepisy nie obowiązują. Nie ma odpowiednich przepisów, które by wymusiły logiczne zachowanie. Gdyby klub musiał przedstawić środki, płacić na czas, pod groźbą degradacji, wtedy ten milion, o którym mówiłem, miałby inną wartość.

Jakie są inne problemy na rynku transferowym? Co wstrzymuje sprzedaż procentową? Jakoś rzadko dochodzi do sytuacji, że na przykład Wisła kupuje piłkarza z mniejszego klubu i obiecuje im 20% od kolejnego transferu.

Myślę, że niekiedy nie ma też zaufania między klubami. W mniejszych klubach myśli się tak: Bo kiedy go sprzedadzą? Czy dadzą te 20%, a może nie? Może zaniżą kwotę transferową i do nas wróci mniej? U nas często tak jest, że zaufania w społeczeństwie brakuje w ogóle. Na Zachodzie ono jest może dlatego, że ludzie są bardziej pewni jutra. W krajach, w których usługi socjalne są lepsze, i tak dalej, ludzie nie mają obawy co do tego, co będzie ze mną. Efekt braku zaufania w Polsce jest taki, że u nas najczęściej dochodzi do darmowych transferów. Jeśli pan popatrzy na to, kto dziś gra w mistrzu kraju, Wiśle Kraków, to kogo my tam mamy? Bracia Brożkowie, którzy przyszli do Krakowa, gdy byli juniorami. Garguła – za darmo, bo wcześniej Wisły nie było na niego stać. Boguski z drugiej ligi. Sobolewskiego sam przyprowadziłem za darmo. Małecki przyszedł, gdy był trampkarzem. Jedynym, który został kupiony za pieniądze był właściwie Łobodziński, bo miał wpisaną klauzulę odejścia. Z zagranicznymi piłkarzami to już zazwyczaj jest inna sytuacja. Z nimi najczęściej jest tak, że są do wzięcia za jakieś bardziej realistyczne kwoty. Natomiast Wisła Kraków czy inne czołowe kluby myślą tak: - Jak tu płacić za któregoś z zawodników z Polonii Bytom 300 czy 700 tysięcy euro? Bo rzeczywiście to są duże kwoty. Trzeba szukać możliwości pogodzenia tej sytuacji, by taka Polonia Bytom dostała jakąś kwotę finalną za tego zawodnika, a jednocześnie ten czołowy klub, który przejął piłkarza, skorzystał z możliwości posiadania tego gracza. W Polsce tego w zasadzie nie ma.

W jakim klubie w Polsce w kwestiach transferów działa się najbardziej profesjonalnie?

Nie chciałbym tego tak wartościować, ale takie podejście najbardziej „zagraniczne” jest na pewno w klubach czołowych w Legii, Lechu, Wiśle. Z tymże co im tam przeszkadza? Dyrektorzy sportowi poruszają się w określonych ramach finansowych, jest tam jakaś niemożność dogadania się, przekonania drugiego klubu. To w jakimś stopniu blokuje możliwości rozwoju polskiej piłki. Tak koło się zamykamy. Załóżmy, że piłkarz przychodzi do Odry Wodzisław. Ma 22 lata, podpisuje kontrakt na cztery lata, przez rok gra dobrze, ale on ma jeszcze trzyletni kontrakt. W klubach myśli się tak: - My go będziemy trzymać. Bo sprzedaż piłkarza to jest niepopularna decyzja, ktoś się tam obrazi, a dany piłkarz to w ogóle jest dla nas najważniejszym zawodnikiem. Przecież to wokół niego będziemy budować zespół, wchodzimy do ligi, i tak dalej, i tak dalej. Ale chwileczkę, w końcu piłkarz też chciałby się rozwijać i trafić do lepszego klubu, grać o wyższe stawki.

W jakich klubach w Polsce najtrudniej jest działać?

Bardzo ciężko jest działać w klubach nieprywatnych lub nie trzymających finansowych standardów. Ci ludzie, podejmując decyzję transferowe, często boją się zmieniać uchwałę poprzedników dotyczących ceny zawodnika. Rada nadzorcza dwa lata temu podjęła uchwałę, że piłkarz kosztuje milion złotych i teraz nikt go nie chce sprzedać za 700 tysięcy. Albo ktoś tam mówi, że piłkarza trzeba sprzedać za dwa miliony i tego się w klubie trzymają, a w ogóle nie wiedzą co się dzieje na rynku i za ile się w tej chwili sprzedaje. Jeśli my nie udrożnimy tych kanałów międzyklubowych, to nasze drużyny nie będą odnosić sukcesów w pucharach. Przez to muszą sięgać po rozwiązania numer trzy, pięć, osiem i tak dalej. Popatrzmy na Lecha Poznań w ostatnim okienku transferowym, który wzmacnia się Polakiem powracającym z zagranicy, zawodnikiem z drugiej i trzeciej ligi. No dobrze, w końcu kupili Chrapka, on strzelał bramki na zapleczu. W porządku, sęk w tym, że nawet czołowe polskie kluby stać często tylko na piłkarzy spoza ekstraklasy, najczęściej nawet nie tych z Unibet ligi (pierwsza liga – dop. red.), ale z drugiej! Nie mam nic przeciwko Mikołajczakowi, ale mówię o pewnym schemacie. On trafił do Lecha, bo inni trafić nie mogli. Taki zawodnik z drugiej ligi trafia za wysoko za szybko, dlatego, że inny z pierwszej ligi czy ekstraklasy nie może ze względu na zbyt wygórowane ceny. Bo czym jest transfer? Płacimy za umiejętności piłkarza, za jego wiek i za jak najmniejsze ryzyko, że ten zawodnik nam się nie sprawdzi. Ryzyko, że on się nie sprawdzi w przypadku piłkarza z niższej ligi jest co by nie mówić relatywnie duże. Często jest tak, że zawodnik jest dobry, ale kupiony do dużego klubu za szybko.

W kwietniu siedziałem obok pańskiego człowieka na meczu Legii z Górnikiem. Przywiózł na stadion dyrektora sportowego z Trofense. Oglądali Piotra Gizę. Jednak nawet tam nie zdecydowali się na tego piłkarza. Nie mamy więc wielu tych zawodników.

Portugalski klub był zainteresowany Gizą, ale po prostu zabrakło im pieniędzy. Na pewno poza tym, że menedżer musi być porządny, przebojowy, pracowity, to musi też reprezentować dobrego zawodnika. Dwa pytania: Czy mamy dobrych zawodników i czy polska liga przygotowuje zawodników by byli atrakcyjni. Czy oni biorą udział w takich meczach w Polsce, że obserwator zagraniczny może sobie pomyśleć: - Ten piłkarz może się sprawdzić. Popatrzmy na przykład Marcina Kusia w Istanbul BB. W tej chwili są na piątym miejscu w tabeli, w zeszłym roku bronili się przed spadkiem. Kuś gra teraz bardzo dobrze, są z niego bardzo zadowoleni. Myślę, że klub biorąc go wcale nie był pewny co z niego będzie. Namawiałem ich długo, w końcu się zdecydowali, dziś się cieszą. Ale z czego wynika ich nieufność? Bo oni przyjadą do Polski na mecz i porównują go do spotkania ich drużyny z Fenerbahce. Poziom gry, widowiska, stadionu, atmosfery – wszystko to powoduje, że Turcy, mają dziś zupełnie inny poziom piłki klubowej. Spójrzmy też na to, że gdy polski klub odpada gdzieś w pierwszej rundzie, to jest jeszcze bardzo daleko do zimowego okna transferowego. Na początku września kluby mają przesyt tych transferów, chwilę po zamknięciu okienka nie interesują się tym. Faza myślenia o wzmocnieniach rozpoczyna się, gdy kluby mają wiedzę o tym, na jakich pozycjach potrzebują piłkarzy, czyli około października, listopada.

Wtedy okazuje się, że nie ma możliwości obserwowania piłkarza w akcji, bo nie ma w Polsce meczu, na który można przyjechać, by takiego piłkarza obejrzeć. Przyjadą obejrzeć mecz w polskiej lidze, a z tego biorą się tylko problemy, widać, że nie są pewni. Patrzą na występ Pawła Brożka w meczu z Odrą Wodzisław. Wskazują: - Ten obrońca to słaby jest, tamten też, bramkarz taki sobie. To nie dziwne, że tyle bramek strzela. Wobec tego oni chcieliby go ewentualnie wypożyczyć, zobaczyć, zmniejszyć ryzyko popełnienia błędu. Wtedy w Polsce jest obraza. Dlatego, gdy robię transfer jakiegoś piłkarza do takiego Istanbul BB czy Sportingu Braga, to zdaję sobie sprawę, że to jest rekord świata. Naprawdę. A u nas w Polsce ludzie nie wiedzą, że takie kluby istnieją i marudzą, bo znają tylko Sporting Lizbona, Benfikę. A popatrzmy, że gdy Kaźmierczak poszedł do Porto, to czy ktoś tutaj się z tego powodu ekscytował?

Mamy wybujałe ambicje?

Trzeba sobie zadać pytanie: Co możemy od tych menedżerów wymagać?

Dlatego u polskich menedżerów przy negocjowaniu kontraktów piłkarza, chociażby w Anglii, panuje zasada - bierz co dają?

Nie, nie. Tak nigdy u mnie nie było. Możliwości wynegocjowania bardzo dobrej umowy dla Polaka są jednak jakby inne, bo jest to piłkarz, który do Anglii dopiero przychodzi z prowincjonalnej ligi. Nawet gdyby Polak dysponował skalą talentu Wayne’a Rooneya, to i tak nie dostanie po przyjeździe do Anglii podobnego kontraktu. Ba! Trudno będzie mu go dostać po kilku latach nawet jeśli będzie bardzo dobry, nawet jeśli się sprawdzi, bo równocześnie stanie się piłkarzem starszym, mniej perspektywicznym, a więc o mniejszej wartości. To tak samo jest jak z Sebastianem Boenischem. On, grający w reprezentacji Niemiec jest wart – strzelam – dziesięć lub piętnaście milionów. Jako Polak - dwa, może półtora, może trzy. Jako Polak on zyskuje mniejszą uwagę od sponsorów, kolegów z drużyny. Dlatego Werder Brema, jestem przekonany, będzie wywierać presję na niego, by grał dla Niemiec. Co do negocjowania, to na przykład w Anglii jest coś takiego, że jak coś się ustali na gębę, to w 90 procentach przypadków słowa się dotrzymuje. Podobnie jest w Niemczech. Z kolei na przykład Turcy to są ludzie, którzy mogliby negocjować nawet wtedy, gdy się już z nimi podpisze umowę!

Czy pięć transferów do Anglii oznacza, że przetarł pan sobie w niektórych miejscach ścieżkę? Czy dalej trzeba wysyłać oferty faksem?

Ja nie robię transferów w ten sposób. Nigdy nie robię, bo to nic nie daje. Takie oferty trafiają do kosza. Wiem, że jest taki agent, który daje ogłoszenia w gazecie. Żeby przeprowadzić transfer trzeba znać ludzi, człowieka, który będzie wiedział, że informacje ode mnie są rzetelne. Ale jak prześledzimy dokonania polskich zawodników, to widać, że rzadko który zawodnik przechodzi z pierwszego zagranicznego klubu do następnego. Niech mi pan poda nazwisko utalentowanego zawodnika w Polsce.

Patryk Małecki.


OK, tyle że Małecki jest w Wiśle, która wycenia swoich piłkarzy bardzo wysoko, raczej powyżej rynkowej oceny klubów zachodnich. Ale wyobraźmy sobie sytuację, że on pójdzie przykładowo do NEC Nijmegen… Co to jest? Czy ktoś to doceni w Polsce?

Chyba nikt.

W kraju się wydaje, że on powinien przejść do Ajaksu Amsterdam, PSV Eindhoven. A właśnie, że nie, bo on na to nie ma najmniejszych szans. Ale właśnie takie Nijmegen to dla niego szansa. Andrzej Niedzielan nie pokonał tej bariery, ale być może Małeckiemu by się udało i za dwa sezony grałby w Ajaksie. Niestety taka jest naturalna droga polskich zawodników. Dopóki nie zbudujemy bardzo mocnych klubów, w których ci zawodnicy będą mieli tak wysoko postawioną poprzeczkę, że później będą gotowi, by przejść do większych klubów. Popatrzmy na Ukrainę - Tymoszczuk poszedł do Bayernu przez Zenit. Z Szachtara trafia zawodnik do Barcelony. To dlatego, że w tych klubach mają taką rywalizację. Dopóki nie będzie odpowiednich budżetów, nie będą pieniądze kursować, tego wszystkiego u nas nie będzie. Brakuje dynamiki w tym wszystkim. Gdyby Wisła kupiła z Bełchatowa, Bełchatów z Odry, Odra z Podbeskidzia, a oni z Nielby Wągrowiec, to by te pieniądze szły.

To byłoby świetne dla pana.
A dlaczego?

To by oznaczało większe dochody dla menedżerów. Każde przejście, to prowizja. Interes się kręci. A dla ligi to też byłoby takie świetne, gdyby patrzył pan na to z zewnątrz?

Wydaje mi się, że pan też tak uważa. Pan napisze o pięciu transferach, dzięki czemu pan zarabia. Czyli jeśli ja robię transfery, to pan ma powód, żeby ze mną rozmawiać i zarabiać pieniądze, ale najważniejsze jest to, że jeśli piłkarz będzie zmieniał klub na lepszy, to jego umiejętności będą wzrastać.


No tak, a kibice mają powód, by kupować bilety?


Tego nie wiem, ja tylko twierdzę, że bzdurą totalną jest patrzenie na menedżerów przez pryzmat dochodów. Tak samo jak piłkarzy, trenerów i tak dalej. Jeden trener mówi, że jego piłkarzom agenci mącą w głowach. A równocześnie piłkarze, których ów trener ciągnął za sobą całe życie, którzy grali w reprezentacji, w lidze mieli 300 meczów i uspokajał ich że wszystko jest w porządku, dziś nie mają nic. Oni nie dbali o dochody, o inwestycje, przepuścili wszystko. A obok nich byli między innymi trenerzy, którym ufali, to oni spełniali rolę doradców. Dlatego obecność menedżera w życiu piłkarza jest potrzebna.

To że agent zarabia pieniądze, to normalne. To jego zawód. Nie widzę powodu, żeby tłumaczyć się, że ten zawód generuje jakieś dochody.

Ale rzetelny agent nie patrzy na dochód natychmiastowy. Piłkarz jest jego klientem, stara się więc dobrać jakąś ścieżkę kariery, ale ważne w tym, żeby były tu też jakieś przygody, sukces. To jest fajne.

Może to się liczy, ale po jakimś czasie, gdy zgarnie się już jakieś pieniądze.

Być może, nie wiem jak mają inni. Muszę za to powiedzieć, że porównując zachowanie polskich i zagranicznych menedżerów wobec polskich piłkarzy, to w tym pierwszym przypadku są one znacznie lepsze. Dlatego że dla zagranicznego menedżera polski piłkarz jest tylko jakimś tam epizodem, kimś kto mieszka daleko. Uda się transfer, to dobrze, nie uda się to trudno, dziękuję, do widzenia.

Najbliższe okienko nie zapowiada się pasjonująco. Ile spodziewa się pan w nim transferów? Ktoś w ogóle trafi do klubu czołówki?

Na pewno transfery będą, bo każdy z tych klubów ma potrzeby. Z całą pewnością dojdzie do wymiany dwóch, trzech, może czterech? Oni sobie zdają sprawę, że potrzebują jakiś wzmocnień. Poza tym ktoś odejdzie. Mamy teraz jednak trudny okres, bo kluby nie grają na swoich stadionach, stąd mają mniejsze przychody i mniej wydają. Kryzys swoją inercją uderzył w piłkę z opóźnieniem. Pieniądze, które miały iść na zakup nowych piłkarzy, często idą po prostu na realizowanie bieżących kontraktów.

Nie śmieszy pana plotka o Ebim Smolarku w Polonii Bytom?

Bardzo mnie to śmieszy. Jeśli któryś z piłkarzy popełniłby taką gafę, jaką popełnił dziennikarz pisząc o, podkreślam, prawdopodobnym transferze Smolarka do Polonii Bytom, to przekładając to na boisku, strzeliłby sobie w meczu siedem samobójów. Nie dwa, jak się zdarzało w meczach, ale siedem. Trzeba zachować trochę zdrowego rozsądku.

Bartosz Białkowski, pański klient, to czołówka polskich bramkarzy, jeśli chodzi o potencjał. Jednak odkąd złapał kontuzję w lutym 2006 roku w meczu Pucharu Anglii z Newcastle United, wszystko się posypało. Do dziś nie może się pozbierać.

Trzeba zacząć od tego, że jego transfer wtedy do Southampton to był rekord świata. Kawał dobrej roboty z mojej strony. Zaczął grać tak, jak się tego spodziewałem. Rozegrał około piętnastu meczów na poziomie Championship. Kłopoty zaczęły się właśnie od momentu zerwania więzadeł krzyżowych w kolanie. Klub sięgnął po doświadczonego, pewnego bramkarza, związanego z tym regionem, który od tego czasu mocno się jeszcze rozwinął. Klub jednak lubi Białkowskiego, ceni go, uważa go za dobrego bramkarza, a ja próbuję jakiś rozwiązań – raz wypożyczyłem go do Ipswich, raz do Barnsley. Chłopak ma na razie 22-lata. Myślę, że w ciągu tego sezonu Białkowski przejdzie do innego klubu i zacznie tam po prostu bronić. Ale to, co ma, to czego się nauczył, zacznie procentować. Zobaczymy czy w Anglii.

Co z Markiem Saganowskim?

Wszystko co się wydarzyło w jego karierze w ostatnim czasie ma związek ze spadkiem Southampton, z karą odjęcia punktów, którą dostał jego klub. Gdyby dostali mniejszą karę, to pewnie Saganowski mógłby przedłużyć kontrakt (koniec kontraktu przypada na czerwiec 2010 – przyp. red). A robienie tego, gdy jest ogromne ryzyko, że Southampton spędzi kolejny sezon w trzeciej lidze, mija się z celem. To są znaki zapytania, na które trzeba sobie odpowiedzieć.

Coś czuję, że Sagan trafi do Polski.

Ja tego nie czuję, a myślę, że mam trochę większą wiedzę na ten temat.

Rozmawiał PRZEMYSŁAW ZYCH
Z NICH TEŻ NIC NIE BĘDZIE?



Kiedyś bardzo lubiłem się oszukiwać, licząc na poprzednią generację piłkarzy. Dlatego dziś lubię zrobić przykrość tym, którzy piłkę zaczęli oglądać dopiero kilka lat temu. Z obecnej młodzieżówki TEŻ NIC NIE BĘDZIE. Ani z Małeckiego, Rybusa, Cetnarskiego, ani z Sobiecha (chociaż daję mu największe szanse na powodzenie). Mały listopadowego tekścik z Magazynu Futbol (2009 rok), aktualny zawsze.

"Młodzi, mało zdolni?"

Załóżmy, że ktoś przez całe życie zamierza śledzić rozwój młodych piłkarzy. Powinien przygotować się na niekończące się pasmo rozczarowań. Nigdy nie będzie z nimi tak dobrze, jak się wydaje, gdy mają dwadzieścia lat. Bo zawód – to uczucie, które najczęściej dotyka polskich kibiców, spragnionych pozytywnych historii o świetnie rozwijających się piłkarzach, którzy nie marnują czasu, za to wylewając pot na treningach brną ku piłkarskiej perfekcji.

Słowa Patryka Małeckiego zabiły nadzieję. Piłkarz Wisły Kraków po niedawnej klęsce młodzieżówki w Kielcach z Holandią (0:4) w ostrych słowach skrytykował resztę kolegów. – Holandia pokazała nam, gdzie jesteśmy. Z zespołem przebywałem dziesięć dni i mówię otwarcie, że połowa nie nadaje się do reprezentacji. I to nie jest tylko moja opinia. Trener też to powinien wiedzieć – mówił. – Szybko zostali sprowadzeni na ziemię. Oni wszyscy są utalentowani, ale jak na polskie warunki… – dopowiada Maciej Terlecki, złoty medalista mistrzostw Europy do lat 16 z 1993 roku

Obecną młodzieżówkę tworzą głównie piłkarze urodzeni w roku 1988, ale są też młodsi. Wielu z nich wyłowiły rozgrywki Młodej Ekstraklasy wprowadzone dwa lata temu. Spore nadzieje wobec tego pokolenia mogły też rozbudzić słowa Jerzego Engela. A ponieważ lubimy wierzyć, to uwierzyliśmy. - Idzie ciekawy rocznik. Chociażby Maciej Rybus, Artur Sobiech, Kamil Grosicki, Patryk Małecki, Maciej Sadlok, Mateusz Cetnarski. To plejada zdolnych piłkarzy! - mówił.

Odmienne zdanie od dawna miał jednak Maciej Terlecki. Kto wie lepiej niż on? Terlecki na własnej skórze obserwował jak traci się nadzieje na prawdziwe zaistnienie w piłce, widział złudzenie otoczenia i całego środowiska piłkarskiego. Złoci medaliści z 1993 roku mieli już pod koniec lat 90. wyprzeć starszą generację. Dla nich to były prawie wyłącznie bolesne doświadczenia.

- Trochę to jest tak, że się szuka tych bohaterów, a tak naprawdę ich nie ma… Oni, będąc już w tym wieku, wcale nie będą grali o wiele lepiej. Jeśli w ogóle się rozwiną, to co najwyżej o dziesięć procent. Mogą pójść do przodu, ale tylko jeśli są inteligentnymi ludźmi, którym zależy na rozwoju. Jeśli nie, to nawet na taki, prawda, że mały, rozwój nie mają szans. Ta młodzieżówka na pewno nie jest przygotowana na grę na wysokim poziomie. No może poza Małeckim. Smutne, że wielu z nich nie jest przygotowanych nawet na grę w lidze polskiej – ocenia Terlecki.

Bo to przecież nie przypadek, że gdy piłkarze rocznika 1988, tworzącego trzon młodzieżówki, mieli po 17 lat, przegrywali ze Szwajcarią, Hiszpanią i Danią. Gdy trochę podrośli, w eliminacjach do turnieju do lat 19 dostawali (jako całość) nie tylko z Francją i Izraelem, ale też z… Islandią (0:2). Podobnie było z rocznikiem 1989, z którego wywodzi się Rybus i Sadlok (remisy z Litwą, Armenią, porażka z Białorusią). Dlaczego więc dziś, gdy mają dwa lata więcej, mieliby notować świetne rezultaty z Holendrami i Hiszpanami, a za dwa i pół roku stawić czoła całej Europie?

- Z obecnej młodzieżówki wydaje mi się, że tylko Małecki będzie grać na Euro 2012, ale wcale nie jako wiodąca postać tego zespołu, nie lider – ocenia Terlecki. - Taki Maciej Rybus to ciekawy chłopak, ale za dwa czy trzy lata wcale nie będzie zdecydowanie lepszym piłkarzem niż jest dziś. To będzie praktycznie ten sam piłkarz. Wiem co mówię, bo jedyne czego będzie miał więcej, to bagaż doświadczeń. Przykład? Leo Messi dziś nie jest lepszym piłkarzem, niż był dwa lata temu. Z kolei Sobiech to ciekawy piłkarz, z którego można by wyciągnąć więcej. W tym przypadku nie o dziesięć procent więcej, ale nawet o dwadzieścia, czy trzydzieści. Sobiech, to piłkarz, który z tej młodzieżówki ma największe rezerwy. Może dlatego, że jest najmłodszy (rocznik 1990 – dop. red) – mówi Terlecki.

- Och, z młodymi to jest zawsze znak zapytania. Liczy się teraz na Małeckiego, Sobiecha, czy innych ale różnie to przecież może być. Przeważnie zawsze jest dużo gorzej niż się spodziewa. Ktoś z nich na pewno jednak trafi do kadry reprezentacji na Euro 2012. Wydaje mi się, że młodzieżówka w ostatnim meczu z Holandią nie grała na swoim poziomie. Wyrokowanie jednak, kto z nich to będzie się nadawał, dziś jest jednak bardzo ciężkie. Ja w loterię to się nie lubię bawić, więc nie będę zgadywał. Za dwa i pół roku dużo może się przecież zmienić. To jest futbol. To, co mówię dziś,
już jutro może nie być prawdą – puentuje Henryk Kasperczak.

- Choć kto wie, może Wojciech Szczęsny ma szanse – zastanawia się jednak Terlecki. -Pierwszy raz widziałem go w akcji w meczu z Holandią, dlatego wstrzymam się na razie z oceną. W Anglii ludzie znają się jednak lepiej na piłce niż my. Dlatego nie wydaje mi się, by Szczęsny był człowiekiem przypadkowym. Tyle, że chyba nie ma co się zajmować bramkarzami, bo na tej pozycji o wybór jest dużo łatwiej. To zupełnie inna sprawa. Technika i charakter właściwie wystarczą, a młody Szczęsny ma ten charakter bardzo mocny, być może nawet mocniejszy niż jego ojciec – mówi Terlecki.

Wygląda więc na to, że poza Małeckim oraz być może jeszcze Sobiechem i Szczęsnym jako jednym z bramkarzy, na mistrzostwach Europy 2012 zagrają nie ci, których rozwój śledziliśmy, gdy grali w młodzieżówce. Tak zresztą bywa bardzo często. Przykład? Ireneusz to człowiek znikąd.

- Nie jestem zwolennikiem stawiania na siłę na nikogo, na żadne pokolenie, tylko dlatego, żeby dać szansę. Piłkarze miejsce w składzie reprezentacji muszą wywalczyć sobie sami. Stawianie na nich, dawanie im szans, ciągnięcie za uszy - nie tędy droga. Sam pamiętam jak w ŁKS-ie Łódź musiałem pokazać charakter. Oni muszą zrobić to samo w klubach i w reprezentacji. Niech gra ten, który ma do tego charakter, a nie dlatego, że przynależy do młodzieżówki gospodarza mistrzostw Europy na trzy lata przed turniejem. Teraz mówimy, żeby odstawić starych piłkarzy i postawić na młodych. Dziś niepotrzebnie się jednak skreśla na przykład Michała Żewłakowa. Bo co z tego, że w 2012 roku będzie miał 36-lat? Może być wciąż lepszy od wielu młodych. Wiek w reprezentacji w ogóle nie ma znaczenia. Nic na siłę. Dziwię się, że wymyślono, by odmładzać reprezentację skoro nie ma kim? – pyta Terlecki.

Kasperczak kończy smutno: - Życzyłbym reprezentantom obecnej młodzieżówki, by zagrali na Euro 2012, ale same życzenia nikomu jeszcze nie pomogły.
Przemysław Zych